Kolejna rozprawa w procesie syndyka Stoczni Gdańskiej

Polska Agencja Prasowa SA
opublikowano: 23-03-2005, 17:38

Przed Sądem Rejonowym w Gdańsku złożył w środę wyjaśnienia syndyk masy upadłościowej Stoczni Gdańskiej (SG) Andrzej Wierciński, oskarżony o wyrządzenie temu zakładowi wielomilionowej szkody majątkowej. Przed tygodniem, na pierwszej rozprawie Wierciński (zgodził się wówczas na ujawnienie swojego wizerunku i nazwiska- PAP) nie przyznał się do stawianych mu zarzutów.

Przed Sądem Rejonowym w Gdańsku złożył w środę wyjaśnienia syndyk masy upadłościowej Stoczni Gdańskiej (SG) Andrzej Wierciński, oskarżony o wyrządzenie temu zakładowi wielomilionowej szkody majątkowej. Przed tygodniem, na pierwszej rozprawie Wierciński (zgodził się wówczas na ujawnienie swojego wizerunku i nazwiska- PAP) nie przyznał się do stawianych mu zarzutów.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku oskarżyła Wiercińskiego o to, że jako syndyk SG między grudniem 1997 r. a grudniem 1998 r. poprzez nadużycie uprawnień i niedopełnienie swoich obowiązkówwyrządził upadłemu przedsiębiorstwu szkodę majątkową w kwocie nie mniejszej niż ok. 91 mln zł.

Wierciński odpowiada również przed sądem za to, że "pod pozorem sprzedaży" Stoczni Gdańskiej oddał Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej (którą utworzyły Stocznia Gdynia i spółka Evip Progress) 74 hektary stoczniowych gruntów. Firma doradcza BMF działająca na zlecenie syndyka określiła je jako zbędne do celów produkcyjnych i wyceniła. Według prokuratury, grunty te powinny być osobno sprzedane i - gdyby tak się stało - syndyk uzyskałby z ich sprzedaży ponad 47 mln zł.

Odnosząc się do tego zarzutu Wierciński wyjaśnił w środę, że już od początku procesu upadłościowego Stoczni Gdańskiej wiadomo było, że zakład pracuje na zbyt wielkim obszarze i część gruntów jest mu niepotrzebna. Podkreślił, że według stanowiska ówczesnego zarządu SG przystosowanie tych zbędnych terenów do odrębnej sprzedaży i związana z tym reorganizacja produkcji w zakładzie potrwałaby trzy lata. Zdaniem Wiercińskiego, mogłoby to jednocześnie doprowadzić do zamknięcia zakładu.

"Uważam, że wyodrębnienie gruntów uznanych za nieprzydatne kosztem likwidacji stoczni byłoby decyzją nierozsądną, nieludzką oraz sprzeczną z interesami wierzycieli" - oświadczył Wierciński.

Prokuratura zarzuca także syndykowi, że za jego zgodą korporacja kupiła stocznię wraz z jej pieniędzmi na koncie, które powinny trafić do wierzycieli upadłego zakładu, a nie do kupującego Stocznię Gdańską. Było to prawie 43 mln zł. Z tej kwoty 17 mln zł stanowiła gotówka, reszta była zablokowana na koncie jako kaucja gwarancyjna dla banku, który udzielił stoczni kredytu na budowę statków.

Prokuratura utrzymuje, że faktyczna wartość sprzedaży majątku upadłej stoczni została zaniżona o taką właśnie kwotę i w rzeczywistości TKS zapłaciła za stocznię ponad 72 mln zł, a nie ponad 115 mln zł, jak przewidywała umowa sprzedaży.

Oprócz syndyka oskarżonym w tej sprawie jest notariusz Marek Kolasa (zgodził się także na ujawnienie swojego wizerunku i nazwiska - PAP), który poświadczał umowy związane ze sprzedażą Stoczni Gdańskiej Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Polska Agencja Prasowa SA

Polecane