Nie bałbym się używać polskiej soli

opublikowano: 27-05-2013, 00:00

PKN Orlen powinien inwestować. Czy powinien zostać w Czechach? „To zależy”. Prezydent Milosz Zeman o polsko-czeskich punktach zapalnych

Milosz Zeman jest od marca prezydentem Republiki Czeskiej. Innym niż poprzednicy. Czesi po raz pierwszy w historii wybrali głowę państwa w wyborach bezpośrednich, co zmienia układ sił na ich scenie politycznej. Z systemu kanclerskiego, w którym kluczową rolę odgrywają premier i parlament, mogą teraz pójść w kierunku systemu półprezydenckiego. Tak swoją rolę widzi zresztą Milosz Zeman. W kampanii wyborczej z pasją debatował na tematy europejskie i gospodarcze, a czeskie media konstatowały, że bez wątpienia chodzi mu nie o wybory prezydenckie, lecz o wybory „głowy państwa”. To socjaldemokrata, aktywny w polityce od... zawsze. Zadebiutował w 1968 r., wstępując do Komunistycznej Partii Czechosłowacji, z której po dwóch latach został wykluczony za niezależne poglądy. Premierem Czech był od 1998 do 2002 r. (w Polsce rządy sprawował wtedy Jerzy Buzek, a następnie Leszek Miller). O Polsce mówił niedawno, że to, po Słowacji, drugim najbliższy mu kraj. O gospodarce — że konieczna jest zmiana kursu i promowanie inwestycji. W rozmowie z „PB”, przeprowadzonej w trakcie pierwszej oficjalnej wizyty w Polsce, prezydent mówi m.in. o czeskich problemach PKN Orlen. Jest tu i zarzut zamknięcia jednej z rafinerii, i wola rozmawiania, a w tle wciąż wisi wymóg prowadzenia inwestycji. Pytany o przyszłość inwestycji PKN Orlen w Czechach, odpowiada: „To zależy”. Będzie się działo. Mówi też o napięciach wokół polskiej żywności, bagatelizując problem. Z ekscytacją zachęca natomiast do poparcia pomysłu przyłączenia giełdy w Pradze do giełdy warszawskiej. „Bo nasza giełda to po prostu katastrofa” — powtarza. Jest o czym rozmawiać.

Magdalena Graniszewska

„PB”: Jakie miejsce ma gospodarka na liście priorytetów pierwszej czeskiej głowy państwa wybranej w wyborach bezpośrednich?

Milosz Zeman: Nawet gdybym był marksistą, nie redukowałbym wszystkich problemów tylko do gospodarki. Gospodarka jest jednak niezbędna do poprawy standardu życia obywateli. A ten standard można poprawić na dwa sposoby: albo złożyć mnóstwo obietnic, albo inwestować i ograniczać konsumpcję. To inwestycje zwiększają produktywność pracy, a w efekcie konsumpcję. Dla mnie, prezydenta wybranego bezpośrednio przez obywateli, gospodarka to temat zdecydowanie prezydencki. Mam swoje pięć lat i nie zależę dziś ani od parlamentu, ani od partii. Doskonale rozumiem, że wszystkim politykom zależy na przyciągnięciu wyborców. Niech będzie więc w kraju przynajmniej jeden polityk wspierający inwestycje.

Jak pan zatem postrzega nasze relacje gospodarcze? Czy Polska i Republika Czeska są partnerami, czy raczej rywalizują np. o pozyskiwanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych?

Naszą współpracę gospodarczą widzę dwupoziomowo. Po pierwsze, mamy wymianę towarów i usług, w której Czechy są dosyć bierne, ale to normalne. Po drugie, mamy bezpośrednie inwestycje. I te nie są tak satysfakcjonujące. Udział Polski w całkowitych bezpośrednich inwestycjach w Republice Czeskiej to tylko 2,5 proc. Nic więcej. To oznacza niewykorzystany potencjał, dlatego tutaj jestem. W każdym kraju mamy ograniczoną liczbę przedsiębiorców i przedsięwzięć, które odniosły sukces. Zatem jeśli mamy już taki sukces, importujmy go lub eksportujmy. Uważam, że handel udanymi przedsięwzięciami to kluczowy element współpracy gospodarczej. W przypadku Polski przykładem takiego sukcesu jest niewątpliwie PKN Orlen, a w przypadku Czech — CEZ, silna i efektywna czeska firma energetyczna.

Skoro już jesteśmy przy Orlenie — wokół tej firmy pojawiło się w Czechach dużo napięć. Media donoszą, że politycy uważają sprzedaż Unipetrolu Orlenowi przed kilkoma laty za błąd, a Martin Kuba, minister przemysłu, wspomina regularnie o pomyśle renacjonalizacji Unipetrolu. Jak pan postrzega tę sprawę?

Oczywiście, są problemy. Należy podkreślić, że PKN Orlen wstrzymał produkcję w rafinerii Paramo koło Pardubic, a jeśli jakakolwiek firma zagraniczna wstrzymuje produkcję, to konsekwencją są zawsze negatywne reakcje. Z drugiej strony sądzę, że to po prostu problem negocjacyjny. Szukajmy rozwiązania, które będzie wygraną dla obu stron. W przeciwnym wypadku może być obustronna przegrana. Takie jest ryzyko biznesowe. Zatem zgadzam się z ministrem Kubą, że mamy pewne problemy, które zresztą obniżają międzynarodowy prestiż PKN Orlen. Całe życie byłem jednak optymistą, a mój optymizm dotyczy też tego problemu.

Czy pana zdaniem PKN Orlen powinien dalej prowadzić biznes w Czechach?

To zależy. Zawsze trzeba mieć dobry i długoterminowy biznesplan. Mógłbym tu nawiązać do mojej krytyki wygłaszanej niegdyś pod adresem innych firm działających w Czechach, choć nie chciałbym Orlenu do nich porównywać. Otóż zdarzyło się, że nazwałem przedstawicieli rosyjskich i amerykańskich firm, np. Boeinga, leniwymi i głupimi facetami. Nie chcieli inwestować, co zaowocowało wymianą zarządów tych firm w Czechach. Ale to było wtedy, kiedy byłem premierem. Prezydent ma mniejsze pole do wywierania presji.

Czego by pan zatem oczekiwał od polskich inwestorów?

Moje przesłanie jest jednakowe dla wszystkich. Inwestujcie w Czechach. Mamy wykwalifikowaną i relatywnie tanią siłę roboczą, dobrą infrastrukturę, ładny krajobraz i mnóstwo innych komparatywnych przewag. Zresztą spójrzcie na Słowację. Ma około 5 proc. udziału we wszystkich inwestycjach zagranicznych w Czechach, czyli dwa razy więcej niż Polska. Są tam skuteczni przedsiębiorcy, którzy kupują zakłady w Czechach, zwiększają produkcję i zwiększają zyski. Jestem przekonany, że w Polsce tacy też by się znaleźli.

Czy Polska jest wystarczająco otwarta na czeskie inwestycje?

Oczywiście, że tak. Mam tu kilka dobrych przykładów naszych przedsięwzięć w Polsce. CEZ ma bogate plany inwestycyjne, ponadto pracujemy nad projektem kanału wodnego Dunaj — Odra, a także połączenia kolejowego Katowice — Bohumin i autostrady do Wrocławia. Jest też projekt firmy Tatra, która wspólnie z polskim partnerem zamierza produkować ciężarówki dla polskiej armii.

Republika Czeska to dla Polski trzeci rynek eksportowy. Wyprzedzacie Hiszpanię czy Francję. Ale jeśli chodzi o import, Czechy mają szóste miejsce. Czy to odczuwalna nierównowaga?

Nie potrzebujemy równowagi w krótkim okresie, tylko w długim. Zresztą, jeśli weźmiemy pod uwagę naszą wymianę z całą strefą euro, to w istocie mamy nadwyżki. Problemem jest natomiast bilans wymiany z Rosją i Chinami. Ale sądzę, że Polska ma podobne problemy.

Czy widzi pan nowe obszary, w których moglibyśmy rozwijać współpracę?

Mam nowy pomysł. Może zabrzmi dziwnie, ale może da też tak pożądany efekt obustronnej wygranej. W trakcie kolacji z prezydentem Bronisławem Komorowskim zaproponowałem połączenie czeskiej giełdy papierów wartościowych w Pradze z parkietem w Warszawie. Cóż, warszawska giełda odnosi sukcesy w regionie, tymczasem nasza jest katastrofą. Spodziewam się, że zostanę silnie skrytykowany w Czechach. Ale, cytując Cromwella, „in the name of God, go for it”. Stwórzcie wspólnie silną giełdę środkowoeuropejską, która będzie silniejsza od wiedeńskiej.

Znakomity pomysł.

Usłyszałbym pewnie z waszej strony protesty, gdyby moja propozycja zakładała transakcję w drugą stronę, czyli przyłączenie Warszawy do Pragi. Ale tego nie proponuję.

Jakie są szanse, że czeski rząd poprze ten pomysł?

Jeszcze nie wiem. Przedyskutuję z nim ten problem. Ale kiedy przyglądam się wynikom praskiej giełdy, to powtarzam — to po prostu katastrofa.

Były też ostatnio napięcia wokół polskiej żywności. Uważa pan to za prawdziwy problem czy zwykłą walkę konkurencyjną?

Obawiam się, że to przesadzony problem. Z jednej strony, wyobraźmy sobie, że do Czech płynie tanie i dobre jedzenie z Polski. W takim przypadku nie pojawiłby się żadenartykuł w prasie. Cisza. Ale z drugiej strony, czasem występują komplikacje, a czescy dziennikarze bardzo lubią je przerysowywać. Nawet nie poruszyłem tego tematu w rozmowach z polskimi politykami. Powiedziałem tylko, że nie miałbym problemu z używaniem polskiej soli do posiłku.

Kiedy Republika Czeska wejdzie do strefy euro?

Marek Belka stwierdził, że Czechy są lepiej przygotowane do wejścia do strefy euro niż Polska. Miło to usłyszeć od tak znanego ekonomisty. Podzielam jego opinię. Widzę nas w strefie euro w horyzoncie pięciu lat. Moi przeciwnicy wskazują raczej na siedem, co jest w zasadzie minimalną różnicą. Oczywiście nie biorę tu pod uwagę tych, którzy uważają, że za pięć lat euro już w ogóle nie będzie.

Kłopoty Unipetrolu

Czeskie problemy PKN Orlen ciągną się od lat, a od miesięcy mają formę otwartego konfliktu. Po jednej stronie są czescy politycy (m.in. Martin Kuba, minister przemysłu i handlu), którzy ostro i negatywnie oceniają sprzedaż przed ośmioma laty Unipetrolu na rzecz PKN Orlen. Uważają, że to był błąd, i zwracają uwagę na niskie inwestycje w rozwój i modernizację czeskich rafinerii. Promują pomysł konsolidacji i nacjonalizacji sektora petrochemicznego. Po drugiej stronie jest PKN Orlen, który skarży się na brak wsparcia czeskich władz, praktyki monopolistyczne czeskich państwowych kontrahentów, a także na rozbudowaną szarą strefę. PKN Orlen kupił czeskie aktywa kosztem 2,7 mld zł, zainwestował 4,2 mld zł, a w latach 2005-11 zasilił budżet naszego południowego sąsiada kwotą 9,5 mld zł.

Praskie podchody GPW

Choć prezydent Czech zaproponował nam przejęcie giełdy w Pradze, to nie on będzie o tym decydować. W 2008 r. czeski skarb państwa sprzedał przecież ten parkiet giełdzie wiedeńskiej. Warszawa też wówczas startowała do tej transakcji, ale bez powodzenia. Wygląda na to, że czeskie władze nie są zadowolone z rozwoju praskiej giełdy. W porównaniu do warszawskiej, jest niewielka. Na naszym parkiecie notowanych jest ponad 400 spółek, których kapitalizacja wynosi ponad 180 mld euro, natomiast na giełdzie w Czechach ok. 30 spółek o kapitalizacji 28 mld euro. Zresztą, czeskie spółki notowane są często na innych giełdach, np. w Wiedniu, kilka również w Warszawie. Zresztą od kwietnia warszawska GPW rozmawia z giełdą wiedeńską, która ma też w grupie parkiet w Budapeszcie i Lublanie. Rozmowy mogą doprowadzić do fuzji.

Polska żywność na czeskiej ziemi

Polscy spożywcy od kilku miesięcy alarmują, że w czeskich mediach prowadzona jest negatywna kampania przeciwko ich produktom. Jakub Sebesta, tamtejszy Główny Inspektor Inspekcji Rolno-Spożywczej, miał powiedzieć m.in.: „jak przeczytam na etykiecie, z czego jest polski artykuł wyprodukowany, staram się go omijać”. Czesi wciąż wypominają Polakom aferę z solą wypadową, kwestionowali też bezpieczeństwo polskich słodyczy. Jednocześnie sami wywołali wielką burzę skażonym alkoholem, który dotarł również do Polski. Czechy to trzeci rynek zbytu dla polskiej żywności. Wartość importu z Polski wyniosła w 2012 r. 868 mln EUR (dane Czeskiego Urzędu Statystycznego), co oznacza wzrost o 7,6 proc. Wśród zagranicznych dostawców na czeski rynek wyprzedzają nas tylko Niemcy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Siemieniec, Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy