Czytasz dzięki

Prezydent nie mój, ale nasz

opublikowano: 05-08-2020, 22:00

Powyższy tytuł kopiuję co pięć lat, albowiem w siedmiu bezpośrednich elekcjach prezydenta RP jeszcze nigdy nie udało mi się trafić, by to właśnie kandydat zyskujący mój krzyżyk na kartce składał później przysięgę.

To najprawdziwsza prawda, chociaż trudno w nią uwierzyć ze względów statystycznych. Jeśli np. w USA ktoś jest zwolennikiem którejś z dwóch wielkich partii, to co 8-12 lat trafić po prostu musi, u mnie zaś anomalia rozciągnęła się już na okres 1990-2025. Ale naprawdę można z tym żyć, zwłaszcza że np. dziennikarzowi daje to luz psychiczny podczas bytności w Pałacu Prezydenckim lub w pobliżu jego lokatora podczas jakichś uroczystości czy wizyt zagranicznych.

Początkiem kadencji w latach 2010, 2015 (zdjęcie) i 2020  był/jest  6 sierpnia – rocznica wymarszu Pierwszej Kadrowej.
Zobacz więcej

Początkiem kadencji w latach 2010, 2015 (zdjęcie) i 2020 był/jest 6 sierpnia – rocznica wymarszu Pierwszej Kadrowej. Adam Chełstowski

W tym roku tytułowy dualizm dotyczy wyjątkowo wielu Polaków. Przypomnę wyniki z 12 lipca, ale najprawdziwsze, odniesione do wszystkich uprawnionych tegoż dnia do głosowania 30 268 460 obywateli III RP. Dla starego/nowego władcy są one bardzo niewygodne, dlatego machina propagandowa państwa tzw. dobrej zmiany zamiata je pod dywan. Otóż Andrzej Duda zdobył poparcie 34,49 proc. pełnoletnich rodaków, jego reelekcję bezwzględnie odrzuciło — bo przecież taka była faktyczna motywacja ogromnej części elektoratu Rafała Trzaskowskiego — 33,10 proc., natomiast dla 32,41 proc. obsada pierwszego urzędu państwa okazała się całkowicie obojętna. Te trzy kupki mają bardzo podobne wielkości, w przybliżeniu 10-milionowe. Analogiczne przeliczenie wyników sprzed pięciu lat potwierdza, że zwycięzca i tak relatywnie się poprawił, w 2015 r. poparło go zaledwie 28,10 proc. społeczeństwa. Notabene w całej historii III RP największe poparcie zdobył w 1990 r. Lech Wałęsa — w atmosferze narodowej mobilizacji przeciwko egzotycznemu Stanowi Tymińskiemu zebrał aż/tylko 38,72 proc. głosów uprawnionych.

Przytoczenie twardych liczb sprowadza na ziemię mrzonki władcy o „prezydencie wszystkich Polaków”. Taka kategoria w ogóle w przyrodzie nie występuje, akceptowalność i legitymizacja najwyższego urzędnika wyjątkowo przekracza trzecią część społeczeństwa. Jest to czytelna wskazówka, jak właściwie wypada traktować lokatora pałacu. Końcowe wyniki arytmetyczne tegorocznych wyborów są niepodważalne, liczenie było czyste, wszystkie protokoły od najmniejszej komisji obwodowej do zbiorczego ogólnopolskiego są transparentne, uzasadnione protesty dotyczyły pojedynczych incydentów. Bezwzględnie daje to Andrzejowi Dudzie uprawnienie do ponownego objęcia dzisiaj przed Zgromadzeniem Narodowym posady pierwszego urzędnika RP, czyli podpisywania ustaw i wszelkich innych papierów, zapraszania pod żyrandol w Sali Kolumnowej, nominowania, wręczania, otwierania, przecinania, etc., etc. Cały przebieg wyborów został jednak strasznie wypaczony zaangażowaniem w jego reelekcję aparatu rządowego, machiny propagandowej tzw. mediów narodowych oraz budżetowych miliardów. Co wyklucza, by wspomniane wyżej dwie 10-milionowe kupki — ta odrzucająca i ta obojętna — wewnętrznie uznały pierwszego urzędnika za kogoś więcej. Za głowę państwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane