Samotność, obcowanie z dziką przyrodą, prawdziwie staropolska gościnność. Tego w polskich górach już się nie przeżyje.
Bliskie, a jednak dalekie. Zwyczajne, a niezwykłe. Odkryte, a nieznane. Góry Czarnohory. Zaledwie 150 km od granicy z Polską.
Wejście na Howerlę, najwyższy szczyt Ukrainy, i wizyta w ruinach polskiego przedwojennego obserwatorium astronomicznego na Popie Iwanie to obowiązkowe punkty pobytu w Czarnohorze. Jedynym u naszego południowo-wschodniego sąsiada wysokogórskim paśmie z piętrem roślinności alpejskiej. Leży ono w całości na terytorium Ukrainy, niedaleko granicy z Rumunią.
Huculszczyzna — bo tak potocznie nazywa się ten region — jest wyjątkowo piękna krajobrazowo i interesująca etnograficznie. Słynie z dzikiej przyrody i mieszkańców: dumnych górali Hucułów.
— Idąc granią główną Czarnohory, odnosi się wrażenie, że oblicze tego pasma diametralnie się zmienia. Las i kosówki zanikają, a królują trawy poprzecinane licznymi skałkami. Widoki są podobne do bieszczadzkich połonin, z tym że pasmo Czarnohory jest dłuższe, szersze i osiąga wysokość podobną Tatrom Zachodnim. Pogoda lubi się gwałtownie zmieniać. Poza kondycją trzeba tam zabrać jeszcze odpowiedni sprzęt turystyczny i odzież — radzi Bogdan Wójcik, prezes Chemii Lublin, który w góry Czarnohory zawędrował z Krzysztofem Przybylskim jesienią ubiegłego roku.
Na zapiecku
Na pierwsze noclegi wybrali wieś Dzembronia, dobry punkt wypadowy do podejmowania jednodniowych wypraw. Pop Iwan — wraz z Howerlą, Brebenieskułem, Tomnatykiem — zalicza się do czterech dwutysięczników Czarnohory, a czerwony szlak na jego szczyt bierze początek w Dzembroni.
— Zawitaliśmy do wsi wieczorem. Jechaliśmy w ciemno, nie rezerwując kwater. Na miejscu panowały jesienne ciemności, niezakłócone sztucznym światłem. Musieliśmy parkować samochód w poprzek drogi, by oświetlić drzwi, do których przyszło nam pukać z pytaniem o nocleg — opowiada Bogdan Wójcik.
W dziennym świetle okazało się, że Dzembronia to kraina malowniczych łąk ogrodzonych płotkami i wąskich ścieżek trawersujących zbocza między chatami Hucułów. Zagrody rozrzucone wysoko w górach to najbardziej charakterystyczna cecha tamtejszego krajobrazu. Układu wsi nie zakłóciła ani socjalistyczna kolektywizacja, ani elektryfikacja. Do położonych wyżej gospodarstw elektryczność dotarła późno, a wiele nie ma jej do dziś.
— Wzdłuż asfaltowych dróg stoją przeważnie nowe domy, malowane na jaskrawe kolory. Ale wciąż pełno tu starych chat huculskich — podłużnych, z gontowym dachem do ziemi i gankiem, na który prowadzą kamienne schodki i maleńka furtka — opisuje Krzysztof Przybylski, główny informatyk w SigmaKalon Deco Polska.
Za drzwiami sień. Po jednej stronie niewielka kuchnia z piecem, na którym jest posłanie gospodarzy. Po drugiej duża izba — zwykle nieużywana, zatopiona w ciszy ikon.
— W takim domu mieszkaliśmy — u pani Paraski Myckaniuk, która już przed wojną oprowadzała turystów po okolicy. W przewodniku wyczytaliśmy, że prowadzi ona prywatne schronisko, co okazało się nieprawdą. Zresztą nie tylko to — radzę z rezerwą traktować wszystko, co na temat Czarnohory wypisuje się w przewodnikach. Skromne warunki bytowania rekompensowała atmosfera życzliwości i autentyczności. Gospodyni od lat przyjmuje Polaków i wspaniale mówi po polsku. Raczyła nas potrawami kuchni huculskiej — mamałygą z bryndzą, plackami ziemniaczanymi, zupą grzybową ze świeżo zebranych grzybów i pierożkami z rozmaitym nadzieniem — wspomina Bogdan Wójcik.
Problem z mapą
Czarnohora to legendarny region turystyczny Polski międzywojennej — zwany kresem Kresów. Wędrującym po górskich ścieżkach szlak wyznaczają słupki dawnej polsko-czechosłowackiej granicy i ruiny przedwojennych schronisk PTTK i AZS. Kamienne słupy graniczne, stojące wzdłuż głównej grani Karpat Wschodnich, są numerowane i zaznaczone na przedwojennych mapach. A reprinty map Wojskowego Instytutu Geograficznego znacznie lepiej odwzorowują ten teren niż powojenne wydawnictwa radzieckie i ukraińskie.
— Nawet w centrach wypoczynkowych brakuje informacji turystycznej, więc nie ma co liczyć, że na miejscu kupi się dobre mapy. Koniecznie trzeba się w nie zaopatrzyć przed wyjazdem. To ważne, bo szlaki nie są dobrze oznakowane. Można je polecić tylko ludziom przygotowanym do górskich wędrówek w trudnym terenie, potrafiącym posługiwać się m.in. kompasem. Przed wyruszeniem w drogę i tak najlepiej zawsze dopytać miejscowych — radzi Bogdan Wójcik.
Ślady przeszłości
Przed wrześniem 1939 r. w Karpatach Wschodnich działało 58 polskich schronisk i kilkanaście czechosłowackich, wytyczono ponad 2 tys. km szlaków górskich. Ten dorobek zmarnowano w czasach ZSRR. Jeszcze kilkanaście lat temu jedyną bazę turystyczną na Huculszczyźnie stanowiły posowieckie sanatoria i turbazy, czyli schroniska. Później doszły hotele. Od kilku lat najszybciej rozwija się agroturystyka.
— Dla ludzi ceniących sobie niezależność na szlaku namioty to wciąż najlepszy wariant noclegu w górach Ukrainy. W ubiegłym roku traciliśmy sporo czasu i energii, codziennie wchodząc na grzbiet i z niego schodząc. Tej jesieni wracamy w Czarnohorę z namiotami, by spać tam, gdzie nas noc zastanie — zapowiada Bogdan Wójcik.
Od lat 90. na szlakach i w huculskich wioskach przybywa polskich turystów. Nie są to — jak początkowo — jedynie wyprawy na przykład piechurów z Klubu Karpackiego zainteresowanych żwawym przejściem główną granią Czarnohory. Coraz częściej przybysze z Polski spędzają czas, spacerując do najdalszych przysiółków, rozległych wsi, robiąc zakupy na huculskim jarmarku czy zwiedzając cerkwie. Z licznych dolin i zakątków Czarnohory Polacy upodobali sobie zwłaszcza obszar górnego biegu Czeremoszu — okolice wsi Bystrec i Dzembronia. To kilkanaście kilometrów od miasteczka Werchowyna, dawniej zwanego Żabie — uznawanego niegdyś zwyczajowo za stolicę Huculszczyzny. W Bystrecu stał dom polskiego pisarza Stanisława Vincenza, autora poświęconego Huculszczyźnie cyklu epickiego „Na wysokiej połoninie”.
— Polacy przyjeżdżają nie tylko ze względu na piękno gór, ale także, by na własne oczy zobaczyć ślady przeszłości tych ziem — uważa Bogdan Wójcik.
To miejsca, które mimo zmian niewiele straciły z wyglądu znanego z XIX-wiecznych opisów. Także ludzie, życzący wędrowcom szczęśliwej drogi i Bożej opieki, nie zostali znieczuleni cywilizacją i obłędem miasta.
— Dlatego warto jak najprędzej wybrać się w ten rejon Europy, póki i tam coś się nie zmieni — sumuje Bogdan Wójcik.
