W Kartuzach żartują, że gdzie Polak się boi, tam Kiwi pośle. Kiwi to miejscowy Nowozelandczyk, dla burmistrza — diabeł wcielony.
Wielu w Kartuzach utyskuje. Na burmistrza, na urzędników. Że wszędzie dookoła lepiej, tylko nie w ich mieście, że w urzędzie trudno cokolwiek załatwić, że przedsiębiorcom kłody pod nogi… Takie polskie gadanie, bo tymczasem burmistrz już czwarty raz z rzędu wygrywa wybory.
— Bo z nim jak z PiS-em: kogo zapytać, to nikt na niego nie głosował, jedynie wiewiórki, dlatego został burmistrzem — żartuje jeden z przedsiębiorców.
Taki żart przez łzy, bo tutejsi biznesmeni utyskują najbardziej, zwłaszcza ci więksi. To właśnie oni zaprosili nas do Kartuz. Mówili: „przyjedźcie, zobaczcie sami, pomóżcie”. No to przyjechaliśmy. Całkiem jak w „Sprawie dla reportera” Elżbiety Jaworowicz.
Na spotkanie przyszło pięciu, wizytówkę dał jeden...
Co się nie podoba
Zarzutów — rzeka. Generalnie, że atmosfera dla biznesu nieciekawa, że biurokracja, korupcja, że burmistrz po cichu chce supermarket Lidla sprowadzić do Kartuz. I że władza lekceważy przedsiębiorców. Nie wszystkich, bo są równi i równiejsi:
— Działa jakiś dziwny układ, w którym jedni dostają umorzenia podatkowe (podatek od nieruchomości), inni — nie. Nikt nie wie, kto, za co i dlaczego, bo tajemnica... Burmistrz nie chce tego ujawniać, mimo ustawy o dostępie do informacji niejawnych — zauważa Marek Kropidłowski, właściciel marketu budowlanego (ten, co dał wizytówkę).
Ale fakt: nikt burmistrza za rękę nie złapał.
— Kiedyś przyparty do muru — na pytanie, gdzie jest wniosek o umorzenie podatku dla jednej z firm — burmistrz stwierdził, że wniosek był. Przez telefon — mówi biznesmen Alfa.
— Burmistrz powiedział kiedyś, że u niego w gabinecie każdy, kto zechce coś zrobić w Kartuzach — to to załatwi. Wolałbym, żeby na przykład pozwolenie na budowę załatwiać w wydziale architektury, a nie w gabinecie burmistrza. Dlaczego takie decyzje są niejawne? — dziwi się Kropidłowski.
— Lębork się rozwija, Wejherowo, Kościerzyna, a Kartuzy jakby tkwiły w średniowieczu: żadnych inwestycji, burmistrz jedynie kłóci się ze starostą. Tam nie trzeba układów, urzędnicy są przychylni, rozmawia się z nimi jak z przedsiębiorcami. Wiem, bo robię interesy poza Kartuzami — uważa biznesmen Beta.
Którą kadencję piastuje obecny burmistrz?
— O, skomplikowana sprawa. Jest chorowity i jak go chcą zwolnić, to choruje dłużej niż kobieta w ciąży. Ale kiedy są następne wybory — natychmiast zdrowieje — mówi biznesmen Alfa.
I wygrywa. Jakim cudem?
— Jestem przekonany, że bardzo wielu przedsiębiorców jest związanych pewnym układem i nikt nie będzie wyciągał na jaw rzeczy kompromitujących burmistrza, skoro może się liczyć z przyblokowaniem pewnych korzyści. To nie tylko moja opinia, tak się mówi „na mieście”. Ale dowodów na to nie mam — twierdzi biznesmen Gamma.
Zebrani w milczeniu przytakują głowami. Dużo żalu, mnóstwo zarzutów. Tylko kwitów żadnych... Plotki, wieść gminna.
Pytamy burmistrza Kartuz, jak to z tymi zarzutami:
— Kto to panu powiedział? Proszę podać nazwiska. Co to za anonimowe pomówienia! Skąd pan wie, że mówią prawdę? Nazwiska pan chociaż zna? — pyta zdenerwowany Mieczysław Grzegorz Gołuński, burmistrz Kartuz.
Znamy nazwiska, owszem. Tyle możemy powiedzieć.
— Gdyby mi pan pokazał chociaż ich zdjęcia, tobym panu powiedział, jaki interes mają te osoby w szkalowaniu mnie. Domyślam się, że chodzi o handlowców? — drąży burmistrz.
Nie tylko.
— Dbają tylko o swój interes, nikt poza nimi nie może nic otworzyć w tym mieście. Kali mieć krowę i drugi Kali już nie może jej mieć... Poza tym idzie kampania samorządowa, więc zrobią wszystko, żebym nie wygrał kolejnych wyborów. Skoro jest korupcja czy układy, to dlaczego nie ma skarg, petycji, protestów, to przecież niezabronione... Gdyby było prawdą to, co ludzie opowiadają, prokuratura dawno wszczęłaby dochodzenia. Dlaczego tego nie robi? Dlaczego jestem burmistrzem już od 16 lat? — pyta nie bez racji Gołuński.
Może ludzie się boją?
— A może to tylko plotki, takie ludzkie narzekanie… — podpowiada burmistrz.
Może. No i jesteśmy w kropce. Liczyliśmy na więcej odwagi, na dowody, a mamy jedynie lament na taśmie. Wkurzeni jesteśmy potwornie, bo Warszawa to nie Gdynia. Z Kartuz w dwa kwadranse się nie przyjedzie, a powrót z kwitkiem nie zaboli tak bardzo. Nas boli, bo tłukliśmy się tu po nocy czterysta kilometrów. Co robić? Ano, pomyślimy przy kawie. Knajpa. Czekamy na kelnera. Ktoś przed nami zostawił gazetę: „Express Kaszubski”.
Z nudów przeglądamy, czym żyje miasto: ktoś wyrzuca śmieci do rzeki. Drań. Członek brytyjskiej Izby Lordów przyjechał do Kartuz kupić wino. Ciekawe... ABW ogląda film ze Staniszewa. Intrygujące. Albo to... Ktoś informuje klientów, dlaczego nie zarobią. Przez burmistrza. Czytamy. Im dłużej, tym ciekawiej. Kto to pisał? Podpisane: John Borrell.
Borrel? Skąd my znamy to nazwisko?
Jakiś Anglik, tutaj? Kawa poczeka.
— Borrell? Kto go nie zna... Pięciu nie ma tyle odwagi co on. Mieszka kilka kilometrów pod miastem, w Sytnej Górze. Pokażę — mówi taksówkarz, którego zagadnęliśmy o tajemniczego obcokrajowca.
Kwadrans asfaltem, pół godziny polną drogą. W końcu — jesteśmy. W Kania Lodge, przytulnym pensjonacie nad jeziorem. Sielanka?
Wietnam, Bejrut, Kartuzy
John Borrell jest Nowozelandczykiem, dziennikarzem. Pracował dla „The Australian”, „The Ekonomist”, „The Time Magazine”, BBC i agencji Reutera. Emeryturę postanowił spędzić w Polsce, gdzie mieszka już od 12 lat. Tu ma rodzinę, dom i niewielki biznes. Wiemy już, dlaczego to nazwisko brzmi jakoś znajomo. „Puls” pisał kiedyś o jego winnej pasji.
— Zaczynałem w Wietnamie. Robiłem materiał o naszych żołnierzach dla „The Australian” Ruperta Murdocha. Ciekawa historia, bo mało kto wie, że kilkuset Nowozelandczyków wspierało Amerykanów w tej wojnie. Miałem 20 lat, chciałem zmienić świat i być korespondentem wojennym. W Afryce — robota dla Reutera i BBC. Mozambik, Angola, Gwinea Bissau. Koszmar. Podczas wojny domowej w Rodezji byłem pierwszym zachodnim korespondentem. Cudem przeżyłem rewolucję w Ghanie. W Etiopii znalazłem się w tym samym czasie co Ryszard Kapuściński. Poznałem go wcześniej, w Warszawie. Mieszkaliśmy obok siebie. Przyjaźnimy się do dzisiaj. Był u nas niedawno. Wspominaliśmy Afrykę, Bliski Wschód… No, właśnie, potem zostałem korespondentem „Time Magazine” na Bliskim Wschodzie. Dwa lata w Bejrucie. Gdy w mieście wybuchały kilkuset kilogramowe pociski z izraelskich haubic, naprawdę poznałem, co to strach. Wietnam i Afryka to były wakacje. Potem Ameryka Południowa: Salwador, Honduras. Obsługiwałem wojnę w Kolumbii i Nikaragui. Dużo śmierci wokół... Najtrudniejsze były wiadomości o śmierci któregoś z nas. Ulga, że to nie ja — i obawa „mogę być następny”. I te pytania: czy warto się narażać? Po wojnie w Jugosławii pomyślałem, że chyba już nie. Zrezygnowałem — opowiada John.
Od godziny. Pijemy wino z jego własnej piwnicy. Co ten korespondent wojenny robi na Kaszubach?
— Anię, moją żonę, poznałem w Nigerii, w naszej ambasadzie w Lagos, gdzie przyszedłem wysłać depeszę i przy okazji oddać taśmę do spisania. Miałem tam znajomego, który mógł to zlecić sekretarce. Sami wiecie, jakie to nudne zajęcie. Ania studiowała malarstwo, pracowała na tamtejszym uniwersytecie — opowiada gospodarz.
Panią Annę już poznaliśmy. Szczupła, bezpośrednia, bardzo sympatyczna kobieta. Przysłuchuje się rozmowie, co chwila poprawiając męża, gdy źle wypowie któreś polskie słowo, choć John mówi po naszemu nie najgorzej.
— Czemu Kartuzy? Przez Anię, tak mi zawróciła w głowie. Po trochu i dlatego, że po 27 latach pracy człowiek ma dosyć takiego życia, wiecznie na walizkach, od hotelu do hotelu, co z tego, że luksusowego. Nie ma domu, zasadzonego drzewa, nie ma do czego wracać. Byłem jeszcze młody, miałem oszczędności na własną winnicę. Zamiast niej zbudowaliśmy ten dom, pensjonat i w nim zamieszkaliśmy. Z dziennikarza stałem się hotelarzem, choć moją pasją pozostały wina — mówi Borrell.
Pasja z kolei przerodziła się w biznes. Borrell założył w Sytnej Górze niewielką firmę Wine Express. Dwa pokoje i piwniczka. Sprzedaje najlepsze i najdroższe wina, które sprowadza z całego świata. Tu, pod Kartuzy, a sprzedaje przez internet. Ten angielski lord, o którym czytaliśmy w knajpie, przyjechał właśnie do niego — po wino na wesele syna.
Gdy gospodarz nalewa nam wino (z karafki oczywiście), przypominamy o artykule, który napisał do tutejszej gazety. Borrell uśmiecha się tajemniczo, po czym zaczyna opowiadać historię, znowu wojenną, choć zupełnie inną.
Własną i jakże zaskakującą.
Prywatna wojna
Oto nasz Nowozelandczyk, od 12 lat — czyli od momentu, kiedy postanowił osiąść pod Kartuzami i wybudować Kania Lodge — toczy prywatną wojnę z burmistrzem Kartuz.
— Ledwo się tu pojawiłem, a posypały się problemy. A to z działką, a to z budową, z drogą, potem nawet z płotem, a nawet z nazwą wioski. Wszystko sprowadzało się do jednego: daj w łapę, to my damy ci spokój. Nie będziemy zatruwać życia. A ja się pytam: dlaczego mam płacić za to, że chcę tu mieszkać, zainwestować ponad 2 mln zł, płacić podatki i jeszcze dziesięciu osobom dać pracę, a miejscowym firmom — zarobek? Kaszuby to nie Hollywood, tu nie ma wielu takich, co płacą 130 tys. zł podatku rocznie. Jak ja. Nas powinno się hołubić, a nie tępić — dziwi się Borrell.
A kto chciał w łapę?
— Urzędnicy, burmistrz, choć nie wprost — mówi.
— Na pozwolenie na budowę czekaliśmy 18 miesięcy, gdy inni dostawali je natychmiast. Zmienił się burmistrz, dostaliśmy i my — tłumaczy pani Anna.
— Wrócił burmistrz Gołuński — i znowu problemy. Chciałem za 400 tys. zł wybudować hotel dla win, taką przechowalnię cudzych bardzo drogich win. Burmistrz to zablokował. Architekt gminy zezwolił na budowę, ale gmina oprotestowała zgodę. Zrezygnowałem z inwestycji. Tu nic nie można zrobić bez koperty — mówi Borrell.
Z opowieści Borrellów wynika, że miejscowi urzędnicy robili, co mogli, żeby zatruć im życie.
— Nawet nazwę wioski zmienili: z Sytnej Góry na Sitną Górę, żebyśmy musieli zmienić wszystkie dokumenty — dodaje Borrell.
— Mimo tego wszystkiego nie daliśmy nigdy nawet grosza łapówki. I nie damy — zapowiada pani Anna.
Co na to burmistrz?
— Bzdura, nikt nie utrudnia życia Borrellowi. Jemu się po prostu wydaje, że skoro ma pieniądze, to wszystko może! O wszystko się kłóci, choć nie ma racji. Przecież nie będziemy dla niego tworzyć osobnego prawa czy stwarzać szklarniowych warunków — oburza się burmistrz.
Gazetą we władzę
W zeszłym roku wojna Borrella z burmistrzem Kartuz weszła w nową fazę. W byłym korespondencie wojennym raz jeszcze odezwała się dziennikarska dusza. John założył własną gazetę „Express Kaszubski”, w której m.in. ujawnia grzechy burmistrza i jego urzędników. Gazeta sprzedaje się w nakładzie 5 tys. egz. Zatrudnia kilku dziennikarzy, których szkolą pracownicy Reutera.
— „Nie boimy się pisać serio” — cytuje motto gazety Janusz Świątkowski, redaktor naczelny.
Prawda. Pismo, choć zajmuje się lokalnymi sprawami, bywa ostre. W jednym z numerów redakcja rozpisała konkurs na… burmistrza Kartuz. Wymagania to zarazem — rzekome? — wady obecnego burmistrza. W innym tekście opowiadała o dwulicowości radnych, którzy wpierw publicznie oskarżają ojca miasta o fałszowanie dokumentów, aby chwilę później udzielić mu absolutorium. Napisała też, że burmistrz łamie ustawę antykorupcyjną, mając udziały w innej lokalnej gazecie.
— Zaproponowaliśmy burmistrzowi, że będziemy zamieszczać urzędowe ogłoszenia za darmo. Odmówił. Woli płacić innej gazecie, w której ma udziały — tłumaczy Świątkowski.
„Express Kaszubski” pisał też o historii z certyfikatem „Przejrzysta gmina”, o który ubiegał się burmistrz.
— Burmistrz odtrąbił, że magistrat jest czysty jak łza, bo otrzymał certyfikat „Przejrzysta gmina” — gdy w rzeczywistości był to jedynie certyfikat uczestnictwa w akcji, który otrzymało 400 gmin w całej Polsce — tłumaczy Świątkowski.
Jednym z „najcelniejszych strzałów” Borrella była sprawa lewego przetargu, którą dzisiaj bada ABW. Jego dziennikarze pytają, dlaczego burmistrz Kartuz dwukrotnie zapłacił firmie jednego z radnych za tę samą robotę: raz przed, drugi raz — po przetargu.
— Chodziło o kanalizację deszczową w szkole w Staniszewie. Burmistrz twierdzi, że wykonała ją firma wyłoniona w przetargu ogłoszonym w listopadzie. W rzeczywistości prace ukończyła kilka miesięcy przed jego ogłoszeniem i zainkasowała podwójnie. Prawie 200 tys. zł. Sam przetarg był fikcją, bo sfałszowano protokół... Radni to potwierdzili — opowiada John Borrell.
Jak na to wpadł?
— Dotarliśmy do amatorskiego filmu z rozpoczęcia roku szkolnego w Staniszewie, na którym dostrzegliśmy, że w budynku były już rynny i studzienki — więc po co było je robić ponownie kilka miesięcy później? Chcieliśmy zobaczyć dziennik budowy, ale ponoć zaginął. Film wysłaliśmy do ABW, która bada tę sprawę — mówi Borrell.
Śledcze dziennikarstwo. Jest o przekrętach przy budowie ronda w centrum miasta, o walce kartuskiego magistratu z mediami. Słowem, burmistrz i jego urzędnicy nie mają lekko, Borrell nieustannie zadaje kłopotliwe pytania, patrzy im na ręce.
Burmistrz Kartuz zaprzecza zarzutom. Kategorycznie.
— „Express Kaszubski” to gazeta inspirowana przez handlowców. Jej założyciel jest w konflikcie z gminą i sąsiadami, ze wszystkimi. Nie jest Polakiem z pochodzenia. Z nikim się nie liczy… — atakuje burmistrz
— A zarzuty, jakie panu stawia, są prawdziwe?
— Jedne wyssane z palca, inne wyolbrzymione — jak choćby moje udziały w lokalnej gazecie. Owszem, mam, jedną akcję. Reszta to informacje na zasadzie, że gdzieś dzwonią, ale nie wiemy, w którym kościele — komentuje burmistrz.
— A sprawa Staniszewa?
— Ja tylko mechanicznie zakończyłem to, co rozpoczął poprzedni zarząd, jeżeli już — to on ponosi odpowiedzialność. Ja jedynie ogłosiłem ten przetarg w prasie i rozstrzygnąłem go — wyjaśnia burmistrz.
— A te darmowe ogłoszenia dla gminy?
— Mam prawo wyboru. Urząd miasta mógłby zamieszczać ogłoszenia w „Expressie” gdyby to była gazeta rozsądnie pisząca, a nie z takim wrogim nastawieniem do urzędu i urzędników — tłumaczy Gołuński.
W Kartuzach posypał się stereotyp Polaka: zawzięty, nie popuści, bitny, dopnie swego. Tu Nowozelandczyk się postawił, gdy większość lokalnych przedsiębiorców wciąż boi się — jak deklaruje — „układu i zemsty urzędników”. Mają rację czy jej nie mają — asekuranctwo sznuruje im usta. „Skoro jest korupcja czy układy, to dlaczego nie ma skarg, petycji, protestów, to przecież niezabronione...” — zauważa — zasadnie przecież — burmistrz.
Borrell nie boi się, choć nie mówi nawet dobrze po polsku. Dlaczego?
— Co mi zrobią? Przecież to ja płacę podatki i daję ludziom pracę, nie odwrotnie — twierdzi, może nieco naiwnie.
Naiwnie może tylko dla nas, przyzwyczajonych do kultu urzędnika, pieczątki i formularza.
Jacek Konikowski Ļ
[email protected] % 022-333-99-34
fot. Grzegorz Olszewski
