Chętnie spalą skręta, wciągną trochę amfy. Kochają kokainowe seanse, czasem wpakują się w heroinę. Potem płacą krocie za ekskluzywny detoks. Ale głów już nie wyczyszczą…
Gdzieś w polskiej sieci krąży „Kiedyś napisany list do narkotyku”:
„Drogi (...)
Wiem, że nie mieliśmy ze sobą ostatnio dobrego kontaktu... Choć spotkaliśmy się stosunkowo niedawno... Chciałabym Ci napisać, że mam do Ciebie dwojaki stosunek... Z jednej strony Cię nienawidzę, a z drugiej tak pożądam... Nienawidzę za to, że pozostawiłeś po sobie takie miłe wspomnienia, które teraz czasami biorą górę nad rzeczywistością... A pożądam Cię, bo jesteś taki „ciekawy”... Potrafisz zagłuszyć moje negatywne uczucia... Jesteś skuteczny, ale szybko się „zmywasz”... Może się jeszcze kiedyś spotkamy, a może nie... W każdym razie wiele mnie nauczyłeś — tych dobrych i złych rzeczy... W sumie to nie wiem... Tyle o Tobie słyszę, że jesteś „be” — mi jednak nie spier... całego życia... Jesteś jednym z tych, za których „obecność” trzeba płacić, a jednak nie jesteś prostytutką... A szkoda, bo mogłabym przynajmniej czasem Ci przyłożyć... Kończę... Idź zdobywać innych... Pa. ” (wysłane 19.05.2004 r. na portal Monaru przez „martuchę”).
— Mogę się pod tym podpisać obiema rękami — deklaruje Anka. Ma 34 lata, pięcioletniego synka i problem. Nie, nie jest narkomanką!
Po białej łące
Brały razem z Agnieszką — szefową. Kto kogo namawiał? Nieważne! Prawie cztery lata zabawy na stanowisku dyrektora działu sprzedaży w warszawskiej spółce (branża konsultingowa). Jak przyszła do firmy, była już po pierwszym rozwodzie. Świetnie zarabiała (średnio 15 tys. zł). Dynamiczna, inteligentna, bezpośrednia. Szczupła, ładna, elegancka. Nie pali — to znaczy nałogowo, bo się zdarza do kawy, na imprezie, no i jak się wkurzy. Ale wtedy lepszy jest joint z dobrym haszem, albo fajną gandzią.
— Nie ma w tym nic złego, to lekki stuff. Czasami paliłyśmy sobie w porze lunchu i wpadałyśmy do roboty totalnie ujarane — wspomina z nostalgią Anka.
Jak było dużo pracy, stymulowała się amfą. Czasami wychodziła z firmy nad ranem. Czasami wcale nie wracała do domu. Wtedy jeździły z Agnieszką podpisywać kontrakty z tzw. kluczowymi klientami. Udane spotkania trzeba było zwykle jakoś uczcić. Czyli: rajd po ekskluzywnych knajpach, drogie hotele i... kokaina. Brały z klientami, czasem z nimi spały. W końcu tak im się spodobało, że nawet jak nie było okazji, kupowały trochę koksu i ruszały w noc — na facetów. I tak świat się kręcił. Aż zaczęły wpadać na genialne pomysły i wykorzystywać narkotykową euforię do rozwijania firmy. Wymyślały: totalny dumping, promocje, rabaty itp. Początkowo wszystko rosło jak na drożdżach: coraz więcej klientów, coraz większe obroty, no i kredyty...
— Na rozwój firmy potrzebna była kasa, której nie było za wiele. No to co? Kredyt. Wkręcałyśmy kolesi z banków. Kilka wilgotnych tekstów, kilka spotkań, wszystko podrasowane koką i był kredyt. Na jednym z takich spotkań poznałam Stefana, swojego drugiego męża — śmieje się Anka.
Stefan, młody prawnik, po ślubie zaczął pracować z Anką. Pani prezes Agnieszka była zadowolona, bo mogła stworzyć u siebie dział prawny. Stefan nie był w ciemię bity, ściągnął kilku kolegów i wziął się za klientów Agnieszki. Minęły dwa lata. Dziś jest już po rozwodzie z Anką, ma własną kancelarię prawną i krwotoki z nosa — kokainowy efekt małżeńskich „zjazdów po białej łące”.
— Nagle wszystko się zaczęło sypać: klienci odchodzili, ludzie składali wypowiedzenia, banki chciały kolejnych rat kredytowych. Brakowało kasy na pensje. I zabawa się skończyła. Agniecha się na mnie wydzierała, że to moja wina... Nie było tłumaczenia. Wywaliła mnie. Sama jeszcze jakoś ciągnie, a raczej wciąga... A ja? Muszę się pozbierać. Takie życie — Anka kończy czwartego papierosa w ciągu 15 minut. Ma łzy w oczach. Prosi, by zapomnieć o wszystkim, co powiedziała.
Klepanie głów
Mówi się, że rodzime kręgi biznesowe ćpają na potęgę. Ale brakuje badań, które by potwierdzały masowość tego procederu. O tym, że coś jest na rzeczy, może jednak świadczyć rosnące zainteresowanie sektorem prywatnych usług detoksykacyjnych. Bo, jak mawiają terapeuci, jeżeli ktoś ma na drogie narkotyki, stać go na leczenie. Jerzy Fiałkiewicz, dyrektor biura zarządu generalnego Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii podaje najnowsze informacje z rynku: 1 gram heroiny kosztuje 120-140 zł (wystarcza na 2 razy dla człowieka w ciągu), a 1 gram kokainy — 200-300 zł (2 godziny zabawy). Dla porównania: prywatne wizyty u psychiatry czy terapeuty to 100 — 500 zł za godzinę. Za leczenie w prywatnej klinice płaci się od 3 do 10 tys. zł miesięcznie. Do tego należy doliczyć detoks (dzień odtrucia np. z heroiny kosztuje 450 zł, przy czym trwa średnio 10 dni).
— Kto trafia do prywatnych ośrodków detoksykacyjnych?
— Wystarczy włączyć telewizor — ucina dr Tomasz Nowak z Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej Fenix 2 w Płochocinie.
Dorota Lendzion, dyrektor zarządzający Centrum Leczenia Uzależnień „Mały Rycerz” w Białołęce:
— To naprawdę różne sfery... Często wyższe. Temat tabu! Osoby całkowicie incognito. Przeważnie biorą od dawna. Nie raz nawet nam się nie przedstawiają. Chcą się czuć bezpiecznie — podkreśla.
Włodzimierz Glinka, dyrektor prywatnego ośrodka detoksykacyjno-terapeutycznego „Janochy” dodaje, że wielu przedsiębiorczych pacjentów, przebywając w ośrodku, prowadzi swoje firmy. Niestety, nie zawsze podchodzą poważnie do problemu. Niektórzy potrafią detoksykować się trzy razy w tygodniu:
— Miałem jednego, który wychodząc rano, rezerwował sobie odtrucie na noc, bo jechał załatwiać jakieś sprawy bankowe. Ale to wyjątki. Staramy się być profesjonalni i namawiamy ich na pełne leczenie. Bo organizm mogą sobie oczyścić, ale układ nerwowy narkotyki niszczą nieodwracalnie. Nie zawsze to do nich dociera — ubolewa doktor Glinka.
Jego ośrodek działa od 9 lat. Doktor bacznie obserwuje rynek i mówi: „zapotrzebowanie jest ogromne, a góra jeszcze nie zaczęła topnieć”. Niestety, w Polsce powstaje sporo ośrodków nieprofesjonalnych. Ludzie rzucają się na pieniądze. Wiedzą, że jest duży popyt i tworzą ośrodki z pensjonatów, zatrudniając jakiegoś „terapeucinę”
— I trochę głów naklepią. Trzeba bardzo uważać, gdzie się idzie, umieć zadawać pytania — przestrzega Glinka.
Dorota Lendzion też jest załamana ogólnym poziomem prywatnego lecznictwa uzależnień. Słyszała o ośrodku, w którym terapeuta leczył kokainistę z nałogu wódką. Jej zdaniem Polska pod względem leczenia narkomanii to prawdziwy ciemnogród. A większość uzależnionych Polaków, których stać na prywatne terapie, wybiera koszmar w domowym zaciszu. Zżera ich wstyd i lęk przed ujawnieniem strasznego nałogu.
Nóż w gardle
Mówią: najlepsza jest kokaina. Ale, że droga, to tylko dla elit — najczęściej tzw. młodych wilków. Jednym z nich jest Michał (33 l.), od 4 lat na stanowisku głównego informatyka w dużej spółce giełdowej. Właśnie szykuje się do awansu — ma wejść do zarządu. Mówi, że wciąga koks w miarę regularnie. Nie za często, żeby nie przesadzić. Zwykle na imprezach z kumplami albo na wyjazdach służbowych, z równymi rangą. Tam się zawsze „wciąga, pije, pali i wali co popadnie”. Zabawa jest przednia!
— Ale mniejsza z tym — szybko ucina temat.
Michał codziennie pali marihuanę, w zasadzie od liceum. W firmie kręci blanty z młodymi.
— Prezes nie jara. A chłopaki są spoko. Smażą jak zapyziali! Ale najlepszy jazz jest jak się naspidują amfą. W robocie tylko wióry lecą! Fajnie poczuć świeżą krew — śmieje się.
Według niego w każdej polskiej firmie są narkotyki. Najwięcej w reklamie i ogólnie pojętej rozrywce (prym wiodą ponoć branże filmowa i muzyczna). Jego tezę zdaje się potwierdzać Sławomir Majman, przewodniczący rady Stowarzyszenia Menedżerów w Polsce:
— Ten problem nie istnieje wśród prawdziwych menedżerów. Bardziej młodzi ludzie, którzy wystartowali do biegu szczurów, szczególnie na średnim szczeblu w dużych korporacjach zachodnich. Rozmaite środki wspomagające inwencję pomagają im w znalezieniu się na medalowych pozycjach. To ludzie poniżej trzydziestki, którzy nie są menedżerami, ale bardzo by chcieli nimi zostać. I, o dziwo, dotyczy to głównie tych, którzy przyjechali do dużych miast z prowincji.
— To jakiś chory stereotyp. Wszelkie profesje, których wykonywanie łączy się ze stresem i niemożnością odreagowania, potrzebują różnego rodzaju wentyli bezpieczeństwa. Nie ma reguły! Ludzie ćwiczą tai-chi lub jogę, popadają w alkoholizm, albo sięgają po używki — oponuje szef działu komunikacji potężnej zachodniej agencji sieciowej.
Po czym dodaje, że na pewno nie jest to problem jego agencji. Może sobie jeden z drugim zapali czasami gdzieś na korytarzu skręta…
— Ale to mnie jakoś nie rusza. Mam liberalne podejście, nie jestem Giertychem w tych kwestiach. Chociaż sam bym nigdy nie zapalił! — deklaruje.
A jak jest w branży filmowej? Kierownik produkcji w jednej z największych firm producenckich w Polsce:
— Słyszałem, że biorą, nie spotkałem żadnego. Być może wśród młodziaków, ale to pokolenie pewnie próbuje wszystkiego. I powiem szczerze: bardziej wóda niż dragi — jakiekolwiek.
Świat muzyki rozrywkowej też — raczej — nie boryka się z tak poważnymi problemami. Jan Chojnacki, od lat związany z branżą muzyczną (m. in. założyciel Radia Kolor, wieloletni szef Poltonu i Centrum Dystrybucji Niezależnej) zapytany o narkotyki w „popie”, rzuca wesoło:
— Już nie diluję!
— Ale jest problem?
— Oczywiście jakiś tam jest, ale nie wydaje mi się, żeby nasza branża wiodła prym. Raczej lekka wódeczka i piwko.
— A sex, drugs and rock n’roll?
— Jeżeli już, to raczej się zatrzymują na poziomie trawy. Twarde dragi to już w tym środowisku nieprawda, nieaktualne.
Odbezpieczone granaty
O narkotykach trzeba mówić całą prawdę. Niszczą, ale dają poczucie szczęścia. Ludzie biorą je, by czuć się lepiej, lepiej i lepiej... Biznesmeni też. Z tłumu wyróżniają ich pękate portfele. Cenni klienci dealerów. Hołubieni! Szczególnie kokainiści.
— W Polsce kokainę łatwiej kupić niż pizzę, bo jest na telefon non-stop open! Konsumuje się ją bardzo często, bo bardzo krótko działa... Witkacy pisał: „kurwa, która bardzo dużo obiecuje, ale bardzo mało daje”. Seans trwa jeden gram, czyli 1-2 godziny. Potem trzeba kupić nową porcję. A dealer, który obsługuje imprezę biznesową, siedzi sobie w mercedesie ulicę dalej i czeka, kiedy znowu do niego wpadną po towar. I nikt, kto zaczyna ciąg, nie planuje, że będzie do rana brał. To nie fikcja literacka, wiem od klientów — relacjonuje Robert Rutkowski, wzięty terapeuta (twórca serwisu narkotyki.com.pl)
Rutkowski sypie jak z rękawa kuriozalnymi przypadkami terapii: kiedyś zadzwonił do niego mężczyzna, prosił o natychmiastową pomoc, mówił, że dobrze zapłaci. Przyjechał wypasionym BMW. Wielki, łysy facet w skórze. Z nim cztery panienki. Okazało się, że to prostytutki — heroinistki, które od tygodnia nie przynoszą zysku, bo są permanentnie naćpane. Sutener był załamany...
Rutkowskiego odwiedził też pewien nobliwy, kulturalny pan (ok. 70 l.). Profesor, wykładowca na jednej z warszawskich uczelni. Znudziła mu się wiekowa żona, zaczął uczęszczać do agencji towarzyskich. Tam spróbował heroiny. Po roku brania doszedł do wniosku, że ma problem...
Dyrektorka prywatnego liceum, po wyjściu z nałogu stwierdziła, że czuje straszny smutek — jakby straciła bliską sercu osobę...
— Dragi maja jedną potworna zaletę. Chcę sobie poprawić nastrój? Po co iść na siłownię czy basen? Po co czekać na efekt relaksu? Narkotyk kręci natychmiast! — tłumaczy Rutkowski.
Jego zdaniem przy narkotykach w biznesie dochodzi tzw. sznyt środowiskowy — chęć bycia „offowym”. Pewien underground charakterystyczny dla 30 — 40-latków:
— Niektórym to robi. Ten cały entourage wokół brania, quasi ideologiczna oprawa. W takim środowisku nie można mówić o udanej imprezie biznesowej, jeśli nie było panienek z agencji i kresek kokainy na stole — komentuje Rutkowski zaznaczając, że biorą głównie osoby, które czują parcie na sukces, czyli raczej niżej w hierarchii.
— Ci, którym się powiodło, mają w dupie używki. Dla nich narkotykiem jest sukces, władza. A pozostali robią sobie ersatz. Ćpanie jest dla nich namiastką udanego życia — wyjaśnia.
— Jakiej pomocy oczekują?
— Pstryknięcia palcami! Mówią: „pomóż mi już i tak, żebym nie musiał nic w życiu zmieniać. Zapłacę, ile zechcesz”. To przeważnie klienci gabinetów hipnozy i różnych innych cudotwórców, którzy wciskają im kit, że 3 lata życia spapranego narkotykami można naprawić w 30 sekund. Często ludzie na krawędzi, walczący o życie — również swoich rodzin. Mam w terapii policjanta i klienta ze służb specjalnych. Oni noszą przy sobie na okrągło broń. Odbezpieczone granaty! Bywają w takim stanie, że nie obchodzi ich czy zabiją siebie, żonę, kochankę, dzieci. Chwała tym, którzy resztką świadomości zajarzyli, że potrzebują pomocy…
Na to znany psychiatra:
— Jest takie podejście medyczne, że każdy detoks, czy dłuższa przerwa w przyjmowaniu narkotyków powoduje odpoczynek organizmu — i to jest realny cel leczenia. Nie brać przez miesiąc, dwa, rok, odtruć trochę organizm, zregenerować wątrobę — raz na jakiś czas, jeśli kogoś na to stać. Żeby człowiek zamiast umrzeć w wieku lat 50, umarł w wieku lat 70. Chodzi o to, żeby być ciut zdrowszym narkomanem. Ale niech pan tego nie pisze.
