Socjalizm w rytmie salsy

Karolina Guzińska
30-05-2003, 00:00

Dwa zamknięte światy. Władze starają się odseparować turystów od tubylców. Przyjezdni chodzą wszędzie — robią, co chcą. Dla kubańskich obywateli wiele drzwi nigdy nie stanie otworem — twierdzi Magdalena Śliwka, studentka etnolingwistyki UAM w Poznaniu.

Świat Kubańczyków leży poza turystycznymi centrami. Kto chce choć liznąć jego atmosfery, łapie okazję — z reguły ciężarówkę wiozącą piach czy cement — albo wypożycza samochód (z ubezpieczeniem: 45-60 USD dziennie).

— Podróżowałam autostopem — choć akurat tego turystom zabraniają. Pamiętam lekarkę, która musiała dorabiać jako kelnerka... Ktoś inny mówił, że nie opłaca się pracować na Kubie: kręcąc się przy turystach zarabia 12 USD dziennie. To tyle, ile miesięczna pensja... Szansą wyrwania się z „socjalistycznego raju” jest małżeństwo z cudzoziemcem. Wielokrotnie proponowano mi fikcyjny związek — opowiada Magdalena Śliwka.

Ludzie żartują: mamy 11 mln obywateli, z czego 5 mln to tajniacy.

— Przed nocnym klubem w Hawanie podeszła do nas dziewczyna, twierdząc, że wpuszczają tylko pary. A nam brakowało jednej pani. Załatwiła wstęp, opiekowała się naszymi rzeczami, kiedy tańczyliśmy, potem odprowadziła nas do domu. Zapewniała, że jest zwykłą mieszkanką Hawany, ale nie uwierzyliśmy jej. Pewnie należała do „opiekunów” turystów. A ci pracują, by cudzoziemcy opuszczali Kubę z przekonaniem, że to bardzo bezpieczny kraj — opowiada Paweł Walczak z firmy MK Tramping.

Mimo rzucającej się w oczy biedy, nie widać frustracji. Ludzie są życzliwi. Mają mało, ale chcą się tym dzielić z przybyszami.

— W tym kraju coś wisi w powietrzu... Czuć radość życia. Sympatię innych. Ludzie mają wigor i błysk w oczach. Nie ma w nich rezygnacji — może to kwestia genów? Klimatu? Nie wiem, co im daje tę nieprawdopodobną energię — zastanawia się Paweł Walczak.

Kubańczykom niewiele trzeba do szczęścia: muzyka, plama słońca przed domem, gdzie można przysiąść w bujanym fotelu...

— Na ulicy żyje się, tworzy, plotkuje... Ten klimat znakomicie uchwycił Wim Wenders w filmie: „Buena Vista Social Club” — mówi Marek Śliwka, właściciel firmy Logos Travel.

Kuba to salsa. Salsa to Kuba.

— Muzykę słychać wszędzie. I wszyscy tańczą: młodzi, starzy, chudzi, grubi, biali, czarni. Zmysłowego tańca Kubańczyków nie jest w stanie naśladować żaden Europejczyk. Wystarczy nastawić płytę w barze, by spontanicznie narodziła się impreza. Bawi się 60-letnia czarna barmanka i 20-letni biały ochroniarz... To fenomen Kuby: brak dystansu między ludźmi i rasizmu. Wszyscy są dumni ze swego pochodzenia. I równi. Zwłaszcza, gdy gra muzyka — zapewnia Paweł Walczak.

Czułe kubańskie ucho wychwyci najsłabszy rytm salsy. Niekoniecznie w muzyce...

— Po ośmiu godzinach przemów, Fidel zauważył, że ludzie są już znużeni. Rzucił w tłum hasło: „No trabajo, salsa si!”. Podchwycono te słowa, śpiewano je i tańczono. To autentyczna historia — zapewnia Marek Śliwka.

Podczas świąt nawet turyście udziela się atmosfera salsy. Zwłaszcza, jeśli to 1 Maja.

— Pochód... Wtopieni w tłum toniemy w zbiorowej euforii. Aż chce się pisać patetyczne poematy „na cześć”! Kubańczycy mają rozdwojenie jaźni. Utyskują na Fidela powszechnie, a jednocześnie są dumni z kraju i widzą plusy ustroju. Choćby bezpłatną służbę zdrowia. I gremialnie walą na pochody. Cóż im zostaje? Nie znają innych realiów... — tłumaczy Marek Śliwka.

Inne oblicze Kuby to obrzędy santerii. W okolicach Santiago de Cuba katolicyzm miesza się z dawnymi wierzeniami afrykańskich niewolników. Ludzie spryskują próg domu wodą, by odpędzić złe duchy. Szamani przepowiadają przyszłość, wróżąc z ziarna, rzucając muszle ślimaków...

— Wróżyła mi pewna panienka — ważąca jakieś 160 kg — czymś odurzona i paląca cygaro grubości ramienia. Można się przestraszyć, gdy wchodząc w trans ferowała wyroki przyszłości. Czy się sprawdziły? Nieee... Chyba jestem człowiekiem małej wiary — mówi Marek Śliwka.

Izolowanemu cudzoziemcowi trudno wczuć się w nastrój zagrożenia, brak wolności słowa, wszechobecność tajnej policji, puste sklepowe półki.

— Niełatwo poznać Kubę od kuchni. Wedle prawa, turysta płaci w dolarach. W przeliczniku jeden do jednego. Dochodzi do kuriozów: za bułkę wartą jedno peso płaci dolara. A za autobus: 25 USD. I nie oszuka sprzedawcy. Nawet jeśli zna hiszpański. Bo Kuba ma własny dialekt — ciągnie Marek Śliwka.

Jak sobie radzą ludzie, którym system nie da zarobić? Domy oznaczone niebieskim trójkątem mają licencję na przyjmowanie gości. Państwo zabiera lwią część: z 15 USD za pokój gospodarzom zostaje 3-4 USD. Proponują zatem posiłki za 2-3 USD od osoby.

— Kuba to eksporter langust. Można je uznać za narodowe danie — gotowane, grillowane... Jedliśmy langusty i to, co rosło w ogródku gospodarzy: warzywa, owoce. A na śniadanie zawsze było jajko — wspomina Paweł Walczak.

W miastach działają jadłodajnie, które śmiało można określić mianem podziemnych.

— Ktoś nam coś szepnął, zaprowadził w ukryte miejsce, zamknięto za nami drzwi na kłódkę. W środku posilało się kilku turystów. Korzystałyśmy z takich okazji, bo na tym zarabiali zwykli ludzie — wyjaśnia Magdalena Śliwka.

Warto jechać na Kubę przed jej — nieuniknionym — otwarciem na świat. Big mac i coca-cola pewnie zmienią tę społeczność. Wiatr przemian już wieje: powstają kompleksy hotelowe, centra handlowe, historyczne budowle są odnawiane. Jeśli jeszcze znikną z ulic krążowniki szos z lat 50., Kuba stanie się kolejnym karaibskim rajem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Socjalizm w rytmie salsy