Kiedy wiatr przynosi burzę, wracajmy do uniwersalnych wartości

Marek Piechocki, prezes LPP
opublikowano: 03-01-2019, 22:00

Redaktorzy „Pulsu Biznesu” znów postawili mnie w trudnym położeniu. Zadali pytanie: „Co nas czeka w 2019 roku” i wywołali po nazwisku do odpowiedzi — i to jeszcze na środek klasy, przed duże audytorium.

Człowiek stojąc pod tablicą drapie się w tył głowy, stara się błysnąć, powiedzieć coś mądrego, nie nudzić, ale jednocześnie się nie skompromitować. Dodatkowo — zupełnie jak w biznesie — uchwycić balans między rozsądnym ryzykiem a nieodpowiedzialną brawurą. Łatwo nie jest, bo przewidywanie przyszłości to robota na pełny etat, i to na dodatek ryzykowna. Trafić trudno, a wbić samobója łatwo. Podejmę jednak ryzyko. Przypomniałem sobie pewną opinię, że „nie ma nic starszego niż wczorajsza gazeta”. Liczę więc na to, że za rok o tej porze, redakcja „Pulsu Biznesu” będzie już pytać o to, co się wydarzy w 2020 r., a do prognoz sprzed 12 miesięcy nikt już — na szczęście — nie będzie zaglądał. Bo i po co? Zawsze bardziej intrygujące jest to, co będzie. O tym, jak było, dobrze wiemy.

Jaki więc będzie ten 2019 r.? Patrząc globalnie trudno nie dostrzec nadciągających zagrożeń. Czy możemy postawić śmiałą tezę, że przyjdzie światowy kryzys gospodarczy? Jest ku temu wiele przesłanek. Gospodarka zwalnia, nawet jeśli w Polsce trudniej to dostrzec, bo u nas w przestrzeni publicznej zapanowała euforia, że nasza gospodarka pędzi, że mamy nadwyżkę budżetową. Niestety, w tym samym czasie rozwinięte gospodarki dostają zadyszki. Wygląda więc na to, że idą ciężkie czasy. Wygranym będzie ten, kto się do nich przygotował jak dobra gospodyni na nadejście zimy. Być może 2018 r. był ostatnim dzwonkiem, by w dobrych czasach zabezpieczyć się przed trudniejszymi. Tu nie ma sentymentów. Obronną ręką wyjdą ci, którzy w czasach taniego i dostępnego pieniądza zgromadzą kapitał na ciężkie chwile.

Część analityków jest przekonana, że kryzys przyjdzie, ale… jeszcze nie teraz, nie w 2019 r. Bo że kiedyś przyjdzie, to akurat pewne. Tak jak latem możemy powiedzieć śmiało, że przyjdzie burza. Bo kiedyś przyjdzie na pewno. Trzymając się tego pogodowego porównania — nie zawsze grzmoty i błyskawice kończą się burzą. Czasem zawierucha przechodzi bokiem. \

Byłoby dobrze, gdyby wszystko rozeszło się po kościach. Także w geopolityce, gdzie zagrożeń widać najwięcej, a ich wagę potęguje dodatkowo światowy kryzys przywództwa. Na naszych oczach płowieją autorytety liderów zachodniego świata. Ciężki to dla nich czas: Theresa May, premier Wielkiej Brytanii, ma słabą pozycję, Emmanuel Macron, prezydent Francji, gaśnie, a Angela Merkel, kanclerz Niemiec, schodzi z politycznej sceny. Perspektywy na przyszłość zrobią się jeszcze mniej optymistyczne, jeśli do tego dodamy coraz mniej przewidywalne Stany Zjednoczone, które wypowiadają dotychczasowe układy (porozumienie klimatyczne, wojna handlowa z Chinami, sankcje na Iran). Listę zagrożeń geopolitycznych uzupełniają te miejsca na świecie, gdzie od dawna jest nieprzewidywalnie. Wojnę mamy tuż za granicą — na Ukrainie. Kreślenie scenariuszy, jak ten konflikt się rozwinie, jest wróżeniem z fusów, bo możliwe zachowania Rosji są nieodgadnione. Podobnie jak np. kolejne ruchy władz Korei Północnej. Na szczęście oprócz zjawisk wyraźnie negatywnych widać także pozytywne. Wśród nich na pewno trzeba podkreślić galopujący rozwój technologiczny.

To silnik napędowy biznesu. Pozwala na sprostanie oczekiwaniom współczesnego klienta. Wymagającego, potrafiącego szybko porównać ceny produktu u różnych dostawców, jakość ich serwisu, czas dostarczenia przesyłki itd. Rynek stawia coraz wyższe wymagania — i dobrze — ma do tego prawo. Wygrają dzięki temu na tym klienci. Firmy albo będą w stanie sprostać tym oczekiwaniom, albo nie będzie dla nich miejsca na rynku. Stałym trendem jest rosnąca rola sztucznej inteligencji (AI) i coraz szersze wykorzystanie technologii opartych na danych (big data). Już nawet nie przyszłością, lecz wręcz teraźniejszością w handlu jest personalizacja. Czyli coraz bardziej precyzyjne targetowanie, które pozwala dotrzeć ze sprofilowanym przekazem do ściśle określonych grup odbiorców. Wygra ten, kto w największym stopniu spełni oczekiwania klienta, a jednocześnie będzie miał najlepiej zorganizowany proces produkcji i dystrybucji produktów na każdym etapie — od pomysłu po rozbudowaną logistykę.

Sama sprzedaż to w obecnych czasach zbyt mało. W zarządach firm rośnie świadomość, że przy budowie marki coraz ważniejsza jest odpowiedzialność biznesu i jest wręcz koniecznością angażowanie się w kwestie społeczne, polityczne, kulturowe. Duże firmy będą poddawane presji, by określać się politycznie czy światopoglądowo. Właśnie od nich będzie się oczekiwać, że spełnią rolę silnych, stabilnych i godnych zaufania instytucji. Szczególnie że rzeczywistość wokół nas zmienia się tak szybko jak nigdy.

Świat pędzi do przodu jak oszalały, każdego dnia szybciej. Fascynuje nas to i przeraża jednocześnie. To, co dzisiaj jest szansą, za chwilę staje się zagrożeniem. Coś, co jeszcze wczoraj wieczorem było koniunkturą, dziś o poranku może nam się jawić jako kryzys. Na szczęście bywa też odwrotnie: obawy i lęki okazują się być przedwczesne i niepotrzebne, a to, co straszyło i spędzało sen z powiek, zamienia się w nadzieję.

Chciałoby się powiedzieć, że nie ma już w obecnym świecie nic pewnego, ale to uproszczenie, to byłaby nieprawda — bo kiedy robi się niebezpiecznie, kiedy wiatr przynosi burzę, a dokoła zaczyna rządzić chaos, wtedy najlepiej wrócić do tego, co stabilne i co jest naszą bazą. Do uniwersalnych wartości, do skały, na której budujemy na co dzień nasz biznes. Do uczciwości, rzetelności, szacunku, ale też do takich wartości, jak pracowitość i skromność, wsparcie rodziny. Wspominam tutaj o tym nieprzypadkowo. LPP jest firmą rodzinną, i to jest nasz fundament. Tak silny i stabilny, że może stać się szansą rozwoju naszej gospodarki. Przecież firmy rodzinne to nie tylko małe cukiernie czy piekarnie, lecz także duże spółki publiczne, które stanowią — ciągle jeszcze — niedocenianą siłę naszej gospodarki.

Wchodzimy w 30-lecie wolnego rynku w Polsce. Mam poczucie, że to dobrze wykorzystany czas. Naszym przedsiębiorcom udało się zbudować wiele fantastycznych firm, a ci, którzy — tak jak ja — zaczynali niemal trzy dekady temu, myślą już o zaplanowanej sukcesji. Nas, Polaków, stać na to, żebyśmy budowali duże, międzynarodowe i rozpoznawalne firmy. Pewnie nie w jednym pokoleniu, ale skoro wielopokoleniowym dziełem są takie marki, jak BMW, Auchan czy Walmart, to dlaczego nam miałoby się nie udać? Uda się — bardzo w to wierzę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Piechocki, prezes LPP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu