Stopień do nieba

Karolina Guzińska
27-02-2004, 00:00

Jeśli ktoś chciałby odwiedzić wszystkie madryckie kluby, musiałby codziennie zaliczać jedenaście.

Przez cały rok!

Hiszpanie mawiają: „De Madrid al cielo” — z Madrytu do nieba...

— ...a kiedy już tam będziesz, niech w niebie zrobi się dziurka, byś mógł spoglądać na Madryt — kończy Miguel Angel Capitan, współwłaściciel warszawskiej Cafe Okno.

MadrileEos — madrytczycy — uważają swoje miasto za pierwszy stopień do nieba. Lokalny patriotyzm? Owszem, ale i słynne kolekcje muzealne, wspaniałe zabytki, liczne parki i ogrody (Madryt to drugie miasto na świecie pod względem ilości zieleni). A nade wszystko...

— ...styl i jakość życia — niezależne od zasobności portfela. W Madrycie nie marnujesz ani minuty. Czujesz, że żyjesz — nie tylko praca i tramwaj do domu, ale spotkania z przyjaciółmi w barach i klubach, oszałamiająca oferta kulturalna — do teatru czy kina można się wybrać nawet o pierwszej w nocy! — i zabawa do rana. Brakuje mi tego... W madryckim powietrzu jest coś, co pozwala nie spać do 5 rano i pojawiać się w pracy o 8. W dobrej formie! Może to słońce, a może optymizm ludzi — zastanawia się Miguel Angel Capitan.

Nocny kocioł

Niektórzy się upierają, że przy wspaniałej Barcelonie Madryt to ubogi krewny.

— Bzdura! Co ma Barcelona, czego brakowałby Madrytowi? Tylko morze i łagodniejszy klimat — w położonej w centrum kraju stolicy jest surowszy, kontynentalny. Za to Madryt leży na ponad 600 m — góry Sierra de Guadarrama są oddalone o 50 km od centrum miasta. Wspinaczka, wędrówki po górach i narty to ulubiony przez madrileEos sposób spędzania wolnego czasu — przekonuje Miguel Angel Capitan.

Ale, jak twierdzi, największy atut Madrytu to słynne w całej Europie życie nocne. W każdy piątek i sobotę zabawa trwa do białego rana. Albo i dłużej — dyskoteki dla najwytrwalszych otwierają podwoje o 10 rano! W sezonie turystycznym przez dzielnice rozrywki przewija się jakieś pół miliona ludzi. W weekendy ruch uliczny o 3 czy 5 rano jest większy niż w godzinach szczytu dni powszednich — madrileEos uwielbiają łazić z klubu do klubu, w żadnym nie bawiąc dłużej niż 30 minut. Nic dziwnego, że nocą stoi się w korkach!

— Tego w Barcelonie nie widzieli — mówi z satysfakcją Miguel Angel Capitan.

Co 10 metrów jest jakiś lokal. Tylko jedna z madryckich ulic — Conde de PeEalver — mieści więcej barów niż cała Norwegia! Zapełniają się o 10-11 rano, gdy ludzie wychodzą z pracy na śniadanie. A potem na obiad.

— Każdy to robi. Codziennie. Nikt nie zabiera do pracy bułki z szynką. Jada się na mieście, bo tak wygodniej. To nieduży wydatek — pozwala nań każda pensja. W knajpkach siedzą biznesmeni, mechanicy, murarze... Pełna demokracja — zachwala Miguel Angel Capitan.

Madryt uwielbia się bawić. W sylwestra, pod zegarem na placu Puerta del Sol, zbierają się tłumy. Czekają na północ. Po każdym uderzeniu zegara łykają winogrona. Na szczęście. Przyjdzie, jeśli owoce mają pestki... Miasto świętuje także rocznicę powstania przeciw Napoleonowi: 2 maja 1808 r. Nikt już o najeźdźcach nie pamięta, ale maj to czas imprez, koncertów, ulicznych przedstawień i pochodów. A także walk byków — uwielbianych i znienawidzonych.

— Artykuły o korridzie ukazują się na kolumnach poświęconych sztuce. Bo Hiszpanie, dumni ze swego dziedzictwa, uważają walki byków za część starożytnej kultury. I mówią, że byki do walk mają lepsze życie niż bydło hodowlane. Bo na wolności... — zwraca uwagę Zuzanna Jakubowska, doktorantka iberystyki na UW, redaktorka portalu www.hiszpania-online.com.

Kogo to mierzi, może zobaczyć korridę „light”. Bezkrwawą.

— Wypędzają na arenę ustrojone w kokardki muły. I je drażnią. Nie wiem po co... A z prawdziwej korridy wyszłam po minucie, wkurzona entuzjazmem tłumu — wspomina Małgorzata Hałuszczak z wrocławskiego biura podróży Urlop Line.

Hiszpanów dzieli nie tylko korrida. Także piłka nożna.

— Futbol jest jak religia. Madrytczyk nie wybiera sobie drużyny. Rodzi się jako kibic Realu albo Atlético — twierdzi Miguel Angel Capitan.

W czasie meczu pustoszeją ulice — ludzie siedzą przed telewizorami albo na mieszczącym 90 tys. widzów stadionie. A potem rozpętuje się piekło! Samochody kibiców zwycięskiego zespołu trąbią w specjalny sposób — i od razu wiadomo, kto wygrał!

— Fani futbolu — z czystej radości życia — usiłują też kąpać się w najsłynniejszej madryckiej fontannie, La Cibeles. Policja ma pełne ręce roboty — dodaje Zuzanna Jakubowska.

Sukcesy i porażki drużyn to główny temat poniedziałkowych rozmów. O futbolu dyskutują także kobiety — wiadomo, piłkarze są sławni, przystojni...

Na piechotę

Madryt burboński, Madryt habsburski, dawna dzielnica żydowska... Po tym mieście da się chodzić godzinami. Niezliczone place z łukami triumfalnymi (najbardziej znane to Puerta de Alcalá i Puerta de Toledo), imponujące mieszczańskie kamienice...

— Hiszpanie zawsze budowali z rozmachem. Madryt, kompletnie zniszczony podczas wojny domowej (1936-39), pieczołowicie odbudowano. W monumentalnym stylu, z szerokimi ulicami. Każda budowla jest estetyczna, wszystko do siebie pasuje. Bardzo o to dbają! Nawet Azca — Manhattan Madrytu — dzielnica szklanych wieżowców, harmonijnie zlewa się z resztą miasta — uważa Zuzanna Jakubowska.

Historyczne centrum rozciąga się w kwadracie między pałacem królewskim i muzeum Prado oraz arteriami Gran Via i Rondas. Kto zamieszka na tym obszarze (pokoje w pensjonatach od 18 euro za noc), wszędzie dojdzie na piechotę, choć sieć metra jest doskonale rozbudowana (400 km!). Turyści kierują pierwsze kroki na Plaza Mayor. Główny plac, założony w XVII wieku na gigantycznej przestrzeni otoczonej kamienicami z bogatymi fasadami i podcieniami. Dawniej na Plaza Mayor odbywał się targ, organizowano walki byków i egzekucje. Dziś miejsce to przyciąga sklepami i knajpkami.

— W pobliżu wznosi się La Almudena, katedra ukończona na 500-lecie odkrycia Ameryki. Jej nazwa pochodzi od arabskiego słowa al-mudaina: ściana. W murze przy świątyni średniowieczni Kastylijczycy ukryli święty obraz, by uchronić go przed niewiernymi Maurami. Kryjówkę odkryto przypadkiem... — tłumaczy Zuzanna Jakubowska.

Obok katedry stoi XVIII-wieczny Palacio Real. Wśród atrakcji królewskiego pałacu — sala tronowa i komnata wyłożona od posadzki aż po strop porcelanowymi kaflami.

— Juan Carlos i królowa Sofia używają pałacu tylko do celów reprezentacyjnych. Wolą swoją podmiejską posiadłość. Palacio Real odpycha ich wielkością, majestatem i niewygodami — już dziadek obecnego króla skarżył się, że odległość między kuchnią a jadalnią jest tak duża, że na stół wjeżdżają zimne potrawy! — opowiada Zuzanna Jakubowska.

Złoty ogonek

Ulubionym miejscem spotkań młodzieży jest Plaza de EspaEa z nieco pretensjonalnym pomnikiem Cer-vantesa. Pisarz spogląda z kolumnowego podestu na swoich bohaterów: Don Kichota, Sancho Pansę i ich wierzchowce.

— Jedna z figur, osiołek, znajduje się w zasięgu rąk. Nie symbolizuje niczego, ale ludzie dotykają go „na szczęście”. Ma od tego całkiem wyzłocony tyłeczek... — mówi Małgorzata Hałuszczak.

Za pomnikiem rozpoczyna się Gran Via — reprezentacyjna arteria Madrytu (1,5 km) zbudowana na początku XX wieku. Nad bulwarem góruje hotel Metrópolis, z którego kopuły spogląda skrzydlata Victoria o wydatnym biuście. To jedna z patronek miasta. Drugą jest niedźwiedzica.

—Herb Madrytu — niedźwiedzica zajadająca owoce z drzewka poziomkowego — stoi na Puerta del Sol, u wylotu jednej z ulic promieniście odchodzących od placu. A drzewko poziomkowe? Naprawdę istnieje! Rośnie w rejonie Morza Śródziemnego — zapewnia Zuzanna Jakubowska.

Podczas wędrówek po mieście nie sposób przeoczyć budynku tak najeżonego wieżyczkami i ozdóbkami, że wygląda jak weselny tort.

— To poczta główna. Madrytczycy przezwali ją pałacem Najświętszej Panienki od komunikacji — śmieje się Zuzanna Jakubowska.

Stąd już rzut beretem do Prado. Słynne muzeum znają wszyscy, ale Madryt oferuje miłośnikom sztuki znacznie więcej. Klasyczne malarstwo w Akademii Sztuki San Fernando czy sztukę współczesną w Centro de Arte Reina Sofía. Wisi tam słynna „Guernica” Pabla Picassa — protest przeciwko przemocy i wojnie.

Zmęczonych zwiedzaniem na pewno skusi park Retiro. Wytyczono tu alejki spacerowe obsadzone drzewami, założono stawy, postawiono fontanny i szklane pałacyki... Jest nawet Angel Caída — pomnik diabła! Kolejna oaza spokoju wśród ulicznego zgiełku to Królewski Ogród Botaniczny — prawdziwy, tropikalny las palmowy. Tyle że w dziwnym miejscu. Siedzibą ogrodu jest bowiem dworzec kolejowy Atocha, skąd odchodzą superszybkie pociągi AVE. Jednak ulubione obszary rekreacyjne madrytczyków to Casa de Campo. Wjeżdżają tam kolejką linową, by pobawić się w lunaparku, odwiedzić zoo, pospacerować wśród drzew, posiedzieć nad jeziorem, z którego — niczym gejzer — tryska słup wody.

— Obok, w Parque de la MontaEa, znajduje się jeden z moich ulubionych zakątków: egipska świątynia Debod. Autentyczna! Hiszpanie dostali ją w połowie XX wieku od egipskiego rządu za pomoc przy budowie Tamy Assuańskiej. Ponoć ten prezent mieli otrzymać Polacy... Widać Hiszpanie bardziej się postarali — przypuszcza Zuzanna Jakubowska.

Ze skarpy, na której leży park, rozciąga się wspaniały widok na miasto. Wystarczy rzucić okiem, by utrwalić sobie w pamięci Madryt — stopień do nieba.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Stopień do nieba