Czytasz dzięki

Mniej więcej jednym głosem

opublikowano: 27-08-2020, 08:36

Tytuł jest generalną konkluzją środowego nadzwyczajnego spotkania premiera Mateusza Morawieckiego z reprezentantami ugrupowań parlamentarnych w sprawie sytuacji na Białorusi. Wobec zdystansowania się prezydenta Andrzeja Dudy od postulatów zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego, premier postanowił wykorzystać okazję i wejść do gry z inicjatywą nieformalną. Aż nadto czytelna jest próba wykorzystania białoruskiego dramatu na polityczny użytek wewnętrzny.

Mateusz Morawiecki
Zobacz więcej

Mateusz Morawiecki Fot. Tomasz Adamowicz/Forum

Największym osiągnięciem spotkania była okoliczność, że wzięły w nim udział wszystkie kluby i koła. Co nie powinno dziwić, bo podobnie, jak sześć lat temu w obliczu tragedii euromajdanu w Kijowie, stanowisko polskiego społeczeństwa oraz klasy politycznej wobec dramatu Białorusi jest jednobrzmiące. Trafiają się tylko pojedyncze głosy bezmyślne, takim było np. puszczenie w obieg publiczny sugestii, że w przypadku… rozpadu Białorusi oczywiście Grodno powinno trafić do Polski. To woda na młyn Aleksandra Łukaszenki, który i tak ma przywidzenia powiewania w tym mieście naszych flag, gdy faktycznie są to biało-czerwono-białe naprawdę niepodległej Białorusi. Strategicznym interesem Polski jest rzeczywista suwerenność republiki za Bugiem oraz uniknięcie tam ofiar i nieszczęść, które byłyby nieuchronnym następstwem eskalacji konfrontacji satrapy z przebudzoną częścią społeczeństwa.

Polska reakcja w praktyce nie może być inna, niż spisana już w poprzednim tygodniu w pięciu rządowych punktach. Ten plan obejmuje wsparcie dla osób represjonowanych, program stypendialny dla białoruskiej młodzieży, czyli często po prostu tamtejszych Polaków, ułatwienia wizowe przy wjeździe na teren RP (czyli zarazem UE) i w dostępie do rynku pracy, pomoc niezależnym mediom oraz wsparcie organizacji pozarządowych. W tym programie środowe spotkanie niewiele zmieniło ani nie zaowocowało konkretami, które mają być ogłoszone przez rząd w następnym tygodniu.

Od początku konfliktu społecznego w Mińsku bardzo ważny jest kontekst europejski. Białoruś teoretycznie objęta jest od 2009 r. programem tzw. partnerstwa wschodniego Unii Europejskiej, przyjętego z inicjatywy Polski wspartej przez Szwecję. Realnie przez całą dekadę jest to jednak abstrakcja, przecież nie został wykonany choćby mały krok na drodze Białorusi do układu stowarzyszeniowego, to przypadek zupełnie inny niż Ukrainy. Obecny dramat staje się szansą i okazją dla Polski, aby wrócić do roli lidera unijnej polityki wschodniej. To my, jako najbliższy i odpowiednio duży sąsiad, powinniśmy być adwokatem wolnej, demokratycznej Białorusi na arenie europejskiej. Właściwym krokiem było doprowadzenie przez premiera do nadzwyczajnego szczytu Rady Europejskiej, który jednomyślnie nie uznał wyników białoruskich wyborów prezydenckich z 9 sierpnia. Obecnie jednak rolę lidera naturalnie przejmują Niemcy, z racji sprawowania w tym półroczu prezydencji ministerialnej Rady UE. Rywalizacja nie ma sensu, zatem niech polski rząd stara się przynajmniej aktywnie współtworzyć jednolity front unijny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane