Rozpoznanie bojem przed październikiem

opublikowano: 26-05-2019, 22:00

Militarny tytuł odzwierciedla sens wyborów do Parlamentu Europejskiego (PE) w naszym kraju.

Pierwszy raz od akcesji Polski do Unii Europejskiej wyłonienie reprezentacji do Brukseli/Strasburga tak bezpośrednio poprzedziło niezrównanie ważniejsze wybory do Sejmu i Senatu — ich termin najbardziej prawdopodobny to 20 października 2019 r. W latach 2004 i 2009 wybory do PE były jedynymi, a w 2014 zbiegły się z jesiennymi samorządowymi.

Czwarte polskie
wybory do Parlamentu Europejskiego miały frekwencję znacznie lepszą, niż w
latach 2004, 2009 i 2014.
Zobacz więcej

Czwarte polskie wybory do Parlamentu Europejskiego miały frekwencję znacznie lepszą, niż w latach 2004, 2009 i 2014. Daniel Dmitriew/Forum

Terminowa zbitka całkowicie zmieniła kontekst niedzielnego głosowania i przebieg kampanii. Był to po prostu drugi próg kaskady wyborów, którą zapoczątkowały samorządowe w 2018 r. Zbliżający się październikowy będzie najwyższy i najważniejszy, po nim jeszcze czwarty — rozgrywka w maju 2020 r. o prezydenturę. Zorientowana na starcia krajowe kampania potwierdziła obiektywną trudność i zarazem niechęć klasy politycznej do merytorycznego, neutralnego przekazania obywatelom, jakie znaczenie PE naprawdę odgrywa w unijnym systemie decyzyjnym.

Kapitalnym przykładem może być wprzęgnięcie do kampanii waluty euro. Tak się składa, że w długim łańcuchu decyzyjnym akurat PE przeprowadza zaledwie jedno głosowanie opiniujące. Prawdziwi decydenci to Komisja Europejska oraz ministerialna Rada UE w wersji Ecofin, a także oba banki centralne — europejski z Frankfurtu nad Menem i nasz z ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Dlatego absolutnie najważniejszym konkretem kampanii była deklaracja prezesa Adama Glapińskiego, że za jego kadencji w NBP nawet mowy nie ma o wejściu złotego do mechanizmu kursowego ERM2, czyli obowiązkowej dwuletniej poczekalni przed Eurolandem. Po tej deklaracji wątek wspólnej waluty powinien zostać całkowicie zdjęty z agendy. Jednak tzw. dobra zmiana uczyniła z patriotycznej obrony złotego jeden z najważniejszych nośników propagandowych nawet podczas… sobotniej ciszy wyborczej! TVP w najlepszym czasie roztrząsała całe zło euro, oczywiście nie nawiązując ani słowem do niedzielnego głosowania. W ten sposób obalony został kolejny kanon politycznej czystej gry, jeśli takowe w ogóle istnieją…

Do chwili wysłania tego komentarza w drukowanej wersji „PB” nie znałem danych z exit polls. Czyli odpowiedzi na pytanie kluczowe dla rozdziału 52 polskich mandatów do PE — ile małych komitetów, oprócz Wiosny, przeskoczyło 5-procentowy próg. Bo jeśli udałoby się to i Kukizowi, i Konfederacji — to z automatu odcięłyby po 3-4 mandaty z tortu dzielonego przez Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicję Europejską. Wynik starcia między potentatami był możliwy zarówno na poziomie np. 23:21, jak i 20:19. Rozpoznanie wyborczym bojem przed wielką bitwą październikową będzie miało dla głównych rywali gigantyczne znaczenie psychologiczne i wizerunkowe, ale kompletnie żadnego dla realnego stanu polskich spraw w PE. W kończącej się kadencji cała nasza reprezentacja stanowiła zaledwie 6,8 proc. PE, po sfinalizowaniu się brexitu ten udział minimalnie wzrośnie do 7,4 proc. Komitet wygrywający eurowybory w kraju dysponuje zatem pakietem około 3 proc. mandatów, co samo w sobie stanowi mniej niż zero. Brutalna arytmetyka obnaża fikcję prężenia narodowych muskułów — o znaczeniu w PE decyduje nie dosłowna liczba miejsc, których wszyscy mają mało, lecz zdolność do zawierania sojuszy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu