Karol Wielki dał przewagę spółkom z Zachodu

opublikowano: wczoraj, 25-11-2022, 06:30
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Krzysztof Domarecki, twórca Seleny, producenta chemii budowlanej, którego fundusz zainwestował 130 mln zł w osiem start-upów, dzieli się z nimi nie tylko pieniędzmi, ale też wiedzą, jak wyjść za granicę. Jest trudniej, niż myślał.

PB: Dlaczego pięć lat temu założył pan fundusz Fidiasz?

Krzysztof Domarecki: W tamtym czasie miałem dwie główne przesłanki. Pierwsza — dookoła rozwijały się bardzo dynamicznie innowacje i technologie w bardzo różnych obszarach, natomiast klasyczna chemia budowlana to świat bardziej tradycyjnych technologii. Chciałem wejść w ten inny świat. Już od 2011 r. przez inne fundusze inwestowałem w nowe technologie i miałem pewne rozeznanie. Doszedłem do wniosku, że warto założyć własny fundusz, nie korzystający ze wsparcia państwa czy Unii Europejskiej i dzięki temu mający bardzo dużą swobodę inwestycyjną. Drugą przesłanką było to, że Selena miała już 25 lat, miałem dość spore doświadczenie zbudowane dzięki międzynarodowej ekspansji firmy na czterech kontynentach, kilkanaście zakładów produkcyjnych i doszedłem do wniosku, że nadszedł moment, w którym trzeba zacząć transferować doświadczenie do młodego pokolenia. Przyznam, że obie te przesłanki aktualne do dziś.

Jak udaje się transfer wiedzy?

To relatywnie najłatwiejsza i najprzyjemniejsza część pracy. Mając ponad 60 lat, pracuję z 20-, 30- czy 40-latkami. Transfer wiedzy jest przyjemnością i jednocześnie okazją do poznania sposobu funkcjonowania młodszych pokoleń przedsiębiorców. Trudniej natomiast jest z recepcją tego doświadczenia. To są osoby bardzo otwarte i chętnie słuchają, ale wdrożenie jest dużo trudniejsze, tym bardziej że są obszary, jak na przykład ekspansja międzynarodowa, które wymagają bardzo szerokich umiejętności i sama wiedza nie wystarczy.

Ile pana fundusz zainwestował?

Dotychczas zainwestowaliśmy 130 mln zł w osiem spółek, tak jak planowałem w 2017 r., przy czym w część z nich inwestujemy już w drugiej, trzeciej czy kolejnej rundzie, bo wbrew początkowym przewidywaniom okres rozbiegowy dobrych firm to bardzo często 8-10 lat.

Czyli nie było jeszcze wyjścia?

Mieliśmy już dwa. Sprzedaliśmy nasze fintechy, jedne z naszych pierwszych inwestycji. Sprzedaliśmy je dlatego, że polski rynek jest bardzo odmienny od amerykańskiego czy europejskiego. Na polskim rynku, na którym banki są bardzo zaawansowane technologicznie i konkurują z fintechami, ciężko jest rozwijać taką działalność, jaką na Zachodzie rozwijają Revolut, Klarna czy inne fintechy.

Jest pan zadowolony z działania funduszu?

Na pewno jestem zadowolony z tego, że dużo się nauczyłem, sporo zainwestowałem i liczę, że liczę również na dobre wyniki finansowe. Nie spodziewałem się natomiast, że będzie to wymagało tak dużo czasu, pracy, a efekty będą przychodziły dużo wolniej, niż mogłoby się wydawać.

Czy start-upy zgłaszają się do Fidiasza same, czy ma pan zespół, który ich poszukuje?

Ostatnimi laty rynek jest nielekki. Najpierw wybuchła pandemia, która wielu firmom utrudniła działanie, w szczególności najmłodszym i najmniejszym, niektóre wręcz wyeliminowała z rynku, blokując im możliwości rozwoju na bardzo wczesnym etapie, gdy były jeszcze bardzo słabe. Później pozrywały się łańcuchy logistyczne, co dotknęło duże firmy, a jeszcze bardziej małe, bo nie były w stanie konkurować o zasoby. Teraz mamy wysokie koszty energii, w związku z tym start-upy, które dużo korzystają z serwerowni czy mają sporo hardware’u, ponoszą podwyższone koszty. Oczywiście start-upy same się zgłaszają, ale my też ich szukamy. Zmieniliśmy jednak strategię i od dwóch lat koncentrujemy się na firmach, w które już zainwestowaliśmy, by jak najlepiej przeszły przez ten trudny okres. Oznacza to nie tylko wsparcie osobowe w rozwiązywaniu bardzo różnych problemów, czasami takich, z którymi sami się nie zetknęliśmy, ale również dokapitalizowanie.

Jak dużo czasu pan i zespół poświęcacie na spółki z portfela?

Fundusze inwestycyjne mają małe, 2-4-osobowe zespoły, tak jest też w przypadku Fidiasza. Ponadto opierając się na doświadczeniach Fidiasza, w 2021 r. otworzyliśmy jeszcze jeden fundusz: Selena Green Investments, który inwestuje wyłącznie w zielone technologie energetyczne, koncentruje się na budowaniu aktywów energetycznych, wykorzystując potencjał rynkowy grupy Selena. Wspieram więc już dwa fundusze. Poświęcam na to już ponad 60 proc. mojego czasu.

Czy inwestuje pan tylko w polskie firmy, czy może szuka ich pan też za granicą?

Jestem przede wszystkim polskim przedsiębiorcą, który w pewnym momencie doszedł do wniosku, że poza ekspansją Seleny warto wesprzeć inne polskie spółki. Dlatego wszystkie start-upy, w które zainwestowaliśmy, są polskie. Nie inwestujemy w spółki zagraniczne, przynajmniej na tym etapie. Staramy się wybrać i skoncentrować na takich polskich spółkach, które mają szansę skorzystać z naszego doświadczenia w umiejętności poruszania się po rynkach światowych. Pomagamy im budować przyczółki na Zachodzie, jeździmy na targi międzynarodowe, czasami spotykamy się na konferencjach międzynarodowych. To chyba największa wartość, jaką jesteśmy w stanie im dać.

Atelier de Momo

Jakie błędy popełniają start-upy?

Start-upy to normalne młode firmy, które przechodzą przez większość wyzwań wieku dziecięcego. Zawsze zachęcam wszystkich, którzy bardzo się niecierpliwią, chcieliby mieć wystrzałową sprzedaż, wielu inwestorów, wysoki EBIT itd., do przeczytania znakomitej książki profesora Flamholtza „Growing pains”. Wynika z niej, że każda firma — w Europie, Stanach Zjednoczonych czy Azji — musi przejść przez określone stadia rozwoju. Staram się pomagać przejść start-upom, z którymi pracujemy, przez kolejne etapy, możliwie redukując koszty czy bóle z tym związane. Musimy jednak spojrzeć na tę kwestię także z innej strony. Mamy wysoce konkurencyjny rynek, w niektórych obszarach wręcz hiperkonkurencyjny, a to oznacza kłopoty z budową zespołu, zdobyciem talentów itp. Na początku ujawniają się też wady rozwojowe kolejnych produktów wypuszczonych na rynek. Przez to wszystko trzeba przejść. Nie wiem, czy to są błędy twórców start-upów, czy po prostu naturalna kolej rzeczy. Największym problemem jest deficyt umiejętności wychodzenia na rynki międzynarodowe. Słabsze technicznie firmy z Francji, Holandii czy Niemiec mają znacznie lepszą sprzedaż od bardziej zaawansowanych technicznie firm polskich. Przyczyna jest prosta — firmy w Holandii, Niemczech czy Francji są posadowione na bogatym rynku, mają blisko do klienta i łatwo im zbudować obecność w umysłach klientów. W odległości 800 km od Frankfurtu jest Londyn, Paryż, Bruksela, całe Niemcy, cała Szwajcaria, ale też północne Włochy z Mediolanem i Wenecją, a także Praga. Ludzie z Zachodu mają bliskość geograficzną, a od czasów Karola Wielkiego również kulturową i cywilizacyjną. Mają więc naturalną łatwość dotarcia do klientów, czego z wielu powodów nie mają firmy polskie. Kulturowo mamy inną historię, granice Cesarstwa Rzymskiego nie sięgały Polski, kończyły się na środkowych Niemczech. Następnie mieliśmy zabory, komunizm. To wszystko nas izolowało i przełamywanie barier kulturowych i geograficznych zajmuje dużo więcej czasu. Nie są to błędy twórców start-upów, lecz problemy, z którymi muszą sobie poradzić.

Szukaj Pulsu Biznesu do słuchania w Spotify, Apple Podcasts, Podcast Addict lub Twojej ulubionej aplikacji

dziś: „Pieniądze dla start-upów”

goście: Tomasz Snażyk — Startup Poland, Maciej Ćwikiewicz — PFR Ventures, Krzysztof Domarecki — Selena, Andrzej Targosz — Bitspiration Booster, Magdalena Matuszewska — Bank BNP Paribas, Marek Gut — Your Kaya.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane