Komentarz Adama Sofuła: Pieniądze i władza

Adam Sofuł
29-02-2008, 07:59

Dobra pamięć bywa czasem przekleństwem. Niektórzy bowiem pamiętają zamierzchłe czasy sprzed dekady, kiedy wprowadzano reformę emerytalną, do dziś zresztą niedokończoną.

Pamiętają zapewnienia twórców reformy, że dzięki niej uda się uniknąć finansowej zapaści w ZUS, a jednocześnie uda się nakłonić Polaków do indywidualnej zapobiegliwości i wzięcia odpowiedzialności za swoją emeryturę w swoje ręce. Może ktoś jeszcze pamięta, jak nazywał się pierwotny program reformy emerytalnej? „Bezpieczeństwo dzięki różnorodności”, przy czym różnorodność oznaczała nie tylko to, że będą trzy filary, ale także różnorodność systemów wypłat. Powstały w tamtych czasach projekt ustawy o zakładach emerytalnych (czyli instytucjach, które miały wypłacać świadczenia z drugiego filara — tak, tak, był taki projekt) przewidywał cztery formy wypłaty emerytury dożywotniej do wyboru przez ubezpieczonego: indywidualna z gwarantowanym okresem płatności lub podobne warianty emery- tury wspólnej, małżeńskiej. W późniejszych rozważaniach pojawiła się również koncepcja wypłaty jednorazowej — przy czym nie musiałaby ona dotyczyć całej zgromadzonej przez ubezpieczonego kwoty. W niektórych krajach przyjęto rozwiązanie, że za zgromadzone kapitał ubezpieczony musi wykupić dożywotnią emeryturę o określonej wysokości, a resztę może dostać jednorazowo do ręki (i np. wykupić dodatkowe ubezpieczenie,albo zwyczajnie przepić). Byli tacy, co uwierzyli.

I tak sobie przez dziesięć lat pogadaliśmy, rozważaliśmy różne warianty i wracamy do punktu wyjścia. To znaczy rezygnujemy z indywidualnej zapobiegliwości — o rodzinę po naszej śmierci zatroszczy się ZUS, wypłacając rentę rodzinną. Oczywiście taką, jaką uzna za stosowne, a to z kolei zależy od tego, ile pieniędzy dostanie z budżetu. Politycy uznali również, że nie ma co mącić ubezpieczonym w głowach różnymi wariantami wypłat. Będzie można — jak u Forda — wybrać każdy rodzaj wypłaty, pod warunkiem że będzie to dożywotnia emerytura indywidualna.

Każde inne rozwiązanie pozbawiłoby polityków wpływu na wysokość emerytur. To skądinąd kolejne, też zapomniane założenie reformy emerytalnej. Nie mieliby już możliwości obiecywać waloryzacji, dodatków, podwyżek rent rodzinnych i w ogóle pochylania się z troską nad niedolą emeryta. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, a w przypadku oszczędności na emerytury mówimy o olbrzymich pieniądzach.

Dziś po zmarnowaniu dziesięciu lat na wielkie debaty nie ma już po prostu czasu, wypłaty świadczeń z drugiego filara zaczną się lada moment. Twórcy obecnych uregulowań twierdzą, że wybrano rozwiązania najprostsze i najpewniejsze. Nie da się ukryć. Tylko ci, którzy mają jednak dobrą pamięć, zadają sobie pytanie: Po cholerę była ta cała reforma? Najprostszym i najpewniejszym rozwiązaniem jest przecież ZUS. Emerytury może wypłaca nie za wysokie, ale o ileż mniej kłopotów z wyborem formy wypłaty. A przy okazji kolejnych wyborów emeryci mogą usłyszeć o kolejnej waloryzacji. Bo nikt im tyle nie obieca, co politycy. Czyż nie o to w tym wszystkim chodziło?

Adam Sofuł, a.soful@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Komentarz Adama Sofuła: Pieniądze i władza