Zbyt łatwo dajemy się wpuszczać w ma liny

Paweł Kubisiak, Paweł Zielewski
14-11-2005, 00:00

Polski handel zagraniczny rozwija się w ostatnich latach bardzo szybko i to zarówno po stronie eksportu, jak i importu. I choć daleko nam do Chin, to jednak polskie firmy doskonale radzą sobie na rynkach zagranicznych. Warto przy tym podkreślić, że po raz kolejny eurosceptycy poważnie się pomylili — akcesja tylko przyspieszyła rozwój polskich eksporterów i importerów.

Nasz eksport rośnie w tempie 20 proc. rocznie i nic nie wskazuje na to, by ten trend miał ulec jakiemuś gwałtownemu, widocznemu zahamowaniu. Przed dziesięciu laty wartość eksportu wynosiła jedynie 25 mld USD, a w bieżącym roku zbliży się do poziomu 100 mld USD. Eksport rośnie szybciej niż import, dzięki czemu wymiana towarowa z zagranicą jest coraz bliżej uzyskania tak wyczekiwanej przez wszystkich uczestników obrotu równowagi.

Czy można zatem narzekać? Zdecydowanie, tak, gdyż aż 78 proc. naszych towarów sprzedajemy w krajach Unii Europejskiej, zwłaszcza do Niemiec. Z krajami spoza Starego Kontynentu wiążą nas wciąż niezbyt mocne więzi handlowe. Sporo niepokoju budzi też struktura eksportu. Choć udział produktów wysoko przetworzonych systematycznie rośnie, to wciąż udział wysokich technologii jest znikomy. Sprzedaż towarów uznawanych za wyroby wysokiej techniki to zaledwie nieco ponad 2 proc. naszej sprzedaży zagranicznej.

Tych problemów jest jednak znacznie więcej. By postawić diagnozę, czego rzeczywiście potrzebują polscy importerzy i eksporterzy, redakcja „Pulsu Biznesu” wraz z BRE Bankiem i KPMG zorganizowała debatę pod hasłem „Handel skuteczny” poświęconą wymianie handlowej z zagranicą. Podczas spotkania z przedsiębiorcami, przedstawicielami resortu finansów, służb celnych oraz izb handlowych spróbowaliśmy odpowiedzieć na pytania, z jakimi problemami spotykają się na co dzień polscy eksporterzy i co należy poprawić w polskich regulacjach czy w administracji, by ożywić wymianę handlową z zagranicą?

Na pierwszy plan wysuwa się relacja złotego do euro. Jednak choć wysoki kurs polskiej waluty szkodzi eksporterom, to pomaga importerom. I konia z rzędem temu, kto potrafi wskazać, jaki kurs byłby najwłaściwszy. Złoty zresztą może szybko potanieć — wystarczy jeszcze kilka nierozważnych wypowiedzi nowej szefowej resortu finansów.

Co ciekawe, samo Ministerstwo Finansów i Izba Celna zyskały wśród uczestników debaty zdecydowanie pozytywne opinie. Przedsiębiorcy jasno wskazali, że zmiany idą na lepsze, choć jeszcze sporo można poprawić. Wśród nieżyciowych przepisów wskazano przede wszystkim regulacje podatkowe, gdzie polski ustawodawca popisał się wyjątkową nadgorliwością wobec dyrektyw unijnych. Tu jednak też można zauważyć światełko w tunelu. Odchodzący minister finansów postanowił ułatwić życie importerom, wprowadzając rozporządzenie przewidujące odroczenie płatności VAT w imporcie. Jednak nowe władze mają tu jeszcze spore pole do popisu.

Uczestnicy debaty jasno wskazali, że Polsce brakuje spójnej strategii oraz polityki eksportowej. W praktyce nie ma żadnej współpracy pomiędzy resortami, agencjami czy izbami. Wciąż też brakuje promocji polskich wyrobów i zmiany wizerunku Polaków. Dobry „piar” to podstawa sukcesu rynkowego. A tymczasem udało nam się wypromować jedynie polskiego hydraulika. I to zasługa nie działań rządowych, lecz jedynie ksenofobicznych nastrojów nad Sekwaną.

Nasi eksperci zgodnie wskazali na jeszcze jeden, często pomijany, ale za to bardzo istotny szczegół — polskim przedsiębiorcom brakuje adwokata, który wspierałby ich na rynkach zagranicznych. Firma, która popadnie w tarapaty, nie ma żadnego wsparcia w polskim rządzie, a należy pamiętać, że handel to często również polityka.

Weźmy na przykład ostatnią aferę „malinową” w Danii. Media duńskie rozpętały nagonkę, informując o masowych zatruciach polskimi malinami. Według nich, od maja do września po ich zjedzeniu w Danii zmarło pięć osób, a blisko tysiąc uległo zatruciu. Reakcja polskiego rządu ograniczyła się do nasłania kontroli na polskie firmy, natomiast nikt nie wystąpił w ich obronie. Problem tylko w tym, że polskie maliny szkodzą jedynie Duńczykom, choć były eksportowane do wielu innych krajów. I dlaczego my, Polacy nie cierpimy z powodu malin?

Brak reakcji na nagonkę na polskich eksporterów niesie ze sobą głębsze konsekwencje. W tym roku w Polsce były rekordowe zbiory malin. Według szacunków GUS, zebrano ich aż 60 tys. ton. Tylko gdzie to sprzedać? Przecież sami tego nie zjemy. A wygląda na to, że i mięsa będzie pod dostatkiem.

Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że jedno spotkanie i jedna publikacja nie wyczerpuje tematu. Dlatego już w najbliższym czasie powrócimy do sprawy. Mamy nadzieję, że wtedy będziemy już mieli dla rodzimych przedsiębiorców lepsze wiadomości.

Zapraszmy do lektury!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Kubisiak, Paweł Zielewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Handel / Zbyt łatwo dajemy się wpuszczać w ma liny