Bankier z harcerską duszą

opublikowano: 29-11-2018, 22:00

Dla Klaudiusza Sytka, prezesa Aforti, umiejętność podejmowania decyzji w sytuacjach ekstremalnych powinna być odruchem bezwarunkowym. Tak jak samoobrona w krav madze.

Najpierw zdobył bogate doświadczenie, pracując w bankach. Działał bez oporów. Do Leszka Czarneckiego wbił się niemal z ulicy z pomysłem wartym miliony. W końcu zabrał się za budowę własnego biznesu, powołując do życia Aforti, holding spółek finansowych. Nawet gdy firma przez początkowe lata rozwijała się niemal na wstecznym biegu, Klaudiusz Sytek nie wywiesił białej flagi. Z uporem pokonywał kolejne trudności, co w końcu zaowocowało budową nowej strategii. Teraz Grupa Aforti, obecna już nie tylko w Polsce, ale też w Rumunii — tu pod szyldem firmy pożyczkowej Aforti Finance i z platformą wymiany walut online dla firm Aforti Exchange — szykuje się do desantu w całej Europie Środkowej i Wschodniej i zapowiada debiut na głównym parkiecie GPW w 2019 r.

Dla Klaudiusza Sytka, prezesa Aforti, umiejętność podejmowania decyzji w sytuacjach ekstremalnych powinna być odruchem bezwarunkowym. Tak jak samoobrona w krav madze.
Wyświetl galerię [1/7]

Dla Klaudiusza Sytka, prezesa Aforti, umiejętność podejmowania decyzji w sytuacjach ekstremalnych powinna być odruchem bezwarunkowym. Tak jak samoobrona w krav madze. FOT. MAREK WIŚNIEWSKI, MATERIAŁY PRASOWE

Przebojowy początek

Klaudiusz Sytek już w liceum opracował dwie życiowe drogi: miał zostać albo komandosem, albo bankierem. Na przekór Woody’emu Allenowi nikogo nie rozśmieszył opowieścią o swoich planach. Komandosem wprawdzie nie został — lekka wada wzroku przekreśliła plan A, ale plan B zrealizował konsekwentnie. Po ukończeniu ekonomii na poznańskim Uniwersytecie Ekonomicznym w 1998 r. rozpoczął podyplomowe studia z zarządzania bezpieczeństwem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Do naukowego koszyczka dołożył jeszcze tytuł MBA National Louis University. Życie zawodowe rozpoczął jako specjalista do spraw windykacji, potem inspektor do spraw kredytów w Pierwszym Komercyjnym Banku w Lublinie. Kolejny fotel — regionalny dyrektor sprzedaży w spółce finansowej Żagiel. Portfolio zawodowego doświadczenia powoli pęczniało: pracował w spółce Pekao Faktoring, Grupie Invest Banku, a potem siedem lat spędził w Getin Banku, gdzie zresztą wdarł się… va banque. Miał pomysł na intratny biznes faktoringowy i krótką listę potencjalnych inwestorów, a wśród nich — Leszka Czarneckiego. W listopadzie 2004 r. po prostu wybrał numer centrali Getin Banku, prosząc o połączenie z jego szefem, który wówczas nie miał bladego pojęcia, kim jest Klaudiusz Sytek. Leszek Czarnecki nie miał dla niego czasu, ale przekazał asystentce, by poprosiła Sytka o przesłanie maila z opisem propozycji. Mail został wysłany, a jego nadawca — zaproszony na spotkanie z przedstawicielami Getin Banku, w tym również z Leszkiem Czarneckim. Po prezentacji młody ekonomista najpierw się dowiedział, że jego biznesplan jest do niczego, a po kilku tygodniach zaproponowano mu pracę.

Jan Czeremcha, prowadząc w 2004 r. rekrutację na fotel dyrektora ds. faktoringu w Getin Banku, przeczytał ofertę Klaudiusza Sytka, w której oprócz standardowej prezentacji pojawił się konkretny pomysł na rozwój biznesu i sposób sprzedaży. Nie miał żadnych wątpliwości, kogo zatrudnić.

— To człowiek z dużym doświadczeniem i wiedzą o finansach, a także determinacją. Działa szybko i sprawnie — niejedna korporacja mogłaby sporo się od niego nauczyć. Gdy kilka lat później sam odchodziłem z Getin Banku, Leszek Czarnecki zapytał: „Ale chyba nie zabierzesz Klaudiusza ze sobą?” — wspomina Jan Czeremcha.

Klaudiusz Sytek najpierw objął stanowisko dyrektora departamentu faktoringu, następnie dyrektora zarządzającego obszarem klienta korporacyjnego Getin Banku, a trzy lata później trafił na fotel dyrektora oddziału specjalistycznego Noble Banku. Był też członkiem rady nadzorczej spółki Introfactor, piastował funkcję dyrektora zarządzającego Raiffeisen Banku i członka zarządu Raiffeisen Financial Services. Lata w świecie finansjery nauczyły go warsztatu pracy, metodyki i dały specjalistyczną wiedzę. W końcu, w 2010 r., przyszła pora na życiowy przewrót: budowa od zera własnej firmy finansowej. Najpierw, dzięki oszczędnościom, stworzył w 2008 r. Ketys Investments, fundusz skupiający firmy świadczące usługi ochrony zdrowia i finansów. Rok później powołał do życia spółkę Aforti, początkowo pod nazwą Montu, działającą jako wywiadownia gospodarcza, która z czasem zaczęła rozwijać usługi finansowe — od pożyczek pozabankowych przez windykację i wymianę walut po corporate finance. Ten podmiot na dalszym etapie finansował się z rozwoju biznesu, finansowania dłużnego, wypracowanych zysków, a także dzięki inwestorom zewnętrznym.

Aforti stawia na mikro-, małe i średnie spółki, chętnie spoza dużych miast. To klient mało atrakcyjny dla banków i zarazem nisza do zagospodarowania.

— To nie był mój pierwszy własny biznes. Na początku lat 90., a więc jeszcze w liceum, prowadziłem składnicę harcerską. Z kolei na pierwszym roku studiów miałem hurtownię chemii gospodarczej. Złote czasy! Sam środek lat 90., towar znikał jak świeże bułeczki. Gdy przyjeżdżałem na targ, nawet nie miałem stoiska — wszystko schodziło wprost z samochodu — wspomina Klaudiusz Sytek.

Pokonać Voldemorta

Jakie były początki Aforti? — Jak mówił mój bohater, generał Stanisław Franciszek Sosabowski: „Droga wiodła ugorem” — żartuje Klaudiusz Sytek.

Aforti startowała podczas finansowego katharsis po upadku Lehman Brothers. Teoretycznie niezłe możliwości, ale praktyka pokazała co innego. Nowy biznes, czyli wywiadownię gospodarczą, rozkręcała pięcioosobowa załoga. Szło tak słabo, że trzy osoby musiały odejść. Na pokładzie pozostali Klaudiusz Sytek i Piotr Łysiak. Dwoili się i troili, by rozruszać spółkę. Niestety telefony uparcie milczały. Klientów jak nie było, tak nie było.

— To, czego się nauczyłem w korporacji, kompletnie nie działało we własnym biznesie. Potrzebna była konsekwencja w tym, co robiliśmy i żelazna dyscyplina, by zrobić krok naprzód. Pierwszym przełomem okazała się zmiana strategii w 2014 r. Weszliśmy wtedy w corporate banking — zaczęliśmy wymieniać walutę i udzielać pożyczek — mówi biznesmen.

Lord Voldemort wreszcie został pokonany. Firma ruszyła z kopyta. Z czasem weszła w windykację, faktoring, zaczęła zerkać na leasing. Przez jedną ze spółek córek — Aforti Collections — przejęła lubelską firmę windykacyjną LifeBelt. Teraz rozgląda się za kolejnymi podmiotami.

— Rozwój przez akwizycję jest zdecydowanie szybszy niż organiczny — uważa prezes Aforti.

Spółka od roku jest obecna w Rumunii, gdzie koncentruje się na wymianie walut, a od listopada 2018 r. — po uzyskaniu licencji niebankowej instytucji finansowej od Narodowego Banku Rumunii — świadczy również na tym rynku usługi pożyczkowe.

— Rumunia jest drugim pod względem wielkości — po Polsce — rynkiem tej części Europy. Decyzja o rozwinięciu biznesu w tym kraju była więc czystą matematyczną kalkulacją. Jak się okazało, trafioną — Aforti Exchange Rumunia w 11 miesięcy zarobiła tyle, ile Aforti Exchange w Polsce w trzy lata. Na razie w Rumunii rządzą głównie banki. Nie ma dużej konkurencji wśród podmiotów pozabankowych. Jest to więc nisza, nasz błękitny ocean — twierdzi Klaudiusz Sytek.

Dziś Aforti zatrudnia około 200 osób w 17 oddziałach w Polsce i Rumunii. Za 2017, rekordowy rok, spółka zanotowała około 191 mln zł skonsolidowanego przychodu (wzrost o ponad 205 proc.) z wynikiem netto 1,2 mln zł (wzrost o 132 proc. r/r). Notowana od 2011 r. na NewConnect, szykuje się właśnie do IPO na GPW.

Z kolei papiery Aforti Finance — specjalizującej się w usługach pożyczkowych dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw — mają być wprowadzone na rynek NewConnect, również w 2019 r. Jednocześnie rozważane jest upublicznienie na jednym z rynków zagranicznych spółki Aforti Exchange, czyli platformy wymiany walut online dla firm.

— Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że spółki fintechowe są znacząco lepiej wyceniane poza Polską. Dlatego — w razie pozytywnej decyzji o debiucie giełdowym — skierujemy kroki na jedną z wybranych, zapewne europejskich, giełd. Co ważne, w przypadku Aforti Exchange nie wykluczamy jednak innych opcji finansowania, które — w razie spełnienia naszych potrzeb dotyczących ekspansji międzynarodowej — mogą się okazać wystarczające, niwelując tym samym plany upublicznienia spółki na zagranicznym parkiecie. Na decyzję w tym zakresie daliśmy sobie 2-3 lata, koncentrując się aktualnie na dalszym dynamicznym rozwoju Aforti Exchange, jak też równolegle Aforti Finance, w wybranych krajach europejskich. To dziś stanowi nasz główny cel biznesowy — wyjaśnia biznesmen.

Jednocześnie nadal uważa Aforti za start-up.

— Nie jesteśmy na etapie odcinania kuponów. Jeszcze dużo przed nami. Ciągle zaczynamy coś nowego. Ciągle się uczymy. Generalnie usługi finansowe funkcjonują na bazie dynamicznych zmian wywołanych technologią. W tej sytuacji praktycznie każda instytucja jest start-upem, bo nie ma doświadczenia w coraz nowszych rozwiązaniach — przekonuje założyciel Aforti.

Bez zbędnej filozofii

Momenty załamania?

— Oczywiście. Człowiek, który rozwija swoją firmę, musi je mieć bez przerwy. Nie chodzi o faktyczne załamanie, tylko raczej o przemyślenia krytyczne. Bez tego po prostu nie myślimy właściwie o swoim biznesie — twierdzi Klaudiusz Sytek.

Może by tak jednak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

— Owszem. Regularnie tam jeżdżę co kwartał. Z rodziną, z bratem krwi i najlepszym przyjacielem. To mi pozostało z czasów harcerstwa — miłość do lasu, gór, survival. Uważam, że człowiek raz do roku musi się przespać w lesie. Bieszczady są najlepsze, najpiękniejsze, chociaż coraz bardziej rozwija się tam zorganizowana turystyka — ubolewa prezes Aforti.

Z harcerstwem łączy się jeszcze jedna jego pasja — krav maga. Aczkolwiek zaczęło się od karate. Gdy miał 17 lat, koniecznie chciał zacząć ćwiczyć jakąś sztukę walki. Wtedy w jego rodzinnych okolicach, czyli w Gnieźnie, można było trenować karate, judo lub zapasy. Wygrało karate, no bo któż urodzony w latach 70. nie chciał zostać drugim Brucem Lee? Z pewnością chciał nim być komandos in spe, wtedy jeszcze harcerz.

— Byłem w drużynie Czerwonych Beretów. Jeździliśmy do lasu, spaliśmy w szałasach. Bawiliśmy się w komandosów i spadochroniarzy — wspomina Klaudiusz Sytek.

Na obozach zetknął się z niszowymi, wojskowymi systemami samoobrony — stworzonymi dla polskich oddziałów specjalnych, np. combat 56 i BAS-3, a wreszcie dla armii izraelskiej. Krav maga stała się jego pasją, którą musiał nieco poskromić na dwie dekady biegania w białym kołnierzyku. Dopiero przed czterdziestką, i to za namową żony, znów zaczął intensywnie ćwiczyć krav magę. To system bez otoczki filozoficznej, funkcjonujący według prostych zasad: przewiduj zagrożenie, unikaj go, naucz się działać w stresie, korzystaj z przytomnego umysłu. Wciągnęło go tak bardzo, że ćwiczył codziennie. Z dumą wspomina najtrudniejszy egzamin w życiu, na poziom G1. Gratuated, czyli zaawansowany. Sześć godzin ćwiczeń i walki bez przerwy, w 35-stopniowym upale, w dodatku wśród młodych, wysportowanych, dwudziestoparoletnich ludzi — dla czterdziestolatka z kondycjąopartą (głównie) na siedzeniu za biurkiem było to kolosalne wyzwanie.

— Musiałem się przełamać nie tylko fizycznie, ale też psychicznie i udowodnić sobie, że dam radę. Identycznie jest w biznesie. Walka z konkurencją, pozyskiwanie i zarządzanie relacjami z klientami, reakcja na kryzysy wymagają dużej odporności psychicznej, uporu i taktyki. W dodatku w każdej chwili możesz wywiesić białą flagę, zawiesić firmę lub się z niej wymiksować i zatrudnić gdzieś na etacie. To najłatwiejsze i kusi. Każdy potrafi się poddać, to jedyna rzecz, której nie trzeba się uczyć. Z krav magą łatwiej pozbyć się problemów — kiedy się pojawiają, znajdujesz rozwiązanie i idziesz do przodu. Tak jak w biznesie: każdy biznes musi iść naprzód — tłumaczy z błyskiem w oku.

Upór i konsekwencja

Klaudiusz Sytek uważa, że gdyby nie krav maga, nie byłoby dzisiaj Aforti. W szlifowaniu umiejętności samoobrony dotarł do stopnia G4. Od poziomu mistrzowskiego dzieli go już tylko jedno oczko — G5, które chce zdobyć w przyszłym roku. Ćwiczy już jako instruktor, obowiązkowo cztery godziny tygodniowo. Maciej Ratyński, sparingpartner Klaudiusza Sytka w krav madze, podkreśla upór i konsekwencję prezesa Aforti.

— Jeśli Klaudiusz powie, że w przyszłym roku trawa będzie niebieska — bez zastanowienia kupuję niebieską farbę. Jego konsekwencji dowodzi choćby podejście do treningów — gdy nasza sekcja przeżywała trudne czasy i groziło jej rozwiązanie ze względu na niską frekwencję, Klaudiusz, który zrobił w międzyczasie uprawnienia instruktorskie, zdecydował, że przejmie grupę. I tak się stało — nie dość, że ją poprowadził, to jeszcze rozwinął. Mimo wielu zajęć w życiu zawodowym praktycznie się nie zdarza, by opuścił trening — podkreśla Maciej Ratyński.

Może z krav magi zrobić biznes?

— Absolutnie nie. Pasja powinna zostać pasją — ucina Klaudiusz Sytek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Bankier z harcerską duszą