Przewoźnik, który nagle zawiesił loty, nie chce się poddać. W gorączce poszukiwania kapitału nie wyklucza debiutu na parkiecie.
Czy to wina kiepskiego biznes- planu, braku wyobraźni czy trzeźwej oceny faktów? Zaledwie po roku działalności Direct Fly, narodowy przewoźnik, który jako jedyny oferował bezpośrednie połączenia np. między Krakowem i Wrocławiem a Gdańskiem, zawiesił działalność. Pisaliśmy o tym we wczorajszym „PB”.
Zarząd nie traci jednak zimnej krwi, zapowiadając, że wstrzymanie lotów ma charakter tymczasowy, a wznowienie operacji lotniczych odbędzie się „w najbliższym możliwym terminie”. Pasażerowie, którzy wykupili bilety, mogą też liczyć na zwrot kosztów.
Przedstawiciele spółki przyznają, że potrzebne będą korekty przyjętego modelu biznesowego, a wyjścia z trudnej sytuacji zamierzają poszukiwać przez wzmocnienie kapitałowe łącznie z opcją debiutu na giełdzie.
Dla portów decyzja o wstrzymaniu lotów nie była zaskoczeniem.
— Domyślaliśmy się, że przewoźnik ma kłopoty, bo od pewnego czasu coraz częściej zdarzały się odwołane loty. Współczynnik wypełnienia samolotów wahał się między 20 a 40 proc. — mówi Adam Skonieczny z działu marketingu portu lotniczego w Gdańsku.
Tomasz Dziedzic, ekspert rynku lotniczego w Instytucie Turystyki, uważa, że firma, która wchodzi na trudny rynek, a do takich należą krajowe połączenia lotnicze, musi liczyć się z brakiem rentowności przez kilka lat.
— Absurdem jest oczekiwanie, że po roku wyjdzie na prostą. Wszystko wskazuje na to, że kondycja finansowa inwestora nagle się pogorszyła — twierdzi Tomasz Dziedzic.
Samą koncepcję połączeń uważa jednak za racjonalny pomysł. Dowód? W ciągu roku działalności Direct Fly przewiózł 25 tys. pasażerów.