Marzyciele górą

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2010-02-26 00:00

Jaka jest zawartość Porsche w Porsche, jeśli zamiast boksera mamy widlastą szóstkę, zamiast przyklejonej do asfaltu sylwetki — terenową posturę, a pod maską pracuje diesel? Tekst: Marcin Bołtryk

Doskonale pamiętam swoje pierwsze Porsche. Biała "911" z 1984 r. Pamiętam też, jak mi jej zazdrościli. Wszyscy. Od przedniego zderzaka, przez maskę i dach, aż po garbaty tył biegły dwa szerokie niebieskie pasy. Na skromnej pokrywie skrywającej legendarnego boksera chłodzonego powietrzem błyszczał chromowany napis: Porsche. To było coś więcej niż nazwa. To był mój własny paszport do innego świata.

Nie zawsze słońce zachodzi

W pięknie wykończonym wnętrzu mojej białej "911" brakowało jedynie skórzanej tapicerki. Ale to nic. Auto było piekielnie szybkie. Wszyscy przegrywali z nim wyścigi. Dziś jestem przekonany, że wówczas była to najszybsza "911" w Warszawie. Była. Dopóki baterie nie padły, a kontrolera zdalnego sterowania szlag nie trafił. Kilka dni temu odnalazłem to cudo w piwnicy.

W 1984 r. biegałem do podstawówki, a Porsche "made in jakiś dziwny kraj" przywiózł mi z Libii wujek. Biegałem więc do szkoły z moim Porsche w tornistrze, marząc, że po trzydziestce będę miał takie, tylko prawdziwe. Niewiele aut na warszawskich ulicach lat osiemdziesiątych potrafiło z sercami motomaniaków zrobić to, co moje tornistrowe Porsche robiło z sercami moich szkolnych kolegów.

Życie było wtedy proste. Świat samochodów dzielił się na auta fajowe i "ruską chałę". Porsche było fajowe. Stanowiło esencję wszystkiego, o czym mogłem marzyć. To do mojego plastikowego modelu z tornistra odnosiłem, i po części do dziś odnoszę, wszystkie auta, z jakimi przychodzi mi się poznawać.

Wydaje się, że nie ma bardziej oczywistej prawdy niż ta o wschodach i zachodach słońca. Że są. Tymczasem okazuje się, że w motorzeczywistości słońce czasami nie wschodzi. Dla ortodoksyjnych fanów Porsche takim słońcem jest Cayenne. Dla mnie? Jeszcze nie wiem. Wiem, że nie mieści się do tornistra.

Ekoobłęd

Biznes musi przynosić zyski. Czy to piekarnia, szewc, czy fabryka samochodów. Nad tymi, którzy opierali się rynkowym modom i globalnym tendencjom, dawno rosną kwiatki. Wspomnieć można choćby los kilku brytyjskich firm. Z drugiej strony żal, bo współczesny świat motoryzacji to świat księgowych, a nie marzycieli. To dzięki buchalterom Porsche nie jest już marką wyłącznie sportowych aut. Jest też producentem wielkich rodzinnych SUV-ów i czterodrzwiowych limuzyn. Czy to jednak cokolwiek komukolwiek ujmuje? Przecież to nie Porsche wymyśliło modę na SUV-y, to nie Porsche jest pomysłodawcą ekoobłędu, wciskającego silniki Diesla pod maski takich aut, jak Jaguar, Subaru czy Porsche właśnie.

Instynkt samozachowawczy nakazał władzom tej firmy dostosowanie. I się dostosowały. Do tego robią to z godnością. Bo za Cayenne, ba! nawet za Cayenne z dieslem pod maską wstydzić się nie muszą. Na pewno? Wydaje się, że jednak trochę się wstydzą.

Grudzień 2009. Zima postanawia nadrobić zaległości i to z kilku lat. Zasypuje Polskę śniegiem. Po niespełna trzech godzinach podróży wysiadam z taksówki pod warszawskim centrum Porsche (nie, nie jechałem z Kielc). Cel wizyty jest jeden. Jak najszybciej zasiąść za sterami prawdziwego auta Porsche. No właśnie, czy prawdziwego? Jeśli wierzyć w to, co mówi logo na masce — jak najbardziej! Duży jest.

— W końcu to SUV — myślę.

Dokładnie obchodzę auto. Cóż. Miał być diesel. A ten wygląda… zupełnie nie jak diesel. Ani jednego znaczka, innego wydechu, napisu czy czegokolwiek, po czym można by wnieść, że to cudo jest ropą pędzone.

Po odśnieżeniu sytuacja się nie zmienia.

Wsiadam. I też nic. Zupełnie jak w benzynowych Cayenne. Znaczy ładnie. Po dokładnych oględzinach stwierdzam, że poza obrotomierzem, którego skala kończy się na "szóstce", wewnątrz (podobnie jak z zewnątrz) nic nie zdradza silnika z zapłonem samoczynnym pod maską. Znaczy, trochę się wstydzą.

A nawet wstydzą się bardzo. Tak bardzo, że nawet po uruchomieniu silnika (stacyjka po lewej — jak to w Porsche) nic jeszcze nie jest jasne. Nie pracuje jak diesel.

Wystarczy jednak kilkaset metrów, by kurtyna opadła. To jest ropniak.

Choć dostarczane przez Audi 3-litrowe V6 ze swymi 240 końmi ochoczo napędza dużego SUV-a, to jednak seryjny 6-stopniowy "automat" zmienia bieg na wyższy przy 4 tys. obrotów — dla fanów aut Porsche przynajmniej o 4 tys. za wcześnie.

Ale Cayenne diesel rekompensuje niskie obroty maksymalnym momentem obrotowym (550 Nm) już przy 2 tys. obrotów, dzięki czemu mamy wrażenie, że napędzanie ciężkiego auta jest dla jednostki napędowej tylko zabawą. Klawiszem "sport" można dodatkowo wyostrzyć jego "zmysły". Poręczny Cayenne najwięcej radości daje jednak przy tankowaniu. Producent zapowiada, że średnie zużycie paliwa wynosi 9,3 l/100 km — po zatankowaniu do pełna zasięg auta to 1075 km. "Benzynowy brat" 3,6 potrzebuje 12,9 l/100 km, a na stację paliw musimy zjechać aż o 300 km wcześniej.

"911" wśród SUV-ów

Specjaliści od wizerunku stanęli na głowie, by z zewnątrz nikt nie poznał, że pod maską tego SUV-a pracuje wysokoprężna jednostka napędowa. Udało im się to nadspodziewanie dobrze. Niewprawne oko nie domyśli się, że do baku prezentowanego Cayenne wlewa się olej napędowy, a nie bezołowiówkę. Co więcej, siedząc w kabinie, nawet przy dużych prędkościach nie usłyszymy, że w tym aucie pracuje jednostka wysokoprężna. Inżynierowie zrobili, co mogli, by do kabiny nie wdzierało się klekotanie diesla. Wygłuszyli nie tylko komorę silnika, ale i samą kabinę, ze szczególnym uwzględnieniem przegrody czołowej. Trzeba przyznać, że planowany efekt udało się osiągnąć.

Warto zauważyć, że to najsłabsze (240 KM) i najwolniejsze (214 km/h) Porsche w aktualnej ofercie koncernu. To również najbardziej oszczędne auto tej marki.

Mimo że debiutował niedawno, Cayenne ma archaiczne jak na dzisiejsze czasy wnętrze, z konsolą centralną z plastików pośledniej jakości (szczególnie godny uwagi jest wskaźnik parkowania rodem z ZX Spectrum). Ma za to ponadprzeciętne w klasie właściwości jezdne. To wręcz niesamowite, jak zachowuje się ten wysoki bądź co bądź SUV na szybko pokonywanych zakrętach. Nie mam pojęcia, jakie auto w tej klasie może mu dorównać.

W nos

Cayenne diesel najwięcej emocji dostarcza właśnie na zakrętach. Niesamowite, jak konstruktorzy poradzili sobie z jego masą. Trudno uwierzyć, że to ponad 2 tony! Skręcasz kierownicą, a czarny ropniak reaguje nie gorzej od niejednego GTI. A że diesel? No i co? Auto mało pali, jest komfortowe, pojemne, do tego rewelacyjnie się prowadzi i… może ciągnąć przyczepę o masie do 3,5 tony!

Prawda: Porsche i diesel to niecodzienna kombinacja. Dla niektórych, najbardziej zagorzałych fanów, może się jednak okazać trudna do strawienia. Ale skoro przełknęli SUV-a, to może i z tym się uda? Tym bardziej że nie wygląda jak diesel, nie brzmi jak diesel i — co istotne — być może dzięki niemu dobrze mieć się będzie kultowa "911". Specjaliści od wizerunku stanęli na głowie. Tylko po co? Może to taki pstryczek w nos. Od marzycieli — dla księgowych.

Marcin Bołtryk