Dłużnikami polskich przedsiębiorstw są m.in. niemieckie firmy produkujące na rzecz motoryzacji, m.in. części metalowe, gumowe, z tworzyw sztucznych czy tekstylia i inne elementy wyposażenia). Wprowadzony przez Berlin program wsparcia wymiany samochodów poprawił chwilowo kondycję tamtejszych producentów aut, ale niekoniecznie dostawców części i ich kooperantów. Fabryki pojazdów zmniejszyły zamówienia o około 50 proc., bo wystarczają im zapasy magazynowe. Od pewnego czasu renegocjują one także kontrakty i zmieniają dostawców – stąd głośne upadłości takich niemieckich koncernów działających w tym sektorze jak Plastal czy Edscha. W trudnym położeniu znaleźli się również polscy eksporterzy części do motoryzacji. I to oni stanowią jedną z najliczniejszych grup klientów firm windykacyjnych.
Nie mniej zleceń pochodzi od przedsiębiorstw transportowych. Wynika to m.in. z tego, że na rynku niemieckim jest duży wybór i rotacja przewoźników.
– Odbiorcy nie są specjalnie zagrożeni perspektywą braku przewoźnika. Wykorzystują to, regulując płatności za transport w ostatniej kolejności, za pozostałymi dostawcami – zauważa Wiktor Stankiewicz, kierownik ds. windykacji międzynarodowej w Euler Hermes.
Według menedżera, z windykacją nie wolno zwlekać. Niemieckie postępowanie upadłościowe przebiega bowiem bardzo szybko. Poza tym nikt się tam nie ociąga – jak często bywa to w Polsce – ze składaniem wniosku o upadłość.
A jak odzyskać swoje pieniądza?
- W efekcie odroczenia działań możemy trafić w próżnię, bo się okaże, że firma już upadła, a syndyk zamknął listę wierzycieli. A jeśli nawet nie ogłoszono jeszcze upadłości, inni, bardziej energiczni wierzyciele, mogą odzyskać należności, znacznie uszczuplając majątek dłużnika. A wówczas kto wie, czy wystarczy na pokrycie bodaj części naszych roszczeń – argumentuje specjalista Euler Hermes.
O problemach z windykacją, nie tylko w Niemczech, czytaj w poniedziałkowym „Pulsie Biznesu”
