Ziemniaki to ciężki kawałek chleba

Kartofle wykopują się z dołka — tylko po co, skoro potrzeba ich coraz mniej. Pomogłaby kontraktacja i baza do przechowywania, ale ich brak

Odbicie trzeci rok z rzędu nie powinno być przypadkiem. Ziemniaki, jedno z najbardziej przegranych warzyw ostatnich lat, cieszą się wzrostem popularności, jeśli za miarę uznać powierzchnię nasadzeń, a w rezultacie zbiory — wynika z opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny danych o produkcji roślinnej w 2017 r. I uprawy, i plony były największe od kilku lat. Po długim i ostrym spadku jest z czego rosnąć — tylko po co.

Zobacz więcej

PRAWO POPYTU I PODAŻY: Ziemniaki przerabiają lekcję mikroekonomii. Zeszłoroczna nadpodaż, po kilku lepszych sezonach skutecznie zachęcających do wzrostu produkcji, doprowadziła do spadku cen. Na wzrost popytu już nikt nie liczy. Fot. Fotolia

Nieciekawe i ciekawe

— Przez dwa ostatnie lata podaż była wyższa niż zapotrzebowanie. Zeszłoroczny rekord ponad 9 mln ton oznaczał, że trzeba było dodatkowo przeznaczyć na pasze blisko 2 mln ton. Zwiększanie produkcji nie ma sensu przy malejącym łącznym popycie — komentuje Wiesław Dzwonkowski, ekspert Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ). Poza paszami ziemniaki trafiają w przemyśle do produkcji skrobi, frytek i chipsów. Nieprzetworzone kupują też konsumenci.

— Wykorzystanie ziemniaków na pasze jest nieefektywne i nieuzasadnione ekonomicznie. W dodatku spada pogłowie trzody chlewnej, więc również zapotrzebowanie. Produkcja skrobi przekroczyła w zeszłym roku prawdopodobnie 200 tys. ton, z czego około dwie trzecie trzeba wyeksportować. W tym segmencie sprzedaż zagraniczna się rozwija. Produkcja surowca na frytki i chipsy jest w dużej mierze zależna od decyzji globalnych koncernów — mogą go kupić u nas, ale równie dobrze w innych krajach Europy, konkurencja jest duża. Według ostatnich wyliczeń, konsumpcja nadal spada, choć już nie tak mocno. Obecnie Polak zjada około 97 kg ziemniaków rocznie i należy spodziewać się dalszego spadku. To wszystko sprawia, że ziemniaki nie mają wielkich perspektyw — podsumowuje Wiesław Dzwonkowski.

Łukasz Ostrowicz z firmy Bugaj, która zaopatruje w ziemniaki sieci handlowe, uważa, że na tym rynku można jednak znaleźć ciekawe segmenty.

— Na wzrost konsumpcji rzeczywiście nie ma co liczyć, ale można się dostosować do zmiany jej struktury — np. przechodząc w kierunku ziemniaków bardziej przetworzonych, co oznacza popyt na konkretne odmiany. Kolejna kwestia to rosnące zapotrzebowanie na konkretne kulinarne typy tego warzywa — sałatkowe, o zwięzłym miąższu nierozpadającym się po gotowaniu lub o miąższu suchym i rozsypującym się, przydatne do przygotowania zup, sosów czy ciasta ziemniaczanego. Sieci handlowe poszerzają ofertę o kolejne odmiany, a my kontraktujemy je z rolnikami — mówi Łukasz Ostrowicz.

Ograniczony wybór

Podkreśla, że to właśnie nasadzenia pod konkretne kontrakty są rozwiązaniem na niepewnym rynku.

— Cały czas poszukujemy kolejnych rolników do współpracy. Razem z nimi wybieramy odmiany i zapewniamy odbiór surowca. Kontraktacja to jednak rzadkość w tej branży — twierdzi przedstawiciel firmy Bugaj.

Dlaczego jednak, pomimo dużej nieprzewidywalności, rośnie produkcja?

— Przez jakiś czas panowała dobra koniunktura, czyli obowiązywały korzystne ceny. Rolnicy zdecydowali się więc powiększyć areał i ubiegły rok przyniósł już zdecydowaną nadpodaż. W połączeniu z dobrymi zbiorami w Europie Zachodniej, oznaczało to duży spadek cen. Problem w tym, że rolnicy nie mają atrakcyjnej alternatywnej opcji. Przez lata, dzięki dopłatom, rosła produkcja roślin strączkowych. Bez dofinansowania to jednak trudne uprawy — niektóre wymagają dobrej gleby, inne przynoszą niskie plony. W efekcie opłacalność produkcji jest niska, więc wybór pada na ziemniaki — tłumaczy ekspert IERiGŻ.

Jego zdaniem, maksymalna powierzchnia produkcji ziemniaków zapewniająca opłacalność biznesu, czyli równowagę między popytem a podażą, to 250-260 tys. hektarów. Obecnie uprawy zajmują 329 tys. hektarów.

— Mamy jeszcze wiele do zrobienia w zakresie wydajności. Jej poprawa, a nie kolejne hektary, to szansa na zwiększenie plonów przy wzroście zapotrzebowania. Nie ma jednak sensu o tym myśleć, dopóki nie znajdziemy dla ziemniaków nowych rynków zbytu — uważa Wiesław Dzwonkowski.

Łukasz Ostrowicz twierdzi, że nadwyżki mogłyby być częściowo zagospodarowane, gdyby import ziemniaków był mniejszy.

— Popyt na zagraniczne ziemniaki wynika ze słabej dostępności bądź niskiej jakości warzyw krajowych w ostatnich miesiącach sezonu — maju i czerwcu. Gdyby istniała w Polsce dobra infrastruktura do przechowywania, rodzime ziemniaki mogłyby być sprzedawane na większą skalę — mówi przedstawiciel firmy Bugaj.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Ziemniaki to ciężki kawałek chleba