Blendowanie faktów

Jacek Konikowski
opublikowano: 2005-03-25 00:00

Jest jedynym z niewielu żyjących świadków, którzy o mechanizmach mafii paliwowej wiele wiedzą. I chcą zeznawać — o BGM i łańcuszku firm, zespolonych w mafię paliwową.

Danuta Gaszewska niedawno dostała ochronę ABW, a sejmowa komisja ds. PKN Orlen postanowiła ją przesłuchać (prawdopodobnie w maju). Wreszcie ktoś zareagował...

Nieufność

— Niech pan zadzwoni jutro, a najlepiej wyśle SMS, bo telefon pewnie jest „słuchany”, to się umówimy — mówi Danuta Gaszewska.

Przez kilka następnych dni nie odbiera telefonu. W końcu przychodzi SMS: „Zittau, 11 listopada, 14, szpital, czy pasuje?”. Od niej? Może podpucha? Potwierdzamy spotkanie.

Zittau to miasteczko tuż przy granicy z Polską, kilkanaście kilometrów od Bogatyni, gdzie Gaszewska mieszka. Na miejscu okazuje się, że to był wybieg. Nasza rozmówczyni nie do końca nam ufała, dlatego wolała się spotkać po niemieckiej stronie.

— Wiele razy mi grożono, były dziwne zdarzenia, napady, podpalenia. Tak, stałam się nieufna — tłumaczy się w drodze do Bogatyni.

Fart magazyniera

Z oszronionych okien domu Danuty Gaszewskiej w Bogatyni widać kłęby pary, wydobywające się z gigantycznych kominów elektrowni Turów. Od samego patrzenia robi się gorąco. Od samego — bo w domu zimno jak w igloo.

— Odkąd ceny oleju opałowego poszybowały w górę, marzniemy, bo nie stać nas, by napełnić zbiornik — tłumaczy się Gaszewska, otulona w koc.

Pociesza się: takich jak ona „miłośników ekologicznej energii” w Bogatyni sporo. W pokoju żarzy się niewielka „farelka”, grzejemy ręce o gorące szklanki z herbatą. Byłoby miło, gdyby nie wielki kudłaty pies, ujadający za drzwiami. Nie lubi obcych.

— To moja broń — tłumaczy gospodyni.

Przed kim?

— Długa historia... — zaczyna swoją opowieść.

W 1992 roku, tuż po otwarciu granic, mąż Danuty Gaszewskiej, wraz ze znajomym, postanowił uruchomić stację paliw w Sieniawce — wiosce kilka kilometrów od Bogatyni. Przez długie lata była jedyną przy granicy na odcinku kilkunastu kilometrów. Ruch był spory. Tankowali głównie Niemcy z przygranicznych miejscowości, którzy na litrze oszczędzali ponad markę. Dziennie obracali i po kilka razy. Mała kontenerowa stacja miała większe obroty niż okoliczne cepeeny. Po roku sprzedaż sięgała 50 tys. l dziennie — samej tylko benzyny (odpowiednik cysterny kolejowej).

— Strzał w dziesiątkę! Stacja natychmiast zaczęła przynosić olbrzymie dochody — mówi o pomyśle męża Danuta Gaszewska, która porzuciła pracę nauczycielki, by mu pomagać w księgowości.

Pod koniec 1994 r. mąż umarł. Tragedia rodzinna splotła się z biznesową brutalnością: wspólnik męża próbował pozbyć się Gaszewskiej z interesu i przejąć stację. Nie dała się wygryźć.

Interes szedł nieźle — do czasu, gdy pojawiły się pierwsze kłopoty z zakupem paliwa. CPN coraz częściej nawalał z dostawami. Na szczęście Kopalnia Węgla Brunatnego Turów miała paliwa w bród i mogła legalnie sprzedawać nadwyżki prywatnym stacjom benzynowym. Ciekawy układ. O tym, kto ile dostanie, decydował magazynier, niejaki Krzysztof Ch. To dzięki niemu stacja w Sieniawce zawsze miała pełne zbiorniki.

Dwa lata później Gaszewska założyła Dansztof sp. z o.o. (z siedzibą w jej mieszkaniu), zajmującą się wyłącznie hurtową sprzedażą paliw.

— Nazwa pochodzi od rosyjskiej nazwy miary cieczy: „sztof” — tłumaczy Gaszewska.

Magazynier Ch. został prokurentem firmy. Chłop starał się jak mógł, by paliwa nie brakowało, a że dobrze się starał, to i rok później Gaszewska wzięła go na wspólnika (na równych prawach). Zaufała. Dziś przyznaje, że postąpiła pochopnie, robiąc menedżerem byłego magazyniera — i to z niezłą sumką (otrzymał za darmo udziały, warte 130 tys. zł, czyli połowę kapitału założycielskiego spółki).

— A już koszmarnym błędem było jednak umożliwienie mu podejmowania decyzji jednoosobowo — w imieniu spółki, bez mojej wiedzy — twierdzi Gaszewska.

Duet

Dansztof rósł jak na drożdżach. Przynajmniej teoretycznie.

— Byłam w Bogatyni i sprawowałam nadzór nad bieżącą działalnością, gdy Ch. zajął się organizacją rynku, jeździł po kraju, dogadywał kontrahentów — wspomina Gaszewska.

Coraz więcej firm dostarczało spółce paliwo. Ale żadna nie była rafinerią... Wokół Dansztofu zaczął powstawać łańcuszek dostawców — spółek paliwowych, w którym z czasem znalazł się m.in.: BGM, Erzet, Unipol, Trans Sad.

— Po jakimś czasie zaczęłam odnosić wrażenie, że Dansztof jest zależny od niektórych firm, że Krzysztof Ch. wciąga spółkę w jakieś dziwaczne układy. Nikt wtedy nie mówił o mafii paliwowej, więc nawet mi to do głowy nie przyszło — ot, po prostu, działo się coś, co do tej pory się nie działo — wspomina Gaszewska.

Twierdzi, że miała coraz mniejszy wpływ na pracę firmy i faktycznie kierował nią Krzysztof Ch.

W grudniu 1998 i styczniu 1999 roku do Dansztofu trafiły pierwsze dostawy oleju opałowego od szczecińskiej spółki BGM, który następnie Ch. sprzedał jako olej napędowy. BGM — niewielka spółka — już wtedy działał z dużym rozmachem, sprzedając wielkie ilości paliwa.

W Dansztofie — wspomina Gaszewska — pojawił się Artur S., który przejął wszystko, co związane było z obrotem paliwami. Podejrzewa, że to BGM wsadził go do Dansztofu, by pilnować, co się dzieje, w tym tego, co robi sam Ch.

— Pewnego dnia przypadkowo podsłyszałam rozmowę Krzysztofa Ch. z Arturem S., że „opał” pójdzie jako „napęd”, bo jest niebarwiony. Zaczęłam być czujna. Byli pewni, że nie rozumiem i niczego się nie domyślam, a ja udawałam, że tak jest. W mojej obecności zaczęli mówić szyfrem, półsłówkami, ale powoli domyślałam się, o czym. Ile mogłam, tyle sprawdzałam — opowiada Gaszewska. I sumuje:

— W 1998 roku właściwie zostałam odsunięta od bieżących działań spółki. Jedyne, co jeszcze mogłam sprawdzać, to księgowość, lecz w ograniczony sposób, bo większość dokumentów była w laptopie Artura S. Pilnował go jak oka w głowie — twierdzi Gaszewska.

Lis w kurniku

W końcu Gaszewska nie miała wątpliwości, że Ch. kantuje — ją i innych. I to na ostro. W październiku 1998 r. poznała Andrzeja Czyżewskiego, przedstawiciela niemieckiego koncernu paliwowego DEA, szukającego w Polsce rynków zbytu. Dansztof pasował mu do strategii, gdyż była to firma z własną stacją paliw i magazynami. Do spotkania Gaszewskiej i Ch. (Dansztofu) z Czyżewskim — zaaranżowanego przez dyrektora CPN w Rzeszowie — doszło w warszawskim hotelu Holiday Inn.

— W drodze na spotkanie Krzysztof Ch. nakazał mi, bym się w ogóle nie odzywała, a tylko przysłuchiwała ich rozmowie. Zagroził, że jeśli zacznę mówić, co wiem, to powie, że robił to na moje polecenie, a ponieważ jestem prezesem spółki, cała wina spadnie na mnie. Stałam się figurantem we własnej firmie! Traktowali mnie jak maskotkę, która miała ją uwiarygodniać. Kobieta wzbudza zaufanie, mieliśmy z mężem dobrą, biznesową markę... Bałam się. I milczałam. Nadal sądziłam, że chodzi o grupę cwaniaczków — mówi Gaszewska.

W Warszawie Ch. zaproponował Czyżewskiemu udział w spółce Dansztof. I to był jego błąd, bo nie wpuszcza się lisa do kurnika, a zwłaszcza — byłego prokuratora. Zarząd Dansztofu zdecydował się przekazać mu 22 procent akcji spółki. Od tej pory spółka miała możliwość importu paliw z Zachodu.

— Byłam pewna, że skończą się dostawy z BGM, a zaczną — z Niemiec, że to kres współpracy z cwaniaczkami i że Ch. przestanie królować w spółce. Że wszystko znormalnieje — wspomina Gaszewska.

Myliła się.

Próba oczyszczenia

Zaczęła się wojna. Wpierw Czyżewski (przewodniczący rady nadzorczej) wraz z dwoma „swoimi” członkami rady stwierdził, że w Dansztofie coś śmierdzi. Po pewnym czasie Czyżewski nie miał wątpliwości, że w spółce działa mafijny układ, a Gaszewska tylko go w tym utwierdzała... Wypisał się z interesu, ale nie zostawił Gaszewskiej na lodzie. Wspólnie starali się pozbyć Ch. Udało się. Na krótko (5 miesięcy) częściowo odbili Dansztof z rąk mafii. Częściowo, bo w radzie wciąż jeszcze zasiadał Artur S.

Ale mafia się nie poddała. Tym bardziej że w komputerach spółki pozostały wszystkie „kwity” jej działalności. Kwity, do których miała dostęp Gaszewska.

Artur S. postanowił zmusić Gaszewską do odejścia z firmy. Ale ta nagle znikła. Po pechowym upadku ze schodów w swoim domu w Poznaniu trafiła do szpitala. Nikomu nie przyszło do głowy jej tam szukać. Telefony z pogróżkami nasilały się, dlatego Gaszewska — w obawie przed ludźmi mafii — postanowiła ukryć się w innym szpitalu — w Zittau. Tam też Andrzej Czyżewski opowiedział jej o wypadkach, jakie rozegrały się kilka dni później.

Przewrót

4 października 2000 roku do Bogatyni zjechało wiele samochodów — głównie audi, bmw i mercedesów. Zaparkowały przed siedzibą Dansztofu. Wejścia strzegli uzbrojeni ochroniarze. Według relacji Czyżewskiego, na zgromadzenie wspólników przybyło prawie 40 osób, wśród nich były doradca prywatyzacyjny PKN Orlen, adwokaci z Wrocławia i Częstochowy, radca prawny ze Zgorzelca i notariusz.

Pierwsza scysja: dyrektor administracyjny, lojalny wobec Gaszewskiej, odmówił wydania kluczy do pomieszczeń biurowych, więc zgromadzenie wspólników musiało się odbyć w zakładowej stołówce.

Po chwili pojawił się radiowóz z pobliskiej komendy, zawezwany przez Czyżewskiego. Młody funkcjonariusz — widząc uzbrojonych osiłków — nawet nie wysiadł z samochodu i wrócił na komendę.

Wszyscy czekali na Gaszewską, ale do stołówki wszedł Czyżewski i z punktu oświadczył, że zgromadzenie jest nielegalne. Chwilę potem został wyrzucony z sali. Mafia postawiła na swoim — odebrała Gaszewskiej spółkę, choć nie tak, jak zaplanowała. Nowym prezesem został Bernard P., osoba z półświatka, dobrze znana wrocławskiej policji.

— Ostatni raz byłam w firmie 29 września 2002 roku, później ochroniarze już mnie nie wpuścili — mówi Gaszewska.

9 listopada 2001 r. Sąd Gospodarczy w Jeleniej Górze potrzebował 10 minut, by ogłosić upadłość Dansztofu. Tego samego dnia majątek spółki przeniesiono do BGM — w ramach „rozliczenia” fikcyjnego zadłużenia, stworzonego wcześniej w ramach umowy faktoringowej ze spółką Polonia Promotion, reprezentującą interesy BGM (poświadczenie aktem notarialnym z 9.11.01). W wyniku tak przeprowadzonej upadłości skarb państwa stracił ponad 87 mln zł (27 mln za niezapłacony VAT i ponad 60 mln zł za akcyzę). Mafia zyskała magazyn paliw w Zarembie, gdzie długi jeszcze czas „blendowano” paliwa na zlecenie BGM i sprzedawano m.in. na trzech stacjach benzynowych: w Sieniawce, Jaworze i Lubaniu, które BGM przejęło po upadłości Dansztofu.

Bliscy

Echa tych wydarzeń odbiły się również na rodzinie Gaszewskiej - dwóch synach i przybranej córce Sarze, która mieszkała razem z „ciocią” (Gaszewska nie nalegała, aby Sara nazywała ją mamą) w Bogatyni. Dziś, mimo że od tamtych wydarzeń minęły prawie 4 lata, Sara nie chce o nich mówić. Pożar, próba samobójstwa matki i jej pobicie przez Ch. sprawiły, że przez wiele miesięcy dochodziła do siebie pod okiem psychiatry.

— Mówili Sarze, że mnie puszczą z torbami, a ją oddadzą do domu dziecka. Pan wie, co to znaczy dla dziewczyny, którą właśnie stamtąd przygarnęłam, gdy miała 8 lat, i która traktuje mnie jak matkę, i w naszym domu czuje się bezpieczna? Nagle ktoś obcy przychodzi pod drzwi i mówi, że ją odeślą... — opowiada Gaszewska.

W czerwcu 2000 r. we Wrocławiu nieznani sprawcy umieścili pod autem jej syna atrapę ładunku wybuchowego.

— Ktoś telefonicznie powiadomił mnie, że w samochodzie syna jest bomba. Zaraz do niego zadzwoniłam — studiował na Uniwersytecie Wrocławskim, by nie siadał za kierownicę i broń Boże, nie zapalał silnika. Zawiadomiłam policję — wspomina Gaszewska.

Policjanci pod stojącym w centrum miasta samochodem znaleźli „coś, czego nie powinno być”. Po zabezpieczeniu terenu w promieniu 200 m, łącznie z ewakuacją pobliskiego hotelu, przyjechała grupa saperów, która rozbroiła „bombę”. Czyli atrapę.

— Kilka godzin później dostałam telefon — rozmówca poinformował, że to było ostrzeżenie — mówi Gaszewska.

Nie koniec

Gaszewska straciła firmę, nie zapobiegła jej upadłości, mafia działała nadal. Czy przegrała?

— Czasy się zmieniają, ludzie też. Liczę, że po wyborach znajdzie się prokurator, może i generalny, który zechce wyjaśnić do końca sprawę mafii paliwowej i jej powiązania z możnymi tego kraju. Być może pod naciskiem przedstawiciela Komisji Europejskiej — o co wraz z panem Czyżewskim zabiegam. Na swoją skalę — walczę z mafią już 4 lata, mogę jeszcze 4. Nie odpuszczę! — mówi Gaszewska.

W historii Danuty Gaszewskiej zastanawia jedno: dlaczego — mimo jej olbrzymiej i unikatowej wiedzy o kulisach funkcjonowania mafii paliwowej — nikt jej poza Czyżewskim, nie wsparł? Dlaczego nie pomaga jej wymiar sprawiedliwości? Dlaczego prokuratorzy, choćby z czystej ciekawości, nie zainteresowali się, co to „rolka”, „uzgadnianie kont” „komponowanie paliw”, „pranie faktur”, na czym polegały dostawy „na koło”, kim byli ludzie określani mianem „rafinerii”. A może po prostu już o tym wiedzieli? Może w tym, co mówi Gaszewska (w trakcie zaprotokołowanych zeznań, ponosząc odpowiedzialność za słowa), że „zadaniem prokuratury było, żeby nic, co dotyczyło mafii paliwowej, nie wydostało się na zewnątrz” — tkwi ziarno prawdy? Bo czym wytłumaczyć fakt, że o BGM dowiedzieliśmy się na długo po raporcie wynajętych przez Gaszewską poznańskich detektywów, a o mafii paliwowej — dwa lata po jej zeznaniach, opisujących szczegóły mafijnego działania...

I dlaczego zawdzięczamy to nie prokuratorom, ale dziennikarzom?