Bez przystawek danie niestrawne

opublikowano: 22-02-2021, 20:00

Obecna wersja antyepidemicznych obostrzeń wygaśnie w niedzielę 28 lutego. Nowe rozporządzenie Rady Ministrów (RM), obowiązujące od poniedziałku 1 marca, ukaże się jak zwykle w ostatniej chwili, ale tym razem dłuższe vacatio legis nawet nie będzie specjalnie potrzebne.

Przedsiębiorcy z branż przymusowo zamkniętych, czyli m.in. cała gastronomia, mogą porzucić wszelkie nadzieje, ich niedola się nie skończy. Z kolei szczęśliwcy, którzy ostatnio dostąpili pańskiej łaski, mogą spać raczej spokojnie. Trudno sobie wyobrazić, by rząd w jakimś amoku znowu zamknął np. hotele, które przecież ściśle przestrzegają narzuconych im rygorów.

Premier w tych dniach przeniósł się na wyższą półkę, ponad przyziemne oczekiwania zdesperowanych przedsiębiorców. Wytycza w dalekiej perspektywie tzw. Nowy Polski Ład (NPŁ), czyli ścieżki przywracania jakiej takiej normalności po przynajmniej przygaszeniu – bo w pełne wygaszenie nikt chyba nie wierzy – epidemii COVID-19. W poniedziałek konferował w sprawie NPŁ z prezydentem przed formalnym przyjęciem uchwały RM. Akurat czytelnicy „PB” już dawno (w wydaniu z 29 stycznia) mieli okazję zapoznać się ze zwięzłym przedstawieniem filarów NPŁ, w wersji jeszcze nieostatecznej. Władcy nie znoszą sytuacji, gdy ktoś im tak psuje show. Obwieszczona dopiero na konferencji premiera uchwała o NPŁ to przecież okazja do kolejnego propagandowego triumfu i podreperowania marniejącego ostatnio wizerunku rządu. Notabene 2 lutego RM podjęła inną górnolotną uchwałę, w sprawie przyjęcia „Polityki energetycznej Polski do 2040 r.” Tamtego dnia została omówiona, ale upowszechniono tylko szkolny bryk, natomiast samej lektury źródłowej o objętości ponad 100 stron do tej pory nigdzie nie ma. Zainteresowałem się uzyskaniem z KPRM szczegółowej uchwały energetycznej i okazuje się, że ponoć Mateusz Morawiecki do tej pory… nie podpisał jej finalnej wersji! Jedyne wytłumaczenie tego absurdu jest takie, że mimo samochwalby z 2 lutego wciąż trwają przepychanki jakichś szczegółów.

Od wyborów prezes PiS i szefowie przystawek, z udziałem premiera, regularnie oznajmiają opinii publicznej o osiągnięciu porozumienia - ale po niedługim czasie się ono rwie.
Mateusz Wlodarczyk / Forum

To bardzo czytelny sygnał, że coraz bardziej nakręca się spirala konfliktu wewnątrz obozu tzw. dobrej zmiany. W poniedziałek odbyło się antykryzysowe spotkanie władców w dziwacznej formule tzw. prezydium rządu z udziałem ministra sprawiedliwości. Konstytucyjnie taki twór w ogóle nie istnieje, ale dzięki proceduralnemu chwytowi zebrali się wszyscy, czyli m.in. Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin. Problem jest ciągle ten sam: w 2019 r. Prawo i Sprawiedliwość z listy formalnie partyjnej (absolutnie nie koalicyjnej) zdobyło 235 sejmowych mandatów, ale wjechały na niej nadspodziewanie liczne ekipy obu przystawek. Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry (obecnie już tego wodzowskiego dopisku w nazwie nie ma) oraz Porozumienie Jarosława Gowina (spersonalizowana formuła w nazwie pozostała) zdobyły aż po 18 miejsc. Przystawka Ziobry urosła jeszcze w siłę, do 19 szabel, natomiast grupka Gowina pękła w relacji 13:5, a mniejszość przygarnął Jarosław Kaczyński. Paradoks polega na tym, że w najbliższych spornych kwestiach silniejszy liczebnie i znacznie bardziej krnąbrny Zbigniew Ziobro nie jest Mateuszowi Morawieckiemu arytmetycznie potrzebny, wszak np. ratyfikacja unijnego instrumentu odbudowy i tak przejdzie dzięki postawie opozycji. Natomiast znacznie słabsza przystawka Jarosława Gowina, tzn. jej 13-osobowa resztówka, do przepchnięcia np. ustawy o podatku reklamowym jest konieczna.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane