Świeża krew, czyli bomba zegarowa tyka

Maciej Witkowski
opublikowano: 12-06-2006, 00:00

Sześć lat temu, gdy pękała internetowa bańka spekulacyjna, rynek finansowy w Polsce wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Ponad 85 proc. Polaków trzymało oszczędności na lokatach bankowych. Fundusze inwestycyjne dopiero zaczynały zdobywać pozycję, a nabycie i sprzedaż jednostek uczestnictwa wiązały się z koniecznością wizyty u dystrybutora. Przeciętny inwestor giełdowy składał zaś zlecenia w punkcie obsługi klienta brokera.

Dziś niski poziom stóp procentowych pcha oszczędzających do szukania alternatywy dla lokat bankowych. Instytucje finansowe oferują więc nowe możliwości inwestycyjne. Fundusze inwestycyjne przeżywają boom i dążą do zamknięcia roku z aktywami 100 mld zł. Poszerzyły sieci dystrybucji o banki i internet. Liczba e-rachunków maklerskich wzrosła z kilku do ponad 125 tysięcy.

Od podjęcia decyzji do kupna lub sprzedaży akcji dzielą dziś inwestora dwa lub trzy kliknięcia myszką. Dlatego zmiany na giełdzie są gwałtowniejsze niż pięć lat temu, kiedy klient chcący pozbyć się zniżkujących akcji lub jednostek funduszu musiał iść do biura maklerskiego i miał czas, by przemyśleć decyzję. Dziś jest informacja, impuls i natychmiastowe działanie: sprzedaż. Rośnie rola emocji, zwłaszcza w przypadku świeżej krwi — rzeszy inwestorów, którzy nigdy nie mieli styczności z giełdą, a znaleźli się na niej pod wpływem znajomych, reklam czy namowy sprzedawcy. Przypomina to tykającą bombę zegarową. I nie dlatego, że świeżej krwi brak wiedzy o inwestowaniu. Przede wszystkim nie ma doświadczenia w zarządzaniu emocjami. Taka sytuacja stawia instytucjom nowe wyzwania, przede wszystkim edukacyjne. Sprzedając jednostki funduszu akcyjnego lub rachunki maklerskie, ponoszą one odpowiedzialność za to, co stanie się na rynku za sprawą tysięcy niedoświadczonych graczy.

Tu pojawia się pytanie o etykę — czy w chwili, gdy rynek jest na historycznych maksimach, powinno się namawiać klientów na fundusze akcji tylko dlatego, że prowizja jest najwyższa? Czy może dokładnie informować ich o ryzyku? Właściciele instytucji finansowych oczekują od sprzedawców zysków i rosnącej sprzedaży, pojawia się więc pokusa maksymalizacji przychodów za wszelką cenę. Jeśli jednak ktoś chce budować długoterminową relację z klientem, powinien przemyśleć, jak i za co wynagradza pracowników.

Amerykanie już się tego nauczyli. Pamiętają, że analitycy i doradcy namawiali klientów do kupowania akcji dotcomów tuż przed pęknięciem internetowej bańki. Pytanie, czy potrafimy się uczyć na błędach innych czy też sami musimy przeżyć panikę inwestorów?

Maciej Witkowski

dyrektor ds. produktów inwestycyjnych mBanku

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maciej Witkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu