Legginsowy zwrot rynkowy

E-sklepy zalewają dizajnerskie szorty i koszulki. Młode polskie marki sportowe czekają, aż sytuacja się unormuje i importerzy udający polskich producentów się stąd wyprowadzą

Moda wkracza do klubów fitness i zachęca biegaczy do zakupów. Wraz z nią jak grzyby po deszczu wyrastają kolejni dystrybutorzy legginsów, spódniczek i bluz. Projektują i produkują w Polsce, wypuszczają kolekcje na kolejne sezony i mówią o coraz większym ruchu — tak wśród klientów, jak i w szwalniach, które po trudnych latach złapały wiatr w żagle.

SPORT I MODA:
Zobacz więcej

SPORT I MODA:

Klientki oczekują całego zestawu do fitness — funkcjonalnego, kolorowego i dizajnerskiego, bo kobieta na treningu musi czuć się kobieco — tłumaczy Ewa Bartosiewicz, twórczyni Pretty Fitty. W tym roku jej marka wypuści trzy kolekcje: wiosenno- -letnią, jesienną i zimową. Fot. Marek Wiśniewski

Narodzenie i odrodzenie

— Przez lata pokutowało u nas przekonanie, że ćwiczyć można w byle czym, bo taka odzież i tak się zapoci i pójdzie do prania. Teraz to się bardzo zmienia i w efekcie narodził się odzieżowy biznes, skoncentrowany na fitnessie, bieganiu i tego typu dyscyplinach. Z jednej strony, są masowe, globalne marki sportowe, z ogromnymi budżetami marketingowymi i dostępnością w wielu sklepach stacjonarnych, z drugiej — coraz więcej małych, lokalnych firm, z własnym e-sklepem i bardzo lojalną rzeszą klientów — mówi Ewa Bartosiewicz, założycielka Pretty Fitty.

Jej marka pojawiła się na tym rynku cztery lata temu. Przygotowania do startu trwały rok.

— Trudno było znaleźć m.in. szwalnie, które podjęłyby się zadania, bo wiele zakładów poupadało w związku z zalewem produkcji z Azji. Teraz, wraz z wielkim ożywieniem na rynku, one też się odrodziły, co nam bardzo ułatwia produkcję — opowiada twórczyni Pretty Fitty.

Jej pomysł narodził się w sali do fitnessu.

— Kiedyś trenowałam wyczynowo lekkoatletykę, później pożegnałam się ze sportem wyczynowym i spędziłam kilkanaście lat w korporacji, zajmując się tworzeniem produktu i jego marketingiem, ale w tym czasie i tak regularnie ćwiczyłam w wolnym czasie. Zużywałam wielu strojów, wciąż było coś nie tak — ocierały, zsuwały się itd. A że zawodowo wywodziłam się i ze sportu, i z biznesu, zdecydowałam się stworzyć Pretty Fitty — opowiada Ewa Bartosiewicz.

Dziesięć lat temu zadebiutowało natomiast Nessi, jest to więc — z racji stażu na rynku — niemalże stary wyjadacz w tej młodej części branży. Koncentruje się przede wszystkim na bieganiu i nordic-walkingu.

— Handlowaliśmy odzieżą sportową różnych marek sprowadzanych z Azji, ale nie sprawdzała się w naszym kraju. Były reklamacje, występowały problemy z dostępnością towaru. Jednocześnie rosło w Polsce zapotrzebowanie na aktywność fizyczną, a my zdecydowaliśmy się wyprodukować w kraju własną markę — opowiada Wojciech Izbicki, współtwórca marki Nessi.

Jego zdaniem, wielu Polaków zmieniło podejście do życia — dorobili się i zdecydowali, że nie będą już tylko siedzieć w pracy, bo potrzebny jest też ruch.

— Sportem mocno zainteresowały się też kobiety. Około 2-3 lata temu widać było spore poruszenie w dyskontach, jeśli chodzi o odzież sportową — wielu klientów pierwszy raz zetknęło się z tego typu ubraniami. Potem okazało się, że wybrane przez nich towary nie zawsze na dłuższą metę się sprawdzały, niektórzy szukali więc czegoś innego — i tak trafiali m.in. do nas. To wszystko sprawiło, że nastąpił rynkowy boom — uważa Wojciech Izbicki.

Przetasowania

Dodaje, że teraz rynek musi się ustabilizować.

— Pięć lat temu wypuściliśmy kolorowe legginsy. Wtedy na rynku spotkać można było tylko czarne i szare. Zaskoczyło. Dziś popyt na produkty z kolorowymi wzorami jest tak duży, że przyciąga wielu nie do końca uczciwych graczy. Część firm zamawia duże partie w Azji, w Polsce je przepakowuje i metkuje — i sprzedaje jako krajową produkcję. Mogą zaoferować inne ceny, ale też gorszą jakość, więc zniechęcić klienta. Sam poliester, na którym bazuje branża, występuje w kilkudziesięciu tysiącach wersji. To jedna z dróg do oszczędności i psucia rynku — tłumaczy Wojciech Izbicki.

O tym samym mówi Ewa Bartosiewicz.

— Od dwóch lat widać ogromny wysyp marek oferujących towary, które najprawdopodobniej — wbrew deklaracjom producentów — są importowane. Legginsy to podstawowy produkt i to o niego toczy się wielka wojna cenowa. Znam koszty produkcji w kraju i wiem, że oferowana za nie cena musi być dumpingowa — albo powstały w Azji. Rynek jednak to zrewiduje. To kwestia pewnie kilku lat — przekonuje Ewa Bartosiewicz.

Wojciech Izbicki tłumaczy, że ukrywany przez konsumentem import z Azji dodatkowo nakręca to, że nie trzeba już zamawiać ogromnych ilości produktów.

— Kiedy zaczynaliśmy, minimalne zamówienie wynosiło około 3 tys. par legginsów. Teraz to 200-300 sztuk, przez co stworzenie własnej marki stało się dla wielu potencjalnych przedsiębiorców dużo bardziej osiągalne. W efekcie na rynku jest mnóstwo legginsów. Musi upłynąć jeszcze trochę czasu, aby coraz więcej klientów zaczęło dostrzegać różnicę między tymi produktami. Za kilka lat ten wysyp się skończy i zostanie tu kilka firm — dodaje współwłaściciel Nessi.

Atut lokalnych firm

Ewa Bartosiewicz przekonuje, że przewagą marek szyjących lokalnie jest możliwość szybkiej produkcji dodatkowych partii towaru bądź lekka jego modyfikacja — zgodna z życzeniem klientów.

— W ten sposób wypuściliśmy na rynek spódniczki z trochę dłuższymi spodenkami, bo o to prosiły nas konsumentki. Nie zdążyliśmy nawet zrobić profesjonalnej modowej sesji zdjęciowej, tylko szybkie zdjęcia na potrzeby sklepu internetowego, bo kluczowa była szybkość dostawy. To też kanał sprzedaży będący kluczem do sukcesu — wprowadzenie takiej kolekcji do sklepów stacjonarnych zajęłoby nieporównywalnie więcej czasu i oznaczałoby znacznie wyższe koszty, które musiałyby przełożyć się na ceny produktów — opowiada Ewa Bartosiewicz.

— To właśnie rozwój internetu pozwolił zaistnieć mniejszym producentom. Nie bylibyśmy nigdy w stanie reklamować się w telewizji, jak światowe marki, ale internet pozwolił na całkiem niezłą promocję za relatywnie niewielkie pieniądze — dodaje Wojciech Izbicki.

Ale stworzona przez niego marka była przez rok dostępna w sklepach jednej z sieci sportowych.

— Rozstaliśmy się, bo detalista uznał, że będzie skupiał się na rozwoju oferty globalnych graczy — mówi współtwórca Nessi.

Zaznacza, że jest też otwarty na zagraniczne rynki. Produkty Nessi przez internet sprzedawane są m.in. w Czechach i Słowacji, Niemczech, Danii i Wielkiej Brytanii.

Weź udział w konferencji "e-Klient. e-Customer Journey", 6-7 czerwca 2018 r., Warszawa >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Legginsowy zwrot rynkowy