Czytasz dzięki

Wielce pouczający casus Karkosika

opublikowano: 02-07-2015, 22:00

Optymalizacja podatkowa czy manipulacja akcjami? Pewne jest jedno — prawo jest mętne

Dotyczy sprawy: VI Ds. 171/13 — Po 35 latach prowadzenia biznesu doczekałem się pierwszego aktu oskarżenia. Nie wiem, czy mam się pakować, szykować pieniądze na karę. Zarzuty są absurdalne. Dlatego nie wiem, jak ta sprawa się skończy — mówi Roman Karkosik, jeden z najbogatszych inwestorów giełdowych z majątkiem szacowanym na ponad 2 mld zł. Niedawno prokuratura wniosła do sądu akt oskarżenia. Zarzuty: manipulacja akcjami Boryszewa — przestępstwo zagrożone karą 5 mln zł i 5 lat więzienia.

Roman Karkosik
Łukasz Kamiński

O podejrzeniu popełnienia przestępstwa prokuraturę poinformowała Komisja Nadzoru Finansowego (KNF). Szczegóły: składanie zleceń oraz zawieranie transakcji mogących wprowadzić w błąd co do rzeczywistego popytu i podaży, powodujących sztuczne ustalenie ceny i zapewniających kontrolę na popytem i podażą.

Wniosek: inwestor wraz z żoną bez ekonomicznego uzasadnienia handlowali akcjami, żeby podkręcić obroty, aby spółka spełniła kryteria giełdy i pozostała w indeksie WIG20. — Bzdury. Działania prokuratury są stronnicze, pochopne, aroganckie, świadczą o jej elementarnej niekompetencji — mówi inwestor. Prześledźmy zatem historię krok po kroku.

Feralne operacje akcjami inwestora odbywały się między 19 a 30 kwietnia 2013 r. Był to czas, kiedy giełda przygotowywała się do rutynowych zmian w indeksie (czyli wyboru spółek wchodzących w jego skład). Podejmując decyzję w czerwcu, uwzględniła nienaturalny wzrost obrotów akcjami Boryszewa, na który zwróciła uwagę KNF. Do WIG20 trafiły papiery BZ WBK, Boryszew z indeksu wyleciał. — Pan Karkosik jest bardzo aktywnym inwestorem. Przeprowadza wiele transakcji giełdowych. Bierze pod uwagę nie tylko notowania, ale też konsekwencje podatkowe. Trudno byłoby sobie nie wyobrażać innych niż podatkowe skutków przeprowadzanych transakcji, ale podstawowy cel był podatkowy. To bezsprzeczne — mówi Mirosław Kutnik, radca prawny Romana Karkosika.

KOMENTARZ
Rolą dziennikarza nie jest rozstrzyganie sporów i ocenianie faktów, ale w tym przypadku zdecydowaliśmy się zrobić wyjątek. Nie wierzę, że Roman Karkosik nie chciał i nie myślał, jak pomóc swojej najważniejszej spółce w pozostaniu w najważniejszym indeksie giełdowym. Domyślam się, że prestiż z tym związany był, jest i będzie ogromny. Nie twierdzę, że inwestor postanowił zaryzykować dobre imię tylko po to, by zaspokoić giełdowe ego. Nie wierzę jednak również, że myśl o utrzymaniu spółki w indeksie dzięki zwiększonym obrotom nie zaświtała mu w głowie. Nie musi to jednak oznaczać, że manipulował akcjami.

Na czym polegały korzyści podatkowe z operacji, które kwestionuje prokuratura? Mechanizm był banalnie prosty. Schemat zmieścił się na jednej czwartej kartki A4. Kurs giełdowy Boryszewa wynosił wówczas około 0,6 zł. W portfelu inwestora znajdowały się natomiast akcje kupione niegdyś po 0,1 zł. — Ewentualna sprzedaż tych akcji wiązałaby się z zapłaceniem podatku. Ponieważ mieliśmy do rozliczenia stratę z ubiegłego roku, postanowiliśmy to wykorzystać. Nie chcieliśmy jednak zmieniać stanu posiadania, więc jednocześnie je odkupiliśmy. Dzięki tym operacjom, dozwolonym prawem i znanym jako optymalizacja podatkowa, zaoszczędziliśmy 7,6 mln zł. Tyle musielibyśmy zapłacić, gdybyśmy zdecydowali się kiedyś te akcje sprzedać — tłumaczy Mirosław Kutnik.

Taka jest linia obrony inwestora. Jego prawnicy zamierzali w ten sposób wytłumaczyć transakcje prokuraturze. Ta jednak pozostała głucha, nie powołała biegłego od podatków, w ogóle nie chciała zajmować się tą wersją wydarzeń. Inwestor argumentował, że do końca lipca dostanie z Ministerstwa Finansów wiążącą interpretację podatkową. Chce potwierdzenia, że działał legalnie, dbając o własne pieniądze.

KOMENTARZ
Przedsiębiorca działa w takich warunkach, jakie stworzy mu państwo. Lepiej byłoby, gdyby zasady były jak najprostsze i niepodlegające interpretacjom. Żeby spełnić ten postulat, prawo podatkowe należałoby jednak napisać od nowa. Uniknięcie ewentualnej zapłaty 7,6 mln zł podatku jest argumentem, z którym trudno polemizować. Taka zapobiegliwość, dbałość o szczegóły i przewidywanie przyszłości cechuje ludzi, którzy odnieśli biznesowy sukces. Roman Karkosik niewątpliwie do tego grona należy. I choć nie wierzę, że efekt w postaci utrzymania się Boryszewa w prestiżowym indeksie byłby jedynie niezamierzonym skutkiem ubocznym, cel podatkowy wydaje się wiarygodnym i wystarczającym uzasadnieniem transakcji.

Przejdźmy do szczegółów aktu oskarżenia. Punkt pierwszy: składanie zleceń oraz zawieranie transakcji mogących wprowadzić w błąd co do rzeczywistego popytu i podaży. — Do przeprowadzenia optymalizacji podatkowej wybraliśmy promowane przez giełdę transakcje crossowe [równoczesne zlecenia kupna i sprzedaży tej samej liczby akcji wskazanej osobie — red.]. Ich cechą jest to, że popyt i podaż nie pojawiają się w tzw. karnecie. Jak więc mogliśmy wprowadzać inwestorów w błąd co do popytu i podaży? Obroty z transakcji crossowych

giełda dolicza dopiero po zakończeniu sesji, zapewne po to, żeby zwiększyć malejące obroty. Wykorzystaliśmy ogólnie dostępny instrument — wyjaśnia radca prawny Romana Karkosika. Dlaczego nie transakcje pakietowe?

— Kierowaliśmy się ekonomiką. Prowizja maklerska od transakcji crossowych wynosiła 0,06 proc., od zwykłych 0,16 proc., a od pakietowych 0,14 proc. Wybór był oczywisty — tłumaczy Mirosław Kutnik.

Powołany przez prokuraturę biegły potwierdza w opinii, że transakcje crossowe były najtańsze. Ma jednak dla inwestora dobrą radę: „Gdyby (…) prowizja maklerska od transakcji pakietowych została wynegocjowana na takim samym poziomie, jak od transakcji cross, to z tego punktu widzenia nie byłoby uzasadnienia do wybierania transakcji cross zamiast transakcji pakietowych. Gdyby natomiast prowizja maklerska od transakcji pakietowych została wynegocjowana na poziomie niższym, to nawet przeciwnie — uzasadniony byłby wybór transakcji pakietowych zamiast transakcji cross” — czytamy w opinii biegłego.

KOMENTARZ
Opinia biegłego w opisywanym postępowaniu ma 100 stron. Prokuratura zapłaciła za nią… 800 zł. To nie mogło się udać. Żaden ekspert ceniący swoją pracę, wiedzę, będącą efektem lat nauki, nie przygotuje tak rozległej opinii za taką cenę. Opublikowany wyżej cytat — w którym biegły błyskotliwie zauważa, że gdyby coś było tańsze, to byłoby… tańsze, a zatem lepsze — jest oczywiście wybiórczy i prześmiewczy. Sprawa jest jednak poważna. Chętnie przyjrzymy się biegłym na łamach „PB”. Czy ktoś jeszcze pamięta, jak Grzegorz Wieczerzak ośmieszył jednego z nich w czasie swojego procesu? Jeśli prokuratura i sądy mają działać skutecznie, muszą dysponować rzetelną, ekspercką wiedzą. Choćby dlatego, że często po drugiej stronie stają sowicie opłacani, najznakomitsi prawnicy RP.

Przepisy mówią, że manipulacją nie są transakcje, których powody przeprowadzenia były uprawnione, a złożone zlecenia nie naruszyły przyjętych praktyk rynkowych. Zdaniem inwestora, były uprawnione, bo dotyczyły legalnej optymalizacji podatkowej. A co z praktykami? — Komisja Nadzoru Finansowego nie zarekomendowała w tym względzie żadnych praktyk. Jak więc mogliśmy je naruszyć? — pyta Mirosław Kutnik.

Punkt drugi: sztuczne ustalenie ceny. — Transakcje crossowe są zawierane po cenie rynkowej, więc o żadnym sztucznym ustaleniu ceny nie może być mowy — komentuje radca prawny. Punkt trzeci: kontrola nad popytem i podażą. W ubiegłym roku biegły powołany przez prokuraturę (były pracownik KNF — zaznacza radca, sugerując konflikt interesów) uznał, że Grażyna i Roman Karkosikowie ją sprawowali, bo ich transakcje stanowiły ponad połowę dziennego obrotu. 50-procentowy próg przyjął arbitralnie, bo przepisy tego nie precyzują. — Pytałem KNF, prosiłem o wskazanie odpowiednich praktyk rynkowych. Przecież zlecenie złożone w południe na koniec dnia może okazać się zleceniem przekraczającym 50 proc. dziennego obrotu. Teoretycznie więc, składając duże zlecenie, można spodziewać się zarzutu kontrolowania popytu i podaży. Nie dostałem odpowiedzi od komisji — mówi Roman Karkosik.

KOMENTARZ
Roman Karkosik nie jest pierwszym inwestorem bardzo aktywnym na rynku kapitałowym, który narzeka na pracę Komisji Nadzoru Finansowego. Chodzi głównie o słynne praktyki rynkowe, czyli zbiór zasad uszczegóławiających sejmowe ustawy. Mimo apeli inwestorów zbiór od lat pozostaje niekompletny. Z jednej strony, ułatwia to życie KNF, umożliwiając formułowanie reguł post factum, ale jest zmorą uczciwych inwestorów, zmuszonych liczyć się z tym, że ich działania znienacka okażą się sprzeczne z zasadami. Z drugiej strony, w mętnej wodzie łatwiej robić mętne interesy, więc na stworzeniu kompletnego kanonu nadzorowi powinno zależeć przynajmniej tak samo jak inwestorom. „Puls Biznesu” chętnie stworzy platformę do jego wypracowania. Zapraszamy do redakcji. Okrągły stół, przy którym zasiądą regulatorzy, nadzór i inwestorzy, już czeka.
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Goralewski

Polecane