reportaŻ Niegdyś japiszon ze „stolycy”. Dziś biznesmen, pracodawca, a nawet Święty Mikołaj. Pan na Nakomiadach — Piotr Ciszek.
eszcze 10 lat temu był klasycznym japiszonem. Pracował i bawił się na całego. Zarabiał więcej niż dobrze. Dziś żona mówi o nim „siłaczka”, nawiązując do opowiadania Stefana Żeromskiego. PR-owiec, marketingowiec, ranczer. Piotr Ciszek — właściciel 178 hektarów i pałacu w Nakomiadach, z iście arystokratycznym podjazdem. W gminie Kętrzyn wykonuje prawdziwie pozytywistyczną pracę.
Przebiera się za Mikołaja, który przywozi dzieciom tutejszych mieszkańców prezenty. W pobliskiej szkole organizuje pierwszą pracownię komputerową z prawdziwego zdarzenia. Największy pracodawca we wsi. Zarabia, ale też płaci podatki, czym utrzymuje wieś. Chciał być hotelarzem, został zdunem.
Pan na włościach
Do Nakomiadów, wsi liczącej nieco ponad 600 mieszkańców, niełatwo trafić. Miejscowość nie należy do głównych atrakcji turystycznych Warmii i Mazur — jezioro wysuszono pod uprawy. Piotr Ciszek trafił tu w 1998 r.
— Co tu się krygować, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Szukałem takiego dworku. Wcześniej miesiąc jeździliśmy po Mazurach. W Nakomiadach urzekła nas prostota bryły pałacu i niemal nieograniczone perspektywy jego rozbudowy — opowiada Piotr Ciszek, pociągając łyk dębowego mocnego przy mocnym dębowym stole.
Właśnie po pierwszym rekonesansie wróciliśmy do wysokiej na ponad pięć metrów odrestaurowanej nowej kuchni pałacowej. Należący do Ciszka — mający bez piwnic 2 tys. metrów użytkowych — pałac robi wrażenie. Piękne stropy, schody, klimatyczne lochy i legendy. Podobno pod pałacem są liczne tunele (na razie Ciszek odkrył jeden). W ogrodzie jest też stara studnia. Ponoć ukazuje się w niej odbicie krzyżackiego skarbnika, który odpowiadał za zbieranie podatków na rzecz komtura w Rynie.
W Nakomiadach zawsze był majątek ziemski — początkowo krzyżacki, później elektorski, dziś prywatny. Historia majątku sięga średniowiecza. Pałac wybudowano w miejscu średniowiecznej warowni, powstałej w latach 1392-96, zwanej Fliehburg. W XVII w. elektor brandenburski Fryderyk Wilhelm nadał dobra Nakomiady dyplomacie brandenburskiemu Janowi Hoverbeckowi — za zasługi w uniezależnianiu Prus od Korony Polskiej. Akt nadania, w języku polskim i łacińskim, przechowuje Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Ze średniowiecza pochodzi drugi poziom piwnic pałacu, wzniesiony przez Hoverbecków w latach 1664-80. Rodzina ta panowała tu przez 136 lat. W czasie wojen napoleońskich majątek podupadł, podobnie jak wiele innych wschodniopruskich dóbr.
W przywróceniu jego świetności pomogło małżeństwo Hermanna von Rede- ckera z Augustą von Trotha. Panna młoda nie tylko żywiła wielkie uczucia do syna Friedricha, lecz także wniosła do Nakomiadów zastrzyk potrzebnej gotówki. W kronice rodziny von Redecker zapisano wówczas: „Gorąca miłość połączyła teraz całą rodzinę z Nakomiadami, a na rzecz powrotu do świetności, każdy poświęcał swoje siły i pracę”.
Gruntowny remont pałacu przeprowadzono w 1905 r. Nie wpłynął on jednak na zmianę architektury. Redeckerowie byli właścicielami, a później (ze względu na długi) zarządcami dóbr w Nakomiadach do 1945 r. Do dziś mają dobrze zachowany cmentarz rodowy w pobliskim Godzikowie, który utrzymują. Po drugiej wojnie światowej, do początku lat 90., rządziło tu miejscowe PGR.
Na razie Piotr Ciszek urzęduje na jakichś 200 metrach parteru pałacu. Reszta się robi.
300 tysięcy za wodę
— Początkowo myślałem, że szybciej nam pójdzie. Chcieliśmy tu zrobić hotel i nadal zamierzamy. Niemniej — jak to mówią — 10 milionów złotych, które trzeba tu jeszcze włożyć, piechotą nie chodzi — uśmiecha się Ciszek.
Kiedy przejmował majątek, przed pałacem w miejscu dawnego podjazdu stała zdezelowana popegeerowska stacja benzynowa. Wysokie piwnice doszczętnie zalała woda. Kiedy ekipa z PGR-u kładła kanalizację, wyrwała poniemieckie rury drenażowe wokół budynku. W rezultacie zalała go woda — działało tam wtedy przedszkole wiejskie i kilka innych instytucji. Potem, próbując ratować sytuację, fachowcy zrobili nowe odwodnienie. Niedoszacowali jednak wysokości piwnic i wprowadzili rurę przez ścianę powyżej podłogi.
— Pożal się Boże, fachowcy. Bojąc się konsekwencji, zalali pół wysokości piwnicy betonem, by schować rurę. Ukryli ją, ale woda jak stała tak stała — kręci głową Ciszek, który za majątek w Nakomiadach zapłacił około 300 tysięcy złotych. Co nawet jak na 10 lat wstecz było dość wygórowaną ceną. Szczególnie za same ściany z pustymi oczodołami po oknach, częściowo pokryte dachem.
Od hotelu do pieca
Dziś w Nakomiadach pod zarządem Ciszka takie cuda się nie dzieją. Dzieją się za to inne. Dzięki uporowi właściciela miejscowych włości, wieś trafiła na salony. Kiedy Ciszek zorientował się, że na hotel długo stać go nie będzie — ogromny ogród z jedynym w kraju regularnym ogrodem warzywnym restauruje już 5 lat — postawił na innego konia. Wiedział, że niegdyś, na potrzeby rozbudowy pałacu, na początku XVIII w. pracowała tu manufaktura ceramiczna, zajmująca się wyrobem i wypalaniem cegły z miejscowych pokładów gliny. Jednocześnie wiedział też, że Warmia i Mazury nie mają klasowej pamiątki, kojarzonej tylko i wyłącznie z tymi terenami. Postanowił więc pójść tym tropem. W kuźni, na tyłach pałacu, zaczął robić ręcznie malowane miniatury pieców kaflowych. Produkuje też kafle.
— Kiedy dojrzewałem do pomysłu, poszedłem do kilku sklepów z pamiątkami w Mrągowie, Rynie czy w Kętrzynie. Dowiedziałem się, że świetnie sprzedają się tutaj ciupagi góralskie. Byłem wręcz oburzony — opowiada Piotr Ciszek, zapraszając mnie do kolejnego pałacowego pomieszczenia.
Piec. Ogromny piec.
— Mówił pan, że robi miniatury.
— (Śmiech). No tak, ale duże też robimy — na zamówienie muzeów, restauratorów, miłośników, hm, do zwykłych domów. Jeszcze ani jednego nie sprzedaliśmy. Choć kilka kontraktów już mamy.
— Skoro miniaturka 30 centymetrów na 10 centymetrów kosztuje w Almi Decor ponad 200 złotych, to ile kosztuje to monstrum?
— Około 90 tysięcy. Ale mamy też mniejsze, tańsze piece.
Pick-upem z pałacu zmierzamy do manufaktury. Mijamy panią Zosię i pana Antoniego, zajmujących się ogrodem, stróża, pana Waldka. Ciszek ciągnie historię.
— Trudno zaktywizować do pracy tutejszą społeczność. Niby bezrobocie, niby bieda. A rąk do pracy ciągle brak. Jeśli z jednej do drugiej wsi jest pół godziny — nie dojadą, bo za daleko. Dlatego starszych biorę tylko z polecenia, a inwestuję w młodych. Ich ciągle da się naprostować. Nie przesiąknęli PGR-em — kończy Ciszek, parkując samochód.
Praca u podstaw
Wchodzimy. W środku co najmniej sześć osób. W centrum piec, w którym Manufaktura Pałac Nakomiady wypala swoje produkty. Na półkach kolejno zrekonstruowane piecyki w różnej fazie produkcji: z jadalni Uphagena w Gdańsku (XVIII w.), z pałacu Bęsia (XIX w.), z holu zamku w Rynie (XIX w.), z biblioteki pałacu Nakomiady (XVIII w.), z holu pałacu Grazymy (XIX w.), ręcznie zdobione kafle, świeczniki. Do każdego produktu Ciszek dodaje gustowne pudełko i kartę z historią miejsca, z którego zaczerpnął pomysł na pamiątkę.
Przy zakupie pieca z komnaty pani z Nakomiadów dowiadujemy się m.in., że jej mąż Jan von Hoverbeck wiele podróżował. Obowiązki wobec elektora sprawiły, że sporo czasu przebywał w Warszawie na dworze króla. W związku z tym jego żona spędzała miesiące w samotności w swoim gabinecie w pobliżu ciepłego pieca, który musiał jej zastąpić ciepło małżeńskiego łoża. Malowane sceny na kaflach przywodziły obrazy podróży, w które zabierał ją mąż.
— Wszystko tu powstało od podstaw. Nie było się od kogo uczyć. Nikt takich rzeczy w Europie nie robi. Pierwsze piece były cięższe, teraz doszliśmy do wprawy i są lżejsze. Formy do produkcji przygotowaliśmy z silikonu i gipsu. Zresztą mamy tu wiele nowatorskich rozwiązań. Kiedyś pewien ekspert od ceramiki — gdy tu przyjechał — powiedział mi, że gdyby ktoś tu miał kierunkowe wykształcenie, te piece nigdy by nie powstały. Bo ich skomplikowana forma niejako zaprzecza sztuce ceramicznej — mówi Piotr Ciszek.
Wyrób pieców, począwszy od przygotowania modeli i form, poprzez odlewanie pojedynczych kafli, ich wypalanie, a skończywszy na precyzyjnym i mozolnym zdobieniu przed szkliwieniem, odbywa się wyłącznie ręcznie, jak przed wiekami. Właśnie dlatego każdy piec jest wyjątkowy. Widać na nim pojedyncze pociągnięcia pędzla, ukazujące kunszt zdobiących je rzemieślników manufaktury.
Otwieramy drzwi do małej kanciapki. Herman, manufakturowy jamnik, wyraźnie trzyma nas na dystans. Za stołami siedzą dwie uzdolnione plastycznie młode mieszkanki Nakomiadów.
— Ten nieco szkaradny piecyk, który pokazywałem w kuchni, to pierwsza ich praca. Dziś potrafią robić cuda. Gdy odpowiednio szybko dostaniemy informację, mogą także nanieść nazwisko i imię przyszłego posiadacza pieca czy kafla — mówi Piotr Ciszek.
Dziewczyny się czerwienią. Pędzelki jednak trzymają sztywno.
Po kamieniach
Dziury. Dziury. Ledwo odjeżdżamy spod manufaktury. Jakiś blondyn dźwiga kamienie.
— Co tu robisz? — Piotr Ciszek wychyla się przez szybę.
— Drogę. Tak jak pan chciał — odpowiada robotnik.
— To może przesuń ten śmietnik, bo przejechać się nie da.
— Kiedyś poprosiłem gminę, by pomyślała o odrestaurowaniu zalanej betonem i rozjeżdżonej brukowej drogi do pałacu. I tak restaurują te sto metrów już pół roku. Ten sam chłopak jak dla mnie drogę robił, to 100 metrów w trzy tygodnie skończył — uśmiecha się Piotr Ciszek.
Jedziemy pod kamień. A właściwie w podróż od kamienia do kamienia. Bez kamieni nie byłoby pełnej historii o Nakomiadach.
Stary cmentarz von Rede- ckerów jest usytuowany na wzgórzu. Ostatni pogrzeb upamiętnia obelisk sprzed dwóch lat.
— Znałem Eberharda. Zresztą z rodziną von Redeckerów jesteśmy w przyjacielskich stosunkach. Przyjeżdżają tu do mnie, korespondujemy, dopingują mnie. Ojciec rodu, też Eberhard, wybrał to miejsce na mogiłę, bo kiedyś, nim wzgórze nie zarosło, było stąd widać całą posiadłość i pałac — opowiada Piotr Ciszek.
Po chwili zadumy z cmentarza Redeckerów ruszamy do miejsca, z którego Nakomiady słynęły najbardziej, nim Piotr Ciszek zaczął tu robić piece.
We wsi w 1899 r. stanął kamień sławiący zasługi Ottona von Bismarcka. W latach 70. ubiegłego wieku zarósł trawą. W 2005 r. mieszkańcy Nakomiadów go odkopali. Zdecydowali, że stanie na cokole w centralnym miejscu wsi.
— Jego eksponowaniu sprzeciwiła się Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Jej przewodniczący przypominał, że kanclerz prześladował Polaków. Wtedy chciałem nawet przenieść go na teren pałacowego lapidarium. W końcu to krajobraz kulturowy tych ziem. Ale mieszkańcy wsi i tak przegłosowali, by kamień zostawić na placu we wsi. Jest więc, choć został obalony z cokołu — opowiada Ciszek
Duch polsko-niemieckich skomplikowanych stosunków wciąż unosi się więc nad Nakomiadami. Są przecież poniemieckie: pałac, manufaktura, kamień Bismarcka, nawet pięć pomników przyrody zasadzonych niegdyś przez Prusaków z 350-letnim jesionem Eberhardem na czele. Z drobną różnicą. Niemca już nie ma. Jest Polak. n
