Stoi góra w Bieszczadach, warta miliony. Nabita sztucznym śniegiem, nawet ciepłą zimą zaludnia się ludźmi w kombinezonach. O ile tam trafią.
Sześć i pół godziny jazdy od Warszawy. 420 kilometrów. Bieszczady. Wielu kojarzą się z dziczą, pustkowiem, krainą wilków i drwali. Latem na wakacje przybywają tu tabuny harcerzy i trochę szukających wrażeń biznesmenów. Ale zimą — mówią — zimą lepiej omijać ten zakątek szerokim łukiem. Niekoniecznie.
Ustrzyki Dolne, jedno z największych miast w regionie, próbują dźwignąć się z letargu. Niektóre kamienice odnowione. Dwa lata temu hucznie obchodzono jubileusz pięciolecia powstania nowoczesnej pływalni. W najlepszym, praktycznie jedynym z prawdziwego zdarzenia hotelu jest nawet internet w pokojach.
Nieodległa granica sprzyja interesom. W baku tańsza ukraińska benzyna. Pod tapicerką upchnięte kartony papierosów. Nieco bliżej pewien ambitny kuśnierz stara się o to, by po wschodniej stronie ustawiały się kolejki samochodów z nartami w bagażniku. Liczy też na warszawiaków i wabi ich unoszącą się nad Ustrzykami Kamienną Lawortą, gdzie trzy lata temu powstał pierwszy i na razie jedyny wyciąg krzesełkowy w Bieszczadach. Ma stać się rajem dla narciarzy.
Główna karta przetargowa: szybka dwuosobowa kolej, szeroka trasa, ponad 1300 metrów szusowania. Całkiem ostro w dół.
— Trochę tu w Ustrzykach głusza. Ale ktoś musiał być pierwszy. Padło na mnie — mówi Bronisław Mrugała, szef stacji narciarskiej Laworta i nieodległego orczyka na Gromadzyniu.
Psychologia nart
W ostatnim tygodniu ferii na stoku tłumów nie ma. Jeździ kilkadziesiąt osób. Zima słaba. Kiedy chwyci mróz, armatkami szybko łata się przetarcia. Śnieg mokry, ciężki. Gdyby nie pracujące wieczorem i rano ratraki, jazda byłaby męką. Po kilku godzinach i tak nogi siadają. Narciarze, szurając ciężkimi butami, schodzą do knajpy, by zakąsić oscypka z boczkiem i osuszyć się przy stojącym pośrodku kominku. I szybko na górę, łapać ostatnie tchnienia zimy.
— Kiedy się trafia taki sezon, bardziej opłacalne byłoby zamknięcie interesu na rok. Koszty stałe, ludzie, prąd nas zjadają — przyznaje Bronisław Mrugała.
Ale nie jest tak, że nos na kwintę spuszcza. Bo trzeba jeździć, dokładać czasem do biznesu i liczyć, że za rok się odkuje. Tak się buduje markę, a to najlepszy sposób, żeby urwać coś Zakopanemu czy Krynicy.
— Nie ma hoteli, nie ma Krupówek, nie ma tradycji narciarskich ani uzdrowiskowych, nie ma dużych miast w pobliżu. Są kiepskie drogi i ciepła zima — rachuje szef stacji narciarskiej.
Ludzie jednak i tak skądś się dowiadują i przyjeżdżają. Najważniejszy jest pierwszy raz. Jak już przyjadą, łapią bakcyla i z reguły wracają. Za Ustrzykami skręca się w lewo na Łodynę. Dziura na dziurze. Na początku wsi trzeba dać jeszcze raz w lewo. Kilkaset metrów pod górkę i jest. Całą szeroką trasę widać jak na dłoni. Na dole kilka okazałych drewnianych budowli, w tym najnowsza z jasnych bali, otwarta dwa sezony temu. Tam zakręca krzesełko, obok urządzono kilka pokoi z widokiem na stok.
— Wyciąg potrafi przewieźć tysiąc sto osób na godzinę. Trochę ponad osiem minut na górę i dwie minuty w dół. W godzinę ze sześć razy się zjedzie — zachwala gospodarz.
Z krzesełka na hotel
Bawił się ostatnio w statystyka. Wyszło, że w sezonie w 80 proc. wyciąg wozi powietrze.
— Oznacza to, że mamy możliwości rozwoju, tak by te proporcje odwrócić — wysnuwa wniosek.
W tym roku i tak swoje zarobi. Niejedni pukali się w czoło, kiedy w końcu lat 90. zaczął inwestować w dzierżawione od gminy wyciągi. To tak jakby połoniny zalesiać. Ale on swój plan ma. Znalazł na to kilka ładnych milionów, część od rodziny, część z banków. Wciągnął w biznes córkę i szwagra, a przecież Cortinę d’Ampezzo też nie od razu zbudowano. I chyba najważniejsze — plany trzymają się rzeczywistości. Nie robił nic na wysoki połysk. Jeździł po świecie i szukał dobrych okazji. Uruchomiona w styczniu 2004 r. kolejka wcześniej woziła narciarzy w tyrolskim kurorcie. Lance naśnieżające, tańsze od armatek, ściągnął okazyjnie ze Stanów. Ratraki przyjechały z Austrii. Wszystko trochę używane, ale bynajmniej nie za psie grosze, bo markowe, porządne. Trzy miliony złotych, z montażem, kosztował wyciąg krzesełkowy. Ratrak — kilkaset tysięcy.
— Na małopolskiej Wierchomli też zaczynali od krzesełka — śmieje się Bronisław Mrugała.
Teraz jest tam stacja narciarska, trzygwiazdkowy hotel i spa.
— Tutaj na razie żadnego drzewa nie można ruszyć. Park narodowy — przypomina właściciel Laworty i Gromadzynia.
Najlepsze byłyby Bieszczady Wysokie. Rozległe, zaśnieżone połoniny, kilka kilometrów można zjeżdżać, wyciąg przy wyciągu stawiać. Ot, marzenia.
Głowa nad szczyt
Marzyciel, czyli szef bieszczadzkich wyciągów, zaczynał w rodzinnym Nowym Targu, gdzie parał się zawodem w PRL-u licencjonowanym, kuśnierstwem. A władze ówczesnego powiatu ustrzyckiego szukały takiego specjalisty. Kiedy zawód przestał się opłacać, prowadził różne mniejsze i większe biznesy. Z kuśnierstwa zostało mu zamiłowanie do polowań.
— Mam kilka złotomedalowych trofeów, m.in. oręż dzika i czaszkę wilka — chwali się prezes lokalnego koła łowieckiego.
Ponoć w bieszczadzkich lasach panoszą się drapieżniki. Wilka coraz więcej, a ledwie kilka rocznie pozwalają odstrzelić. Teraz Bronisław Mrugała na celownik bierze narciarzy. Daje reklamy w radiu, dba o stronę internetową. Założył klub narciarski, jego wychowankowie są w swoich kategoriach wiekowych polską czołówką. Ma jednak świadomość, że w Bieszczadach wciąż pozostaje samotną wyspą. Śmiało wychyla głowę ponad czubek Laworty. Wierzy, że przynajmniej część miejscowych podepnie się pod jego biznes i zainwestuje w kwatery, pójdzie za nim.
— Warunkiem turystycznego sukcesu regionu są dobre drogi, porządna agroturystyka i hotele. Nikt się na serio na to nie szarpie, bo się boi, że nie wypali — zaznacza.
Po kilku godzinach slalomów nogi bolą niemiłosiernie. Czas na przerwę przy kominku. Wieczorem można, w ramach spaceru, pójść do Łodyny. Cicho i spokojnie. Drogę rozświetla jedynie blask mocnych halogenów zamontowanych na stoku. Odpowiedź Łodyny na rozhukane Zakopane. n
Płać i szusuj do nocy
Pojedynczy wjazd krzesełkiem na Lawortę kosztuje 4 zł. Obok można korzystać z nieco krótszego wyciągu orczykowego po 3 zł za wjazd. Najmniejszy orczyk, wwożący na oślą łączkę, kosztuje 0,70 zł za wjazd. Najpopularniejsze są jednak karnety okresowe. Prawdziwi zapaleńcy i twardziele mogą szusować od 9 do 20 razy już za 75 zł. Karnet od rana do 16.00 kosztuje 60 zł, tyle samo co bilet od 14.00 do 20.00. Karnet weekendowy to wydatek rzędu 120 zł, a tygodniowy — 375 zł. Nowicjusze mogą wypożyczyć kompletny sprzęt (30 zł za 3 godz.) i wziąć lekcje u instruktora (50 zł za godz.). Do tego można zamieszkać i stołować się tuż obok wyciągu. Pokoje kosztują od 40 do 50 zł od osoby za noc, dania regionalnej kuchni nie więcej niż kilkanaście złotych.
Pod dobrym adresem
Przy orczyku na Gromadzyniu czeka pięć domków. Nieopodal są też: Przystań Ziemska, Przystań Gromadzyń czy Pensjonat Dębowa Gazdówka we wsi Łodyna. Gratką jest posiadłość Mrugałówka w Ustrzykach Dolnych, należąca do właściciela wyciągów. Udekorowana myśliwskimi trofeami, sprawia wrażenie przytulnej leśniczówki, wyposażonej m.in. w saunę.
Tylko Łemków i Bojków brak
Łodyna liczy sobie kilkuset mieszkańców. Założono ją w 1555 r. jako wieś królewską na tzw. prawie wołoskim. Pierwsi osadnicy przybyli z okolicznych wsi: Berehów, Serednicy i Ustianowej. Stoją tutaj dwie cenne budowle. Pierwsza to cerkiew greckokatolicka pw. Archanioła Michała wybudowana w 1862 r. Później dobudowano do niej murowaną dzwonnicę parawanową. Po wysiedleniu ludności ukraińskiej na długo została opuszczona. W latach 50. służyła jako magazyn węgla drzewnego. Od lat 70. użytkowana jako kościół rzymskokatolicki. Kawałek dalej stoi wiekowa chyża, czyli drewniana zagroda jednobudynkowa. Pod jednym dachem mieściły się w niej pomieszczenia mieszkalne, gospodarcze i inwentarskie. Tylko Łemków i Bojków brak.
Śnieżne inwestycje
3,5
tys. zł Tyle kosztuje jedna noc sztucznego naśnieżania Laworty.
70-100
tys. zł Tyle należy zapłacić za nową armatkę śnieżną.
800
tys. zł Nawet tyle trzeba wydać na nowy ratrak.
35
tys. zł Taka jest cena nowego skutera śnieżnego.
