Ryzyko inwestowania w giełdowych gigantów

Krzysztof Kolany
opublikowano: 25-03-2019, 22:00

Sprawa Boeinga przypomina inwestorom, że nawet zakup akcji globalnych koncernów nie zwalnia od ryzyka poniesienia sporych strat

Czy ktokolwiek mógł coś takiego przewidzieć? Że lider światowej branży lotniczej zaliczy dwie śmiertelne katastrofy w ciągu pięciu miesięcy? Że z nieba spadnie najnowszy, najnowocześniejszy i najpopularniejszy model Boeinga? I że — co gorsza — najprawdopodobniej część winy leży po stronie błędnego oprogramowania maszyny, co bezpośrednio obciąża producenta?

Reperkusje katastrof modelu 737 MAX 8 mogą być dla Boeinga bardzo kosztowne. I to nie tylko pod względem wizerunkowym, ale też finansowym. Trudno jest dziś oszacować koszty odszkodowań, modyfikacji już wyprodukowanych samolotów oraz ewentualne opóźnienia w dostawach kolejnych modeli. Nie wiadomo, czy amerykańska firma nie utraci części już złożonych bądź potencjalnych zamówień. Ale potencjalne straty zapewne będą liczone w miliardach dolarów. Będą to koszty zaniedbań przy certyfikacji nowego samolotu, których pracownicy Boeinga dopuścili się kilka lat temu.

Podczas pierwszej sesji po katastrofie w Etiopii akcje Boeinga przeceniono o ponad 5 proc. Następnego dnia o kolejne 6,2 proc. Łącznie w ciągu tygodnia lotnicza spółka utraciła ponad 13 proc. wartości rynkowej, co przekładało się na spadek kapitalizacji aż o 30 mld USD. Dla porządku dodajmy, że akcje Boeinga były w tym roku jedną z najlepszych inwestycji wśród amerykańskich blue chipów i pomimo marcowych spadków wciąż są wyceniane o 16 proc. wyżej niż na koniec grudnia.

Nie tylko Boeing…

Boeing nie jest jedynym globalnym koncernem, któremu w ostatnim czasie przydarzyła się nagła zniżka giełdowych notowań. 20 marca akcje Bayer AG przeceniono o blisko 10 proc. Tak rynek zareagował na wyrok sądu w San Francisco. Sędzia uznał, że istnieje bezpośredni związek między stosowaniem glifosatu a zachorowalnością na raka pracowników rolnych stosujących ten herbicyd, który przez dekady sprzedawała amerykańska firma Monsanto. Straty z tytułu odszkodowań będą zapewne szły w miliardy dolarów.

Co to ma wspólnego z niemieckim Bayerem? Firma z Leverkusen przejęła Monsanto w 2018 r., płacąc za to amerykańskie kukułcze jajo aż 63 mld USD. I teraz Bayer będzie musiał do tej transakcji dorzucić kolejne miliardy. Zresztą rynek coś podejrzewał znacznie wcześniej. Po zatwierdzeniu przejęcia Monsanto przez amerykańskie władze, kurs akcji Bayera w ciągu nieco ponad pół roku spadł ze 100 do niespełna 60 EUR. A to przecież wielka, globalna firma o 150-letniej historii i prawie 40 mld EUR rocznej sprzedaży.

W Europie niewiele jest walorów oferujących tak mocne fundamenty. A jednak straty inwestorów w ciągu ostatnich miesięcy były większe niż w przypadku typowej spółki z polskiego sWIG-u. Niemal 20-procentowa utrata wartości akcji w grudniu przydarzyła się akcjonariuszom Johnson & Johnson. Ten liczący sobie 133 lata globalny konglomerat farmaceutyczno-kosmetyczny to niemal synonim defensywnej i bezpiecznej inwestycji giełdowej. Niezależnie od koniunktury gospodarczej co roku da zarobić przeciętnie kilkanaście procent przy stosunkowo niskiej zmienności i jeszcze dorzuci skromną dywidendę. Lecz nawet taka kompania jak J&J nie okazała się wolna od grzechów przeszłości. Reuters napisał, że firma przez trzy dekady wiedziała, że jej puder dla niemowląt jest zanieczyszczony śladowymi ilościami azbestu.

Co prawda Johnson & Johnson gwałtownie zaprzeczył tym doniesieniom, nazywając je „absurdalną teorią spiskową”, ale akcje spółki i tak wciągu jednej sesji poleciały o ponad 10 proc. W marcu kalifornijski sąd zasądził 29,4 mln USD odszkodowania na rzecz kobiety, która obwiniała puder J&J za wywołanie złośliwego nowotworu płuc. Jednak tym razem kurs J&J prawie nie zareagował.

Nie ma zysku bez ryzyka

W tym tekście nie chodzi o to, aby piętnować grzechy wielkich korporacji, które potem odbijają się na życiu (lub śmierci) konsumentów. Rzecz w tym, że nawet największym globalnym koncernom zdarzają się wpadki boleśnie odczuwane przez akcjonariuszy. A przecież teoria inwestowania zakłada, że akcje blue chipów są obarczono niższym ryzykiem niż walory spółek małych lub bardzo małych.

Tyle że ta statystyczna prawda dotyczy portfela akcji, a nie papierów pojedynczej spółki. Jeśli twój portfel jest ekstremalnie przeważony przez jeden walor, to bierzesz na siebie wysokie ryzyko niezależnie od tego, czy jest to papier Boeinga czy mało popularnej spółki z indeksu Russell 2000 (to — zachowując wszelkie proporcje — taki amerykański odpowiednik sWIG80).

Świadomy inwestor wie, że wystawia swoje pieniądze na ryzyko. A ryzyko można kalkulować i ograniczać. Najpopularniejszym sposobem jest dywersyfikacja. W dużym uproszczeniu polega ona na rozłożeniu zainwestowanego kapitału na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt walorów — najlepiej takich, których notowania nie są ze sobą skorelowane. W praktyce chodzi o to, aby wyeliminować z portfela ryzyko specyficzne dla danej spółki i pozostawić jedynie ryzyko rynkowe.

Współcześnie dywersyfikacja sprowadza się w praktyce do zakupu całego indeksu, czyli do odwzorowania w swoim portfelu składu interesującego nas giełdowego benchmarku. Oczywiście z punktu widzenia inwestora indywidualnego pomysł kupienia 30 (w przypadku Dow Jonesa) lub niemal 500 (S&P500) akcji wydaje się szaloną abstrakcją — same prowizje skonsumowałyby zapewne sporą część kapitału. I tu z pomocą przychodzi współczesna inżynieria finansowa w postaci ETF-ów (Exchange Trading Funds).

Tego typu fundusze stosują strategię pasywnej replikacji naśladowanego benchmarku, dzięki czemu przy rynkowym ryzyku przynoszą rynkową stopę zwrotu. Czyli zarobią (lub stracą) tyle co indeks, który naśladują. Nie mniej i nie więcej. Co więcej, zrobią to tanio. Koszty operacyjne popularnych ETF-ów na S&P500wynoszą ok. 0,05 proc. wartości aktywów rocznie.

To kilkudziesięciokrotnie mniej, niż pobierają polskie TFI zarządzające funduszami akcji. Niestety, dla inwestora z GPW ETF-y to wciąż egzotyka. Na warszawskim parkiecie dostępne są tylko cztery tego typu instrumenty: dwa na WIG20, jeden na DAX-a i jeden na S&P500.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu