Jędrek z Krupówek

Jacek Konikowski
opublikowano: 2007-06-29 00:00

Na Andrzeja Stocha wołają Jędrek. Serce ma góralskie, biuro pod skorusą, a dudków bez liku.

est ich trzech. Miejscowi żartują, że trzech króli, bo najbogatsi na Podhalu, cepry — że władcy Krupówek. „Pana ABC”, czyli Adama Bachledę-Curusia, z urody zwanego podhalańskim Julio Iglesiasem, najłatwiej namierzyć w jego trzygwiazdkowym Wersalu. „Król butów”, czyli Wiesław Wojas, nie rusza się ze swojej fabryki w Nowym Targu.

Gorzej z Andrzejem Stochem, bo lata po całym Zakopanem. Spotykamy go w Kolorowej, knajpie na Krupówkach. Siedzi przy stoliku wystruganym z sosnowego bala. Pod drzewem jarzębiny, z góralska — skorusą.

Biuro pod skorusą

Andrzej Stoch, groźnie wyglądający góral, okazuje się całkiem sympatycznym i wyluzowanym człowiekiem.

— Urodziłem się w Zębie — podkreśla.

Nie mówi, że jest z Zakopanego, tylko z okolic, z Zębu.

— Kiedyś ci z Zakopanego wszystkich z okolic mieli za wsioków. Sami uważali się za mieszczan, wstydzili się być góralami, nie chodzili w góralskich portkach, nie mówili po naszemu. Teraz na odwrót, chcą być góralami — tłumaczy Stoch.

Na dębowy stół wjeżdża pieczony oscypek.

— Zaczynałem od zera w Zębie. Jak miałem 17 lat, to tata zmarł. Każdą jedną sekundę trzeba było myśleć, jak zarobić, pracować na każdy jeden grosz — mówi Stoch.

Pierwszy większy grosz zarobił na świniach. W Zębie miał hodowlę. Dlatego wśród miejscowych zyskał ksywkę Świniarz. W połowie lat 80. został piekarzem.

— Była to pierwsza nowoczesna piekarnia w okolicy. Dziennie piekło się 50 tys. bułek. Nikt nie potrafił takich zrobić. Wszystkie piekarnie w okolicy stanęły. Ale na początku przez dwa tygodnie żadna bułka mi nie wyszła, non stop próbowałem i wciąż nic z tego. Stare zanosiłem nad piekarnię, aż w końcu mąki brakło. Myślałem, że to koniec. Wciąż w głowę zachodziłem, ki diabeł, bo to i piekarzy sprowadziłem najlepszych ze Śląska, i maszyny kupiłem super, a tu nic, ino zakalce — opowiada Stoch.

Może technologia przerosła nieco bacę z Zęba.

— Tajemnica tkwiła w mące. Kiedy kupiłem ostatnią partię, pomieszałem kilka gatunków. Do tego przez dwa tygodnie leżała sobie nad piekarnią, więc była sucha i cieplusia. Wtedy dopiero dało się z niej cuda piec. Bułecki wychodziły pikne jak malowane. Ludzie stali po nie od rana do wieczora. Kosztowały też piknie. Trochę na nich zarobiłem, nie powiem — wspomina Stoch.

Do dzisiaj miejscowi żartują, że bułki Stocha dlatego dobre były, bo piekarz „prądu” do ciasta dolewał.

Ludzie gadają

Stoch zainwestował, tym razem w buty. Włoskie, eleganckie.

— Znakomity interes, bo nikt inny w okolicy takimi nie handlował. Całe kontenery szły — wspomina Stoch.

Wtedy pierwszy w Polsce kupił w Peweksie nowego mercedesa 190E. Szyk.

Po butach przyszła kolej na elektronikę. Ale pewnego dnia hurtownia pełna sprzętu się spaliła. Nikt nie wie, dlaczego. Podejrzewają, że ktoś jej w tym pomógł. Że może sam Stoch, bo interes nie szedł.

— A gdzie tam. Za niektóre rzeczy wypłacili ubezpieczenie, a inne dało się sprzedać — tłumaczy Stoch.

Przyznaje, że z elektroniką się nie wstrzelił.

Pan na włościach

Początek lat 90. Nadchodził czas złotych interesów w nieruchomościach. Adam Bachleda-Curuś wtedy zaczął budować swoje imperium. Andrzej Stoch również poszedł na całość.

— Wpierw od Krzysiaków kupiłem Kolorową. Chcieli mi ją zabrać, był to przecież czas komuny i naczelnik chciał tu szkołę budować. Nie ustąpiłem — mówi Stoch.

Jesienią 1990 r. Zakopane obiegła plotka, że Stoch chce kupić sąsiadujący z Kolorową hotel Morskie Oko. Za milion dolarów. Gazdowie zachodzili w głowę, skąd świniarz z Zębu ma tyle zielonych, a miejscowi notable, jak nie dopuścić do transakcji. Bo jakże to, wizytówka miasta przejdzie w takie ręce? Przecież przed wojną w Morskim Oku bywała cała Polska od Modrzejewskiej i Ordonówny, po Kiepurę.

— Pojawili się prawowici właściciele Morskiego Oka. Od razu mi je sprzedali — chwali się Stoch.

Obiecał przywrócić salę teatralną do dawnej świetności.

— Jędruś, cieszymy się wszyscy z tego ogromnie. Ale gdy nie dotrzymasz słowa, to cię obijemy — zapowiedział wtedy Wincenty Galica, honorowy członek Związku Podhalan.

Remont trwa do dzisiaj.

Stoch się rozkręcał. Odważna inwestycja w Morskie Oko dodała mu skrzydeł. Wkrótce gruchnęła kolejna plotka, która okazała się prawdziwa: Stoch kupił gmach dawnego Komitetu Miejskiego PZPR. Potem dom wczasowy Panorama, Salamandrę (za 10 mln złotych), teren po Cocktail Barze w centrum Krupówek. Jego jest niezliczona liczba punktów gastronomicznych pod Wielką Skocznią i w Zakopanem, dzierżawi restaurację na Gubałówce oraz zajazd w Kuźnicach. Większość to wielomilionowe inwestycje.

Nie widzę pieniędzy

Stoch jest dzisiaj najbogatszym góralem. Jego majątek szacuje się na jakieś 550 mln złotych (rok wcześniej 230 mln). W rok prześcignął „Pana ABC”. W tyle zostawił Niemczyckiego, Jakubasa i szefów Atlasa, niewiele mu brakuje do majątku Filipiaków z Comarchu.

— Nigdy nie widzę pieniędzy. Wszystkie inwestuję momentalnie — te, które mam, te, których jeszcze nie mam, i te, które mam mieć — żartuje znad oscypka.

Stoch uchodzi za kontrowersyjnego biznesmena. Zdarza mu się stosować swojskie metody dochodzenia do swego. Niektórzy twierdzą, że na granicy prawa.

— Gazdo, a jak to było z Zig Zagiem? — pytam.

Chodzi o bar przy Krupówkach, przytulony do Morskiego Oka. Stoch kupił go wraz z hotelem, ale interesu nie mógł w nim prowadzić, bo najemca zawarł z poprzednim właścicielem umowę najmu na wiele lat. Chcąc się pozbyć niewygodnego dzierżawcy, wysłał kilku rosłych górali, którzy przez kilka dni okupowali wszystkie stoliki, odstraszając klientelę. W końcu dzierżawca zwinął interes, a Stoch sprzedaje tam teraz kiełbaski.

— Ten, co wynajmował, miał podpisaną z poprzednim właścicielem fikcyjną umowę na 500 złotych, bo reszta szła do kieszeni. I tak, z tego do tego, mówię: Piotrek, albo płać uczciwie, albo do domu. A on, że nie, bo ma umowę — tłumaczy Stoch.

A jego ludzie okupujący stoliki?

— Podobno tak było, też słyszałem, ale nie wiem, od kogo — żartuje, ale dodaje: — Przecież nie mogę nikomu zabronić pić cały dzień wody czy herbaty.

Mówią o nim „król dyskotek”.

— Nie chcemy spać w nocy, tylko bawić się w rolnika. Bo mówi się, że rolnik śpi, a w polu mu rośnie. Nam rosną głównie kłopoty, ale nie zawsze — żartuje Stoch.

Jakież kłopoty może mieć król restauratorów? Może chodzi o jednego takiego z Nowego Targu, co to przyjechał kiedyś autobusem pełnym barczystych kolesiów, żeby z zakopiańskich restauracji haracz zbierać? Ludzie mówią, że następnego dnia Stoch pojechał do Nowego Targu dwoma autobusami i sprawę załatwił po góralsku. Tłumaczy, że Zakopane powinno być miastem przyjaznym dla wszystkich.

— Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, niech czują się jak u siebie. Choćby przestępcy. Przecież za pradawnych czasów do Zakopanego zjeżdżali złodzieje, oszuści i kanciarze z całej Polski i tu się bawili, tu wydawali pieniądze, tu byli eleganccy, nikt nikogo nie okradł, nie rozrabiał. Była między nimi niepisana umowa: jesteśmy na wczasach, więc zachowujemy się normalnie. Dzisiaj niemożliwe, żeby wieczorem, jeżeli ktoś nie szuka zaczepki, dostać od kogoś w nos w Zakopanem. Nikt tu nikogo nie uderzy bez dania racji. Spokój jest nieprawdopodobny — mówi Stoch.

A od porywczego górala nie można zarobić?

— Tu górali ni ma. Są w Chicago i w Irlandii, a tu ostała jedynie grzeczna młodzież — zapewnia Stoch.

Rzeczywiście, jakby policzyć, to dwa razy więcej górali mieszka w Ameryce niż na Podhalu.

— Kiedyś górale nic nie robili, jeno kilku fiakrów było i babinek, co z oscypkami przychodziły na Krupówki. Nawet pokoje jak wynajmowali, to znajomym. Teraz to przynajmniej grają po knajpach, ale przed 2000 r. żaden nie grał. Wstydzili się. Teraz są bardziej przedsiębiorczy, ale myślę sobie, że to przez zawiść trochę, do sąsiada cepry zjeżdżają, to do mnie też, sąsiad ma dwa pokoje, to ja trzy, ten ma dwie maszyny, to ja cztery, temu się powodzi, to czemu i nie mnie. I tak to idzie — mówi Stoch.

Bez nerwa

Stoch nie jest typowym biznesmenem. Czasem wczesnym rankiem można go spotkać z taczką i miotłą, jak sprząta przed Morskim Okiem. Receptę na biznes ma prostą.

— Trzeba rano wstawać, popatrzyć na wszystko świeżym okiem, obgonić, oblatać i posprawdzać — mówi.

Zarabia po swojemu, po góralsku. Czasem z fantazją.

— Jak się ma dużo kontaktu z ludźmi, to fantazja jest potrzebna, do ludzi trzeba po ludzku — tłumaczy.

Czasem z kalkulatorem, a jak trzeba, to także z przytupem. Co go denerwuje? Że miejscowemu trudniej tu co zrobić niż ceprowi z workiem dudków. Był czas, kiedy żaden tutejszy nic nie wybudował, ani nie dostał zezwolenia, choćby się uparł. Teraz, jak twierdzi, władze miasta wychodzą swoim naprzeciw i nawet zaczynają drogę z Krakowa budować.

— A niech się buduje jak najdłużej, choćby 20 lat, bo w mieście żadnego parkingu, nic, jak wszyscy tu zjadą, to się poduszą. Ja mam gdzie stanąć, a wy będziecie sobie zdjęcia robić i Tatry podziwiać w Nowym Targu co najwyżej. Nic nie ma, nie wiem, po co was wszystkich tu ciągnie. Cud boski, że my chociaż te góry mamy, bo jak ich by zabrakło, jakby komuś zaczęły coś zasłaniać… — prorokuje Stoch.

Ogólnie to „świat jest piękny, tylko głupcy nim rządzą”. Swój chłop. Żalów w słowa nie ubiera. Ale też wesoły, gdy trzeba.

— Ktoś mi opowiadał, jak widział Jędrka w jednej z jego restauracji, gdy odbierał utarg. Kelnerka przynosi kopertę z pieniędzmi. Jędrek waży ją w dłoni, po czym mówi: O, coś dzisiaj cieniutka ta kanapecka jest — wspomina Wojas.

Historyjka krąży po Zakopanem niczym dowcip. Jednak Stocha nie irytuje, potrafi się z niej śmiać.

— Dla mnie ten cały biznes to jak zabawa, taka wielka frajda. Czasem tylko wieczorem mam jakiegoś nerwa, ale rano wstaję z radością — mówi Andrzej Stoch.

O to przecież chodzi, żeby z radością żyć, bez nerwa. Mieć biuro pod skorusą, szacunek wśród górali, a gdy trzeba, góralskie portki założyć i ciupagą powywijać przy dźwiękach gęśli. Tak się robi pieniądze po góralsku. n