Maciej Orłoś zostaje youtuberem

Rozmawiał Łukasz Ostruszka
opublikowano: 14-09-2018, 16:23

Pokoleniom telewidzów kojarzy się z głównie z Teleexpressem, ale to już przeszłość. Maciej Orłoś opowiada nam o cudownym wpływie zmiany na życie człowieka i nowych wyzwaniach w karierze.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Przygoda z Teleexpressem trwała 25 lat i po tym czasie poszedł Pan na swoje. Sądząc po tym jak jest Pan aktywny, to była raczej dobra zmiana prawda? 

Zobacz więcej

Maciej Orłoś

Monika Szałek

MACIEJ ORŁOŚ*: Zawsze można powiedzieć, że wszystko ma dwie strony. To znaczy, że zawsze jest coś za coś. Odchodząc z TVP straciłem codzienny kontakt z widzami i to jest duża strata. Jeżdżę po Polsce i spotykam tych ludzi. Pytają co się ze mną dzieje i kiedy będzie mnie można zobaczyć. Jak mówię, że mam program na Facebooku, to przytakują z zainteresowaniem, ale ja czuję i widzę, że to nie jest ich miejsce. Z drugiej strony muszę przyznać, że zmiany są dobre i potrzebne. W zasadzie mówi się przecież, że jedyna stała rzecz w życiu to właśnie zmiany. Rzeczywistość dała mi takiego mobilizującego kopa i otworzyła nowe możliwości.  

Dwa dni temu napisał Pan na jednym z portali społecznościowych: „Żarty się skończyły, zaczyna się moja przygoda na YouTubie”.  

Patrzę na to z pewną pokorą, respektem i nieśmiałością, bo to jest zupełnie inny świat, do którego trzeba podchodzić z szacunkiem, bez wielkich aspiracji. Nie myślę o sobie, jako o „panu z telewizji”, któremu będzie łatwiej.  

Tutaj telewizyjny styl niekoniecznie musi zadziałać.  

Staram się w ogóle nie patrzeć na to w kategoriach, czy zadziała, czy też nie zadziała. Z grupą współpracowników przez kilka miesięcy pracowaliśmy nad koncepcją kanału na portalu YouTube, żeby dojść do tego, co mamy tam pokazywać. 

I o czym będzie Pan opowiadał? 

Będę opowiadał o różnych moich historiach związanych z telewizją, wywiadami ze znanymi ludźmi. Nie zawsze wszystko szło jak po maśle. Inaczej mówiąc, w pewnym sensie będę się dzielił swoimi doświadczeniami. Chcę prowadzić dialog z odbiorcami i być otwartym na feedback.  

To na YouTube nieodzowne.  

No właśnie. Zdaję sobie z tego sprawię, a co więcej, to mi się po prostu podoba. Poza tym, o czym już wspomniałem, chcę się dzielić swoimi doświadczeniami z wystąpień publicznych i dowiedzieć się, czego ludzie tak naprawdę w tym zakresie potrzebują. Bo przecież większość z nas występuje publicznie przy różnych okazjach.  

Czy pracuje Pan z jakąś agencją, która pomaga w realizacji odcinków? 

Działamy pod skrzydłami certyfikowanej sieci partnerskiej Video Brothers. Współproducentami są moja firma i spółka Show Central. To ciekawe przedsięwzięcie i duże wyzwanie. Muszę się nauczyć innego kontaktu z widzami i innego języka. Muszę zrezygnować z telewizyjnego sznytu, który jest pewną konwencją.  

Słucham Pana i dostrzegam człowieka niezwykle podekscytowanego.  

Jestem niesamowicie podekscytowany tym projektem. W telewizji śledzi się wyniki oglądalności dzień po dniu. Tutaj w czasie rzeczywistym. Cały czas jest podgląd „łapek”. Już śledzę wyniki subskrypcji. Uruchamiam swoje kanały w mediach społecznościowych, co się bardzo przydaje. Sposób w jaki to działa jest niesamowicie dla mnie ciekawy.  

Własna firma, wyjazdy, wykłady, szkolenia, a teraz kanał na YouTubie. Wiele osób kojarzy Pana tylko z Teleexpressem, tymczasem płaszczyzn działania jest sporo. Zawsze tak było? 

Szkolenia zacząłem robić już jakieś 20 lat temu, bo stwierdziliśmy, że mówiąc brzydko jest na to rynek, czyli jest jakieś zapotrzebowanie wśród ludzi biznesu. Często byłem też angażowany jako prowadzący eventy biznesowe. W pewnym momencie pojawiły się media społecznościowe. Napisałem sześć książek, w tym cztery dla dzieci, jedną szkoleniową, a jedną trochę dziennikarską. Prowadziłem masę programów w telewizji, głównie dla TVP1.  

A czy nie uważa Pan, że rynek szkoleń z publicznych wystąpień został ostatnio trochę zepsuty przez ludzi, którzy w gruncie rzeczy nie mają wielkiego doświadczenia, ale przedstawiają siebie jako ekspertów? 

Co dzieje się na takich szkoleniach?  

Uczestnikom w sposób sztampowy przekazywana jest treść tandetnych podręczników z rynku amerykańskiego.  

Staram się nie rozglądać wokoło. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Mam sporo pracy, bo udało mi się wypracować pewną markę osobistą. Do mnie przychodzą osoby, które wiedzą, że jestem praktykiem i mam doświadczenie. Powiem szczerze, że nawet nie wiedziałem, że mogą działać na tym rynku ludzie, którzy nie mają takiego przygotowania.  

A z czym ludzie, którzy przychodzą na Pana wykłady mają najczęściej problem? 

Jakbym zrobił taki ranking, to na pierwszym miejscu byłaby trema. Po drugie, mają problemy z komunikacją niewerbalną, kompletnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Dobrze jest więc mieć warsztat, znać reguły gry, potem wypracować nawyk i ćwiczyć. W końcu wchodzi to w krew i w sytuacjach stresowych człowiek już nie panikuje. Po trzecie, ludzie mówią ogólnikami, bez konkretów i nudno. Radzę więc, jak przykuć uwagę widowni. Zauważyłem, że są osoby, które z ćwiczenia na ćwiczenie są coraz lepsze, natomiast inni potrzebują czasu.  

Warsztat zdobywał Pan także w szkole teatralnej. Jak to się stało, że jednak poszedł Pan później drogą dziennikarską? 

Na początku poszedłem w stronę aktorską. Oprócz studiów w Warszawie byłem też na rocznym kursie aktorskim w Londynie. Miałem etat w teatrze, zagrałem dwie duże role w filmach, ale 80-te lata nie były dobre dla rozpoczynania kariery aktorskiej. Już w 1991 r. przyszła konkretna i bardzo dobra propozycja z telewizji. Mimo rozterek zdecydowałem się na to.  

Szybko minęło 25 lat.  

I nie wiem, czy potrafiłbym być teraz aktorem.  

Pytam o to, bo Pana życiorys jest przykładem tego, że w życiu może się przydać każde doświadczenie. Żadnego nie można lekceważyć.  

Tak rzeczywiście jest w moim przypadku. Nie musiałem przyuczać się do zawodu prezentera. Dykcja, świadomość swojego ciała, właściwy oddech, postawa… Ja to wszystko już miałem. Wręcz przeciwnie, musiałem się uczyć, żeby nie grać swojej roli w Teleexpressie. Moja historia pokazuje też, jak znajomość języków się przydaje i ile można na tym zarobić. Teraz wszyscy znają angielski, ale w moim pokoleniu tak nie było. Będąc w telewizji dostałem propozycję z kosmosu. Trzeba było tłumaczyć serial „Ścigany”. Niech Pan sobie wyobrazi, że siedziałem w domu z kasetą VHS i ze słuchu tłumaczyłem kolejne odcinki.  

Ostatnie pytanie, a właściwie prośba. Mówiliśmy o trudnościach związanych z wystąpieniami. Czy mógłby Pan poradzić naszym czytelnikom, jak opanować tremę? 

Moim sposobem na tremę jest przygotowanie, ale nie chodzi o to, żeby sobie przygotować konspekt i po sprawie. Przygotowanie to proces złożony i wymaga czasu. Muszę wiedzieć, co chcę powiedzieć, kim są moi odbiorcy, jaki mam czas na moje wystąpienie. Potem muszę przygotować wystąpienie i poszukać konkretnych opakowań do przedstawianych treści. Następnie trzeba powtarzać, powtarzać i powtarzać. Nie zawsze jest na to czas, ale wtedy osoba, która ćwiczy nabywa pewną wprawę. Żona prezydenta Lyndona Johnsona mawiała, że sposobem na tremę jest bycie zaangażowanym w to, co się mówi. Masz dać się ponieść tematowi, on ma cię owinąć i stać się częścią ciebie.  

Gdzie szuka Pan tych opakowań dla treści.  

Opakowania są wszędzie. Wystarczy przypomnieć sobie słowa piosenek, cytaty z filmów, nawet jakieś przysłowia. Jedno zdanie może nam zbudować całą opowieść. To mogą być historie zaczerpnięte z książek i wierszy. Ja często korzystam ze strony brainyquote.com, która zawiera stosy cytatów znanych ludzi. Wpisuję słowo kluczowe i przeglądam. Nawet w telewizji to wykorzystywałem, żeby nie wpaść w rutynę. Chodzi o cytaty, które są nośne, przekazują mądrość, ale z humorem. Jednym z moich ulubionych cytatów są słowa Woddy’ego Allena, który powiedział, że pieniądze są lepsze od biedy choćby ze względów finansowych. Trzeba szukać inspiracji i otwierać się na różne analogie. To bardzo proste, ale wiele osób o tym zapomina i mówi językiem folderowym lub slangiem branżowym.  

Taki język jest niestrawny.  

Dlatego mówię wtedy: jak jesteście w swoim gronie, to mówicie sobie co chcecie i jak chcecie, ale jak zamierzacie kogoś porwać swoim wystąpieniem, to musicie o tym języku zapomnieć, bo tych ludzi stracicie. Wielu menedżerów ma z tym problem. Zapominają też, że trzeba mówić patrząc z perspektywy odbiorcy.  

*Maciej Orłoś - dziennikarz i prezenter prowadzący Teleexpress w latach 1991-2016. Teraz pasjonat nowych mediów, który rozwija swoje strony na Facebooku i LinkedIn, uruchamia kanał na portalu YouTube. Laureat czterech Wiktorów, w tym Super Wiktora i dwóch Telekamer. Autor książek dla dzieci i publikacji szkoleniowych. Gospodarz eventów oraz trener wystąpień publicznych.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Maciej Orłoś zostaje youtuberem