Czytasz dzięki

Stopy procentowe centralnie sterowane

opublikowano: 09-06-2020, 22:00

Polityka monetarna nie tylko w Stanach Zjednoczonych doszła do granic swoich możliwości. Trwa więc dyskusja o ich… przekroczeniu i przyjęciu przez Rezerwę Federalną tzw. modelu japońskiego. Byłoby to wdrożenie modelu centralnego planowania na rynku finansowym

W marcu bank centralny USA w trybie awaryjnym przywrócił praktycznie zerowe stopy procentowe. Równocześnie Fed uruchomił nielimitowany czasowo i ilościowo skup obligacji, zwany potocznie „dodrukiem pieniądza”.

Jeśli Fed, kierowany przez Jerome’a Powella, zdecyduje się na kontrolę krzywej
rentowności, ułatwi to rządowi USA ekspansję długu publicznego.
Zobacz więcej

BENEFICJENT:

Jeśli Fed, kierowany przez Jerome’a Powella, zdecyduje się na kontrolę krzywej rentowności, ułatwi to rządowi USA ekspansję długu publicznego. Fot. Bloomberg

Tylko przez ostatnie trzy miesiące Jerome Powell i spółka skupili dług za 3 bln, zwiększając bilans banku centralnego do przeszło 7 bln USD. Mamy zatem praktycznie zerową stopę funduszy federalnych popartą obietnicą Fedu utrzymania takiego stanu tak długo, „aż będzie przekonany, że gospodarka jest na ścieżce do osiągnięcia celów maksymalnego zatrudnienia i stabilności cen”.

To w języku finansistów nazywa się forward guidance, czyli zobowiązanie banku centralnego do niepodnoszenia stóp procentowych przez długi okres czasu. To wszystko podlane jest gęstym sosem nielimitowanego „ilościowego poluzowania” (QE), w ostatnich tygodniach dawkowanym w porcjach rzędu 60-70 mld USD tygodniowo.

Do tego jeszcze operacje repo zwiększające płynność banków, dolarowe linie swapowe z zagranicznymi bankami centralnymi oraz oferowanie preferencyjnych pożyczek dla biznesu. Jednakże ryzyko zapaści systemu finansowego wciąż pozostaje na tyle wysokie, że inwestorzy i ekonomiści w dalszym ciągu snują przypuszczenia na temat użycia przez amerykański bank centralny nowego arsenału. Przewodniczący Jerome Powell oraz kilku innych przedstawicieli Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) w ostatnich tygodniach w publicznych wypowiedziach wielokrotnie odcinali się od pomysłu sprowadzenia stóp procentowych poniżej zera. Według decydentów z FOMC taki krok nie przyniósłby pozytywnych rezultatów, równocześnie niosąc ze sobą poważne i negatywne efekty uboczne.

Centralny planista

Co w takiej sytuacji może zrobić bank centralny, aby jeszcze bardziej zniechęcić ludzi do oszczędzania i zachęcić do zaciągania nowych długów? W zasadzie już niewiele. Jeśli faktycznie wykluczymy opcję ujemnych stóp procentowych, to na placu gry pozostaje jedynie kontrola krzywej dochodowości. W normalnych warunkach bank centralny uzurpuje sobie przywilej ustalania jedynie krótkoterminowych stóp procentowych. Zwykle podstawowa stopa banku centralnego dotyczy oprocentowania kilkutygodniowych pożyczek dla banków. To przekłada się później na stopy na rynku międzybankowym — jak na przykład LIBOR 3M czy WIBOR 3M.

A od tych stawek zależy oprocentowanie kredytów i pożyczek dla gospodarstw domowych i kredytów obrotowych dla firm. Przed 2008 r. banki centralne pozostawiały rynkowi ustalanie długoterminowych (tj. od dwóch lat w górę) stóp procentowych. Ich wyznacznikiem tradycyjnie były rentowności obligacji skarbowych. Zbiór tych rentowności dla poszczególnych okresów (2, 3, 5 czy 10 lat) tworzył krzywą dochodowości, będącą punktem odniesienia dla finansowania wieloletnich inwestycji przedsiębiorstw.

Krzywa ta determinuje także koszty obsługi długu publicznego. Po kryzysie z 2007 r. Rezerwa Federalna, Europejski Bank Centralny, Bank Japonii i inne banki centralne krajów rozwiniętych zaczęły jednak interweniować na rynku obligacji, aby sztucznie zaniżyć długoterminowe stopy procentowe. W tym procederze brylował EBC, który skupując obligacje włoskie czy hiszpańskie, uchronił te państwa przed niewypłacalnością i prawdopodobnym opuszczeniem strefy euro. Kolejne fale QE uniemożliwiały wzrost rentowności obligacji skarbowych (i spadek wycen akcji), ale ani Fed, ani EBC nie deklarowały, że zależy im na jakimś konkretnym poziomie stóp procentowych. Kontrola krzywej rentowności (ang. yield curve control — YCC) definitywnie zmienia to podejście.

W ramach YCC Fed może ogłosić, że zamierza utrzymać rentowność np. 2-letnich Treasuries na stałym poziomie — dajmy na to — 0,0 proc. (obecnie to około 0,2 proc.). Taka „cena urzędowa” może dotyczyć wszystkich tenorów (czyli okresów zapadalności) albo tylko wybranych. Na przykład Bank Japonii prowadzi politykę YCC od 2016 r., utrzymując rentowność obligacji 10-letnich w pobliżu zera. Wdrożenie YCC oznaczałoby wprowadzenie systemu centralnego planowania na olbrzymim rynku amerykańskich papierów skarbowych. Kierownictwo Fedu po prostu ustalałoby maksymalne rentowności poszczególnych serii Treasuries i interweniowało na rynku w razie zagrożenia przekroczenia tej „ceny urzędowej”. W razie potrzeby Fed skupiłby z rynku dodatkową podaż obligacji, płacąc za nie świeżo wydrukowanymi pieniędzmi w ramach QE, i w ten sposób sprowadzał rentowność do wyznaczonego poziomu. W zasadzie YCC byłoby naturalnym rozwinięciem QE.

Zresztą na wprowadzenie kontroli krzywej w marcu 2020 r. zdecydował się Bank Rezerw Australii. Początkowo limit rentowności mógłby dotyczyć tylko krótkiego końca krzywej — w Australii zdecydowano się ograniczyć dochodowość obligacji 3-letnich do zaledwie 0,25 proc. Czyli do poziomu krótkoterminowej stopy procentowej RBA. Z czasem kontrola mogłaby obejmować kolejne odcinki krzywej, aż w końcu Fed dyktowałby oprocentowanie całego długu Stanów Zjednoczonych. W swej istocie niewiele by się to różniło od decyzji politbiura ustalającego ceny towarów w gospodarce socjalistycznej. Zresztą Fed już kiedyś prowadził politykę kontroli krzywej rentowności. Działo się to w latach 1942-51 i miało na celu ograniczenie kosztów obsługi monstrualnego długu publicznego zaciągniętego na potrzeby finansowania wydatków wojennych.

Pieniądze z helikopetrów

Oficjalne uzasadnienie wprowadzenia YCC byłoby zapewne pełne sformułowań o wsparciu gospodarki i utrzymaniu 2-procentowej inflacji cenowej. Ale w praktyce chodziłoby o umożliwienie rządowi Stanów Zjednoczonych ekspansji długu publicznego, który tylko przez ostatnie trzy miesiące wzrósł o 2,65 bln USD i według stanu na 8 czerwca wynosił 25,92 bln USD. Bez interwencji Rezerwy Federalnej administracja Donalda Trumpa w pewnym momencie napotkałaby limit chętnych na zakup obligacji oferujących skrajnie niskie odsetki. Wprowadzenie YCC eliminuje to ryzyko — Fed byłby w praktyce zobowiązany kupić każdą ilość Treasuries, i to w dodatku po cenach bardzo korzystnych dla emitenta.

Jeśli połączymy to z faktycznie istniejącym już w Ameryce dochodem bazowym (czyli nadzwyczajnymi zasiłkami dla bezrobotnych w niektórych stanach przewyższających medianę wynagrodzeń), to w praktyce otrzymujemy tzw. helicopter money. Czyli pieniądze w przenośni zrzucane ze śmigłowców prosto do rąk obywateli. Rzecz jasna nie jest przesądzone, że kierownictwo Rezerwy Federalnej kiedykolwiek zdecyduje się na wdrożenie YCC. Tym bardziej nie jest oczywiste, że ogłosi to już po dzisiejszym posiedzeniu FOMC. Jeśli jednak koronakryzys grzecznie nie ustąpi, to kontrola krzywej dochodowości zapewne będzie jednym z pierwszych narzędzi, po które sięgnie Jerome Powell i jego koledzy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane