Złoto na granicy bessy

Choć dobre dane z gospodarki i odpływ kapitału z funduszy złota sprawił, że notowania kruszcu otarły się o bessę, rynek może czekać odbicie.

W trzy poświąteczne sesje notowania złota na światowych rynkach straciły 2,9 proc. To oznacza najmocniejszą przecenę od początku roku i spadek kursu, wyrażonego w dolarach, do ubiegłorocznego dołka.

— To efekt wycofań z funduszy inwestujących w złoto, wzrostu rynkowych stóp procentowych w USA, silnego dolara oraz dobrych nastrojów inwestorów na światowych rynkach — tłumaczy Thomas Bichler, zarządzający w Raiffeisen Capital Management. Słabnie zarówno zainteresowanie inwestorów złotem, jak i popyt na fizyczny kruszec. Jak wynika z danych Bloomberga, aktywa globalnych funduszy zamkniętych opartych na cenie złota skurczyły się od początku roku o 6,9 proc. Znamienne jest, że amerykańska mennica państwowa sprzedała w marcu monety American Eagle o wadze zaledwie 62 tys. uncji.

Tymczasem jeszcze miesiąc wcześniej sprzedaż sięgnęła 80,5 tys. uncji, a w styczniu — 150 tys. uncji. Coraz bardziej niepokoi skala i długość przeceny kruszcu. Spośród ostatnich sześciu miesięcy skromnym, zaledwie 1,2-procentowym wzrostem notowania zakończyły tylko marzec. Od początku roku złoto przeceniono o 6,5 proc., po tym jak ceny kończyły zwyżką 12 lat z rzędu. Efekt? Kurs znalazł się w czwartek o 18,3 proc. poniżej szczytu z września 2011 r. To tylko o krok od wyznaczającej bessę granicy 20 proc. Mnożą się negatywne prognozy. Po tym jak w raporcie pod znamiennym tytułem „Koniec ery złota” analitycy banku Société Générale prognozowali spadek cen na koniec roku do 1375 USD za uncję, również Credit Suisse zapowiedziało przedłużenie fatalnej passy. Paradoksalnie jednak czarnowidcze prognozy mogą być zapowiedzią zwrotu na rynku. Jak ocenia Thomas Bichler, w krótkim terminie wiele negatywnych informacji znalazło już odzwierciedlenie w cenach, a pozycje spekulacyjne zostały mocno ograniczone. Zdaniem specjalisty, nastroje w światowej gospodarce już teraz są optymistyczne, co walnie przyczyniło się do zmniejszenia zainteresowania uważanym za bezpieczne schronienie złotem. Jednak już ubiegłotygodniowe raporty z amerykańskiego rynku pracy jednoznacznie wskazały na pogorszenie koniunktury. Dodatkowo banki centralne nie rezygnują z wyjątkowo ekspansyjnej polityki, a nawet — jak w przypadku Japonii — sięgają po nowe środki.

— Mimo krótkoterminowego pogorszenia sytuacji w średniej perspektywie pozostajemy optymistycznie nastawieni do złota — tłumaczy Thomas Bichler.

Jego zdaniem, dobrą strategią może okazać się gra na relatywne umocnienie złota względem palladu, kruszcu, który w odróżnieniu od złota mógłby skorzystać na ożywieniu w gospodarce światowej, a zwłaszcza amerykańskiej. W ostatnich miesiącach inwestorzy coraz bardziej preferowali używany w motoryzacji, elektronice i nowoczesnych technologiach pallad. Jego uncja kosztowała na początku marca blisko połowę tego, co zapłacić trzeba było za uncję złota (to najwięcej od krachu na rynkach z sierpnia 2011 r.). Tymczasem jeszcze w październiku relacja cen obu metali kształtowała się zaledwie nieco powyżej pułapu 1:3. Jeżeli po okresie świetnych danych z USA nadejdzie spowolnienie, korekta może zjeść solidną porcję zysków z 43 proc. umocnienia palladu względem złota, zanotowanego między październikiem a marcem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy