Mniej bardziej opłacalne od więcej

Rozmawiał Łukasz Ostruszka
opublikowano: 22-09-2018, 09:00

Blogerka, prawniczka i minimalistka Katarzyna Kędzierska opowiada nam o tym, dlaczego warto wyzwolić się od niepotrzebnych rzeczy i po prostu mieć mniej.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Zwykle ludzie mówią, że im ma się więcej, tym jest lepiej. Pani mówi coś innego, bo przekonuje, że mniej znaczy więcej. Skąd taka koncepcja życia? 

Zobacz więcej

Katarzyna Kędzierska

ARC

KATARZYNA KĘDZIERSKA*: Z braku zadowolenia konsumpcyjnym światem. W praktyce doprowadziło do tego przesycenie nadmiarem, w rozumieniu fizycznego nadmiaru rzeczy.  

Rozumiem, że kiedyś było inaczej. Co więc doprowadziło do tej radykalnej zmiany?

Przyznam, że nie było jakiegoś przełomowego momentu lub niezwykle głębokiego przeżycia. Po prostu uświadomiłam sobie, że otacza mnie nadmiar rzeczy. To uczucie pojawiło się w trakcie jednej z przeprowadzek wiele lat temu, gdy jako zapalona czytelniczka spakowałam wszystkie swoje książki. Nagle okazało się, że pudeł jest kilkanaście i są ciężkie, a ja drobna. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy to wszystko rzeczywiście jest mi potrzebne. Później proces zmiany potoczył się swoim tempem.  

To łatwa, czy trudna zmiana? 

W pewnych kwestiach było mi łatwo, ale w innych niezwykle trudno. Często podkreślam, że nie przeszłam jakiegoś oświecenia. Nie jest tak, że nagle postanowiłam się pozbyć 75 proc. moich rzeczy i teraz żyję jako ascetka z jedną łyżką i jedną miską. Proces trwał wiele lat i polegał na stałym kwestionowaniu stanu posiadania, zastanawianiu się, czy te wszystkie przedmioty są mi potrzebne. Coś co wydawało mi się wcześniej niezbędne traciło na wartości i okazywało się zbędne.  

Jaka jest definicja minimalizmu? 

Dla mnie nie jest to rodzaj stylu życia, czy filozofia, ale pewne narzędzie. Możemy używać tego narzędzia dobrze lub źle. Minimalizm jest takim samym narzędziem jak przykładowo młotek, którego możemy użyć do wbicia gwoździa, ale możemy również zrobić sobie nim krzywdę. Właśnie tak traktuję minimalizm. To droga do jakościowego, dobrego życia, w którym przedmioty nie mają dla nas większej wartości niż powinny mieć.  

Nie rozumiem do końca, w jaki sposób może to zniszczyć człowieka.  

Czytelnicy często piszą, że zafiksowali się na punkcie pozbywania się rzeczy i ciągle są ich niewolnikami. Wciąż skupiają się na rzeczach, ale na ich pozbywaniu się, nie nabywaniu. Wciąż są niewolnikami rzeczy, a rzeczy nie są przecież w życiu najważniejsze. Niby o tym wiemy, ale w takich sytuacjach nadal nie potrafimy się uwolnić.

A czy minimalizm zmienił Pani podejście do pracy? 

Minimalizm zmienił mój sposób pracowania. Przeszłam dość standardową drogę - od etatu w dużej korporacji do pracy w swojej firmie, nad własnymi projektami. Nie demonizuję pracy na etacie, raczej wyznacznikiem jest dla mnie czas. Jeśli okazuje się, że prowadząc kilka projektów jestem w stanie poświęcać mniej czasu na pracę niż będąc zatrudnioną w korporacji, to jest dla mnie zysk.  

No to ile czasu poświęca Pani teraz każdego dnia na pracę? 

To zależy. Kiedyś uczestniczyłam w badaniu prowadzonym przez doktorantkę na jednym z polskich uniwersytetów, która poprosiła mnie o prowadzenie dziennika pracy. Wypisywałam wszystko z dokładnością do 15 minut. Okazało się, że średnio tygodniowo poświęcam na pracę mniej czasu, niż niegdyś pracując na etacie (bez nadgodzin). Pracuję w swoim rytmie, który raz jest intensywny, ale innym razem spokojniejszy. W ostatnich dwóch tygodniach kończyłam projekt, który zabierał mi na pewno więcej czasu niż osiem godzin dziennie, ale jednocześnie udało mi się z mężem wyjechać w tym okresie na cztery dni na odciętą od świata wioskę na Podlasiu. Właśnie tym jest dla mnie życie w swoim rytmie.  

Prowadzi Pani jeden z największych polskich blogów dotyczących minimalizmu. Ilu ludzi Panią czyta? 

Trafia do mnie 100 tys. osób miesięcznie.  

Czy sądzi Pani, że grupa osób zainteresowanych minimalizmem może być w Polsce znacznie większa? 

Ludzie często piszą o minimalizmie, ale ograniczają się do warstwy estetycznej. Staram się sięgać głębiej. Myślę, że jest u nas całkiem spora grupa ludzi, którzy korzystają z tego narzędzia. Wiem też, że są grupy osób, które żyją w ten sposób, ale nie nazywają tego minimalizmem. Nie mówią o sobie, że są minimalistami. Gdybym nie prowadziła bloga, to też nie wiem, czy bym chodziła i mówiła: cześć, jestem minimalistką.  

Ze mną jest chyba podobnie. Wsłuchując się w Pani wypowiedzi dochodzę do wniosku, że mam podobny styl życia, ale nigdy nie nazywałem siebie minimalistą. 

Prostota życia niezależnie od tego, czy jest widoczna w sferze materialnej, czy niematerialnej może wynikać z wielu rzeczy. Czasem jest pochodną wartości religijnych, bo przecież ascetyzm pojawia się w wielu religiach. Niektórzy wynoszą to z procesu wychowania, albo jakiś innych wyznawanych w życiu wartości.  

Myślę, że to jest coś, co niejednokrotnie może uratować człowieka. Czasem chcemy mieć więcej i więcej, a tracimy z pola widzenia ważną codzienność. Przychodzi w końcu moment, że mamy wszystkiego więcej, ale i tak nie daje nam to radości. 

Minimalizm, psychologia pozytywna, nurt uważności. Nie ma znaczenia, jak to nazywamy, bo wszystko jest pochodną odpowiedzi na pytanie: co z nami dalej?  

I co tak naprawdę daje szczęście?

Niestety wiele ludzi utożsamia szczęście z zewnętrznym dobrostanem. Pragniemy większego, nowszego mieszkania, lepszego samochodu i całej masy różnych rzeczy, ale w momencie, gdy to wszystko mamy, okazuje się, że w poczucia naszego szczęścia się nie zmienia. Pytamy wtedy dlaczego ta wszechobecna dziś „obietnica więcej” nie spełnia się. Nie ma szczęścia poprzez „więcej”. Nie ma radości dzięki „więcej”.  

Czy może Pani sformułować kilka zasad minimalizmu? O ile to w ogóle możliwe. 

Przede wszystkim minimalizm rozumiany jako narzędzie nie jest celem samym w sobie. Trochę jak pieniądze. Mniej nie oznacza też za mało. Minimalizm to nie ascetyzm, nie muszę mieć mniej niż potrzebuję. Mniej nie znaczy także, że muszę mieć mniej niż ktoś inny. Minimalizm to codzienne kwestionowanie granic swojego posiadania we własnym tempie. 

To trochę przeciwko kulturze tandety, czyli pragnieniu by mieć więcej nie zważając na jakość.  

Tak, pamiętajmy jednak, że nie można też popadać w skrajności. Istnieje koncepcja minimalizmu luksusowego, która zakłada, że mamy mieć niewiele rzeczy, ale każda z nich musi być z najwyższej półki, również tej cenowej. Uważam, że nie o to chodzi. Minimalizm nie musi być luksusowy. Oczywiście, jeśli kupujemy coraz mniej, to jednocześnie może być nas stać na coraz więcej, więc mogą to być lepsze rzeczy. Nie chodzi jednak o to, żeby wyrzucać wszystkie dobre i potrzebne rzeczy na śmietnik, a kupić jedną luksusową. Pułapka konsumpcjonizmu czyha również w tym miejscu. Odpowiedzią jest świadomy minimalizm. 

Rozmawiał Łukasz Ostruszka 

*Katarzyna Kędzierska - blogerka, prawniczka, właścicielka butikowej kancelarii patentowej i minimalistka. Specjalizuje się w prawnej ochronie znaków towarowych. Założycielka bloga Simplicite.pl, autorka książki „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Mniej bardziej opłacalne od więcej