Czytasz dzięki

Gastronomia szykuje się na ciężkie czasy

opublikowano: 19-03-2020, 22:00

Koronawirus miesiącami będzie odbijać się czkawką — na razie restauratorzy liczą na solidarność wynajmujących.

Panika związana z koronawirusem oraz decyzja rządu o zamknięciu barów, pubów, restauracji i galerii handlowych w związku z wprowadzeniem stanu epidemicznego oznacza dla rynku wartego 37 mld USD (według danych GfK Polonia) zastój, z jakim nie miał do czynienia od lat. Wirus wypłoszył ludzi z lokali gastronomicznych nie tylko w Polsce, ale także w całej Europie. Na szacowanie strat na razie jest za wcześnie, ale wiadomo, że będą ogromne.

— Biura centrali świecą pustkami. Około 70 proc. pracowników zostało oddelegowanych do pracy zdalnej, ponad 20 proc. to osoby korzystające z 14-dniowego świadczenia na opiekę nad dziećmi lub będące na urlopach i zwolnieniach lekarskich. Tylko około 8 proc. obsługuje działalność operacyjną na miejscu — mówi Sylwester Cacek, szef grupy Sfinks Polska, jednej z największych na rynku gastronomicznym.

Czarny scenariusz

Sfinks jest m.in. właścicielem marek Sphinx, Chłopskie Jadło i Restauracja Wook. Akcje grupy, która i tak od lat walczy o poprawę wyników finansowych, w tydzień straciły na giełdzie ponad 28 proc. Przyszłość też nie maluje się kolorowo.

— W całej gospodarce straty są nieuniknione. Rynek będzie się odbijał miesiącami, a ile to zajmie, będzie zależało od długości obowiązywania ograniczeń. Musimy szykować się na czarny scenariusz w dłuższej perspektywie, pamiętając o krótkoterminowym rozwiązywaniu powstałych problemów — mówi Sylwester Cacek.

Podkreśla, że wiele zależy od rządowych rozwiązań. Branża gastronomiczna wystosowała do resortu rozwoju list, w którym zgłosiła pięć postulatów, których wdrożenie może pomóc jej udźwignąć skutki kryzysu. Liczy m.in. na zawieszenie składek ZUS, pomoc w negocjacji czynszów oraz kredyty obrotowe, jakie dostają rolnicy w czasie klęski żywiołowej. To tylko podstawowe oczekiwania.

— Oczekiwania mogłyby być znacznie większe, ale liczymy się z tym, że potrzebujących jest teraz bardzo dużo — przyznaje prezes Sfinksa.

Zamrożone zyski

Najemcy lokali liczą też na solidarność wynajmujących.

— Bardzo niekorzystny jest brak stanowiska wynajmujących, jeśli chodzi o zamrożenie czynszów. Jeżeli mamy czas solidarności, to nie wyobrażam sobie, aby galerie próbowały przenieść wszystkie konsekwencje epidemii na nas. Dotyczy to nie tylko nas, ale wszystkich punktów gastronomicznych oraz większości innych najemców — mówi Jakub Szeliga, współzałożyciel Ice Dream, sieci gelaterii self-service.

Kryzys zamroził zyski w lodziarniach, a w dłuższej perspektywie także planowaną od miesięcy strategię rozwoju, polegającą na budowie sieci franczyzowej Ice Dream.

— Niektóre restauracje próbują ratować się np. sprzedażą potraw na wynos. W przypadku lodziarni Ice Dream jest to pomysł nie do zrealizowania — nie na tym polega idea lodów Ice Dream. Self-service gelateria oznacza dobrą zabawę i samodzielne tworzenie lodowych deserów, a nie zwyczajne jedzenie lodów — mówi Jakub Szeliga.

Lodziarnie Ice Dream zamknięto we wszystkich centrach handlowych, gdzie operowały — w Warszawie, Poznaniu i Katowicach.

— Straty są i będą ogromne. Podzieliłbym je na te, które mamy już, oraz te, które pojawią się w kontekście bieżących zobowiązań. Należy pamiętać też o stratach, które pojawią się po pandemii. Świat, w którym się obudzimy, będzie mocno różnił się od tego, który znamy obecnie. Obawiam się np., że wiele segmentów branży HoReCa, szczególnie premium, czeka długi okres stagnacji — mówi Jakub Szeliga.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksandra Rogala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu