Z winem i oliwą

Agnieszka Ostojska-Badziak
opublikowano: 2004-02-06 00:00

Objazd po Toskanii: słońce, winnice, gaje oliwne, bogactwo sztuki. Również kulinarnej.

Il Cipressino — głosi drogowskaz do gospodarstwa agroturystycznego w Barberino Val d’Elsa. Posiadłość obsadzona kilkunastometrowymi cyprysami, mili właściciele, sympatyczne psy, basen, wokół winnice. Dom stary, odremontowany, uposażony antykami. Stare szafy, komody, stare nawet łóżka. Na ścianach pamiątki — obrazki okolicy, portrety przodków, sceny z życia angielskich dżentelmenów lub weneckich kupców. Koronkowe serwety i firany, makaty, zapach suszonych kwiatów dopełnia niesamowitą, „babciną” atmosferę. Gospodarz oprócz prowadzenia pensjonatu ma sklep z antykami. Sam je wyszukuje i odnawia.

Zaskakuje nas nader obfitym — jak na włoski, kontynentalny hotelowy styl — śniadaniem. Wybór znakomitych serów, wędlin, konfitur, muesli i ciastek. No i cappuccino, z pianką grubą na pół palca. Oprócz nas w domu są jeszcze goście z Australii, Wielkiej Brytanii, Czesi i Francuzi. Niewątpliwą atrakcją śniadania jest pies gospodarzy rasy golden retriver. Wymyka się panu, wchodzi pod stół i żebrze o jedzenie. Jak odkurzacz pochłania wszystko.

— Mamma mia, a ten znowu! Takie odchudzanie nic nie da! — krzyczy właściciel, zdegustowany naszym dokarmianiem głodomora.

Złość przechodzi i wieczorem częstuje nas słodkim winem vin santo i cantucci, ciasteczkami migdałowymi, które Włosi jedzą, maczając w winie.

Toskania tonie w winnicach. A każda winnica ma ambicje, by poza najlepszym winem wytwarzać najlepszą oliwę. Winorośl i drzewka oliwne to typowy widok.

W enotece

Przy krętych drogach tabliczki obwieszczają przybyszom: „Jesteś w regionie Chianti Classico”, albo „Witamy w regionie Montepulciano”. Na każdym kroku przydomowe enoteci — sklepy z winem z własnych piwnic (choć nie tylko), z oliwą z oliwek i przysmakami tradycyjnej kuchni. Jest wrzesień, czas winobrania. W redlinach między winoroślami panuje tłok. Winogrona zbierane są ręcznie — studenci, uczniowie, goście z zagranicy zbierają słodkie, soczyste owoce. Na krętych drogach ciągną się kolejki samochodów, przyblokowanych przez wolno poruszające się ciągniki, wyładowane po brzegi winogronami.

Jeść daleko od szlaków

W Montepulciano, średniowiecznym miasteczku na wzgórzu, ulice roją się od enotek i sklepów z miejscowymi przysmakami. Z okien domów od czasu do czasu bucha zapach smażonych pomidorów albo mięsiw. Słychać szczęk sztućców, rozmowy. To niedzielny obiad.

W restauracji też niełatwo znaleźć miejsce — lokale po brzegi wypełniają turyści. By spotkać Włocha w knajpie — trzeba wiedzieć gdzie szukać. Na pewno nie przy głównych turystycznych arteriach — to dla bogatych gości nie-Włochów. Jedzenie mało włoskie, ale za to drogie. Tubylcy odwiedzają inne lokale. Mniej efektowne, ciaśniejsze i bardziej zadymione, ale jedzenie tam prawdziwe — robione dla miejscowych. Ściągają całymi rodzinami (nierzadko kilkupokoleniowymi).

Zaletą małych, lokalnych restauracyjek jest niska cena potraw. Mieliśmy szczęście i dodatkowo trafiliśmy na dni miodu. Kilkudziesięciu drobnych producentów w centralnym punkcie miasta — ruinach średniowiecznego zamku — wystawiło swoje wyroby. Miód z rozmarynu, słonecznika, kwiatów pomarańczy, wrzosów. Można spróbować, kupić. Włosi nie byliby sobą, gdyby nie skorzystali z okazji i nie zaprezentowali przy okazji serów, wędlin. No i wina.

Ani kęsa!

Siena. Godzina 14.55. Po zwiedzaniu rynku, katedry, marszu na wieżę o 360 stopniach, wygłodniali wchodzimy do knajpki. Słychać włoski, pachnie smakowicie — trafiliśmy w dziesiątkę. Kolejka przed barkiem. Zanim przychodzi nasza kolej, jest już kilka minut po 15.

Właściciel spogląda na nas i z cierpkim uśmiechem mówi: „Sorry, podajemy do 15.00, a już dwie po...”. Nie pomagają tłumaczenia, że weszliśmy wcześniej, że czekaliśmy. Rozkłada ręce — nic się nie da zrobić! Zasada to zasada. No i zostały nam jeszcze trzy godziny do obiadu.

Drugi rodzaj restauracji — tzw. wieczornych — otwiera się dopiero po 18. Tymczasem ratujemy się kawą i ciastkami. Jemy dopiero w San Gimignano, średniowiecznym mieście 13 wież. Najpierw jednak odwiedzamy muzeum archeologiczne. Zbiory etruskich waz, garnków, szkła świadczą, że kuchnia w tym regionie miała zawsze znaczenie pierwszorzędne. W sumie to jedyne, co po tamtych ludziach zostało.

Miasto okazuje się również natchnione muzycznie. Na każdym rogu koncert: gitara klasyczna, koncert klawesynowy nad murami miasta, trio skrzypcowe. Inni na oczach turystów lepią garnki, wypalają je, ozdabiają, malują obrazy.

Lądujemy w restauracji ze znakiem ślimaka — to knajpa Slow Food — ruch propagujący dobre tradycyjne jedzenie. Dostajemy po lampce wina i możemy rozkoszować się widokiem na winnice. Zanim przyniosą jedzenie, trochę minie. Ale warto czekać. Wszystko według tradycyjnych przepisów.

W stolicy

Florencja. Najpierw na Mercato Centrale, w dni powszednie czynny tylko do 14. Ulice prowadzące do głównego targu toną w straganach. Sprzedaje się tu wszystko. Ciuchy, chusty, czapki, buty, pamiątki z Florencji, książki, starocie. Sam targ mieni się kolorami. Dwa piętra szaleństwa dla smakoszy. Stoiska z winami, serami, wędlinami, rybami, oliwą z oliwek. Można zakosztować toskańskch specjałów, np. porchetty — pieczonego prosięcia, lampredotto — potrawy z podrobów wieprzowych czy trippe — odpowiednika polskich flaków.

Na najwyższym piętrze raj dla wegetarian. Warzywa, owoce. Królują winogrona i figi — wczesną jesienią są najsmaczniejsze. Na targu widać charakter Włochów. Głośno targują się, zachwalają towar, zachęcają do popróbowania pyszności. Gwar, śmiechy i nawoływania.

Po wizycie na Mercati Centrale do katedry. Po 45 minutach stania w kolejce udaje nam się wejść do środka olbrzymiego gmaszyska. Fascynuje ogrom budowli, zachwyca i przeraża fresk z wizją sądu ostatecznego Vasariego. By obejrzeć go z bliska, musimy odstać w następnej kolejce, a potem wdrapać się na górę. Później XIII-wieczne babtysterium. Ochrzczono w nim wielu sławnych florentyńczyków, choćby Dantego Alighieri. Pora na Uffizi — największą galerię sztuki we Włoszech. Kolekcję gromadzili przez stulecia Medyceusze, rodzina rządząca Florencją. Są tam dzieła Tycjana, Michała Anioła, Botticellego, Caravaggia.

Wyspiarsko

Do Toskanii należy również Elba. Mała wysepka, na którą można się dostać promem z Piombino. Płynie się 45 minut. Wita nas fort w Portoferraio. Wyspa jest skalista i groźna. Nie ma plaż z bielutkim piaskiem, za to są monumentalne skały, drogi — serpenyny nad przepaściami, pełne naturalnych, wąwozowych wąskich gardeł, gdzie mieści się tylko jeden samochód. Na Elbie więziono Napoleona. Jego dom stoi daleko od morza, na wzgórzu, otoczony winnicami — w niczym nie przypomina więzienia.

Przez kilka dni mieszkamy w wiosce rybackiej — pełno takich na Elbie. Kościół, trzy, cztery sklepy, bar dzienny, restauracja, kilka rodzinnych pensjonatów. Bez trudu można znaleźć kwaterę z balkonem na morze. W restauracjach, po mistrzowsku przyrządzane są owoce morza. Pierwszych Polaków na Elbie spotykamy na jedynej na wyspie górze — Monte Capanne; wjeżdżamy na nią kolejką — dwuosobowe wagoniki z miejscami stojącymi przypominają klatki dla ptaków.

Koniec w uzdrowisku

Lukka. Stąd pochodzi Giaccomo Puccini, twórca opery „Cyganeria”. Olbrzymi rynek z ratuszem, dookoła mury obronne — dzisiaj trasa rowerzystów. Największa atrakcja to rynek na planie koła — powstały na ruinach starego amfiteatru. Przewodniki polecają knajpkę z koktajlami. Zamawiamy mieszankę piwa z jogurtem. Ohyda!

W Lucce noclegu w normalnej cenie bez uprzedniej rezerwacji się nie znajdzie. Hotel trzygwiadkowy w centrum — 150 euro za noc. Wyraźnie widać niszę rynkową. Jedziemy dalej.

Tym razem zatrzymujemy się przypadkiem w Montecatini — włoskim Ciechocinku. Sanatorium jedno na drugim, cała masa hoteli i pensjonatów, ale pokój znajdujemy dopiero w piątym. Hotelowi goście to włoscy, niemieccy i francuscy emeryci. Grają właśnie w karty w hotelowej restauracji — wyraźnie zaniżamy średnią wieku, a towarzystwo milknie na nasz widok i przygląda się z wyraźnym niedowierzaniem.

Jest wieczór, zaczyna się wieczorna parada do źródeł. Panie eleganckie, wyfryzowane z finezyjnym makijażem, panowie w odświętnych garniturach, paradują po wieczorną dawkę siarczanów. W ręku porcelanowe naczynie „do wód”. Niezbyt ładnie pachnące źródła w marmurach, orkiestra gra walce. W dżinsach czujemy się nie na miejscu. Dziwimy się, że nikt nas jeszcze nie wyrzucił...

Trochę jak w górskiej Krynicy. Może dobrze, że już wracamy?

Możesz zainteresować się również: