Czytasz dzięki

Ważność oczywista, tylko arytmetyczna

opublikowano: 03-08-2020, 22:00

Uchwała Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego (SN) o stwierdzeniu ważności wyboru prezydenta RP, dokonanego 12 lipca 2020 r., była oczywistą oczywistością.

Podjęła ją tzw. neoizba, utworzona po ustawowym skoku tzw. dobrej zmiany na SN, ale uchwała z 3 sierpnia absolutnie nie odbiega od linii orzeczniczej dawnej Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Gdy odkopie się powyborcze werdykty z całej III RP od 1990 r., to co do zasady są one… kopiami. SN zawsze uznaje zasadność pewnej liczby — w tym roku było ich 93 — epizodycznych zarzutów, stwierdzając zarazem, że nawet zsumowane absolutnie nie wpłynęły na końcowe rozstrzygnięcie. Święta prawda, skoro różnica wyników obu kandydatów w drugiej turze wyniosła 422 385 głosów.

Izby i sędziowie się zmienili, ale meritum uchwały podtrzymało linię orzeczniczą SN.
Zobacz więcej

Izby i sędziowie się zmienili, ale meritum uchwały podtrzymało linię orzeczniczą SN. Fot. Piotr Molęcki East-News

Generalna ocena anormalnych wyborów w anormalnym 2020 r. jest dwoista. Msza inaugurująca prezydencką kadencję w czwartek 6 sierpnia powinna być dziękczynieniem, że forsowana przez PiS hucpa głosowania kopertowego 10 maja, z przesypywaniem kart z głosami ze skrzynek do worów bez liczenia, etc. etc., trafiła na śmietnik. Gdyby doszła do skutku, byłby to koniec polskiej demokracji. Nastąpił jednak cud, głosowania 28 czerwca i 12 lipca od strony proceduralno-arytmetycznej wyszły absolutnie normalnie. Jak zwykle od lat przewodniczyłem komisji obwodowej i mogę wydać uczciwą ocenę z samego serca machiny wyborczej. Przy wciąż niedoskonałym ręcznym głosowaniu papierowym liczba pomyłek, błędów czy ewentualnych przekrętów (np. oddania głosu za kogoś) realnie mogła wynosić 2-3 głosy na jeden obwód, liczący najczęściej od 1000 do 2000 wyborców. Akcentuję słowo „mogła”, bo to dywagacje raczej teoretyczne, komisji było 27 229 i w większości żadnych niedokładności nie było.

Niestety, drugą, czarną stroną wyborów prezydenta RP była kampania. Od jej oceny całkowicie umyli ręce sędziowie neoizby, ale również nie było to odstępstwo od orzecznictwa SN z minionych lat. Uchwała zaakcentowała, że nierówny dostęp kandydatów do środków masowego przekazu nie wpływa na ważność wyborów, dopóki zapewniony jest tzw. pluralizm mediów. Podkreśliła także, że dobrą praktyką wyborów powinno być neutralne podejście władz publicznych do konkretnych kandydatów. Niestety, po trzech dekadach III RP państwo tzw. dobrej zmiany wyśrubowało niechlubny rekord w kategorii właśnie nierówności traktowania kandydatów. Urzędujący prezydent zawsze i wszędzie ma naturalną przewagę nad pretendentem. W demokratycznych państwach jednak niewyobrażalne byłoby aż takie zaangażowanie rządowego aparatu oraz wielkich budżetowych pieniędzy w reelekcję władcy. Dla mnie szczytem hucpy było użycie w sobotę 11 lipca, czyli w dniu ciszy wyborczej, sms-owego systemu ratowniczego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa do… aktywizacji starszego elektoratu, z założenia sprzyjającego Andrzejowi Dudzie.

Mniej więcej taki obraz wyborów znalazł się w raporcie Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Obiektywni obserwatorzy podkreślili zaskakująco wręcz dobrą — uwzględniając epidemiczne okoliczności — organizację głosowania, frekwencję oraz uczciwość liczenia głosów. Natomiast ocena kampanii, a zwłaszcza szokującej jednostronności tzw. mediów narodowych, w tym głównie dofinansowanej miliardami z publicznej kasy Telewizji Polskiej, przesunęła w ich oczach Polskę ku Białorusi. Za naszą wschodnią granicą wybory prezydenta odbędą się w najbliższą niedzielę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane