O zwalczaniu ubóstwa i o podatku Tobina

Stanisław Albinowski
15-02-2002, 00:00

Pożywką terroryzmu jest nędza, a najlepsza recepta na zwalczanie światowego ubóstwa to liberalizacja handlu i wzrost gospodarczy — twierdzono podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Nowym Jorku. Wbrew pozorom recepta ta jest wątpliwej jakości. Nikt wprawdzie nie przeczy, że rozwój ekonomiczny stanowi warunek wzrostu dobrobytu, ale jest to tylko warunek konieczny, a nie — wystarczający. Przemilczanie tej oczywistości prowadzi do świadomego fałszu. W przypadku krajów słabo rozwiniętych trzeba by ponadto określić, jakie bariery i hamulce muszą być najpierw usunięte, jakim kosztem i przez kogo.

Samo pojęcie ubóstwa jest zresztą pojęciem względnym, co trzeba mieć na uwadze przy lekturze analiz i prognoz Banku Światowego na ten temat. Dla tzw. Trzeciego Świata granica ubóstwa została ustalona na poziomie dochodu poniżej 2 USD dziennie na osobę, natomiast w USA granicę tę wyznacza ostatnio dochód 23 USD dziennie na osobę samotną (8500 USD rocznie). Nawet uwzględnienie różnic w sile nabywczej dolara nie zdoła zaćmić hipokryzji globalistów, rozprawiających o „wspólnej przyszłości świata”.

Wyższe tempo wzrostu gospodarczego wcale jednak nie zapewnia likwidacji ubóstwa. W ostatnim ćwierćwieczu kraje o niskim dochodzie osiągnęły 2,5-krotny wzrost PKB na jednego mieszkańca, a kraje bogate — tylko o 61 proc. Ale to „tylko” oznaczało przyrost po 430 USD rocznie dla 900 mln ludzi, podczas gdy 3,5 miliardom ludzi dynamika wyższa czterokrotnie przyniosła zaledwie po 40 USD rocznie. W minionej dekadzie, mimo osiągnięcia przez kraje rozwijające się znacznie większej — niż uprzemysłowione — dynamiki PKB (patrz wykres poniżej), liczba ludzi wegetujących — poza Chinami — poniżej granicy ubóstwa (2 USD dziennie) nawet wzrosła z 1,9 mld do 2,16 mld. Dane tabeli powyżej ukazują problem także w perspektywie roku 2015.

W warunkach obecnego ładu rynkowego całkowicie fałszywe jest również twierdzenie, że liberalizacja handlu pomoże krajom słabo rozwiniętym wydźwignąć się z zacofania gospodarczego. W książce „Bogactwo i nędza narodów” (PAN, 1996) przedstawiłem uzasadnienie tezy przeciwnej: struktura handlu z państwami przemysłowymi jest jednym z głównych czynników ograniczających możliwości rozwojowe tzw. Trzeciego Świata. Główną rolę odgrywają tu wciąż pogarszające się terms of trade (warunki handlu), liczone jako relacja przyrostowa cen eksportowych do importowych. W latach 1983-92 (by nie cofać się głębiej) wskaźnik ten spadał średniorocznie aż o 3,2 proc. Co te procenty znaczą w praktyce, może świadczyć przykład jednego tylko roku 1986, w którym na pogorszeniu swoich terms of trade o 6,6 proc. kraje rozwijające się straciły 91 mld USD — prawie trzy razy więcej od całej oficjalnej pomocy rozwojowej ze strony państw bogatych.

Pogarszanie warunków handlu wzmaga drenaż kapitałowy krajów słabo rozwiniętych, których zadłużenie zagraniczne osiągnęło w 2000 r. astronomiczną kwotę 2200 miliardów USD, a obsługa długu sięga 350 mld USD rocznie, przekraczając dwukrotnie zagraniczne inwestycje bezpośrednie. Nastąpiło więc odwrócenie strumieni zasobów, co pogłębia degradację gospodarczą niemal całego Południa naszego globu.

Istotna co do rozmiarów redukcja światowego ubóstwa wymaga jednak nie tylko powstrzymania drenażu ekonomicznego krajów słabo rozwiniętych, ale i uruchomienia w nich procesów samoczynnego wzrostu. Sam pieniądz tu oczywiście nie wystarczy, lecz bez odpowiednich funduszy proces ten nie zostanie nawet rozpoczęty.

Żadne gremium polityczne lub ekonomiczne bogatego Zachodu nie wystąpiło dotąd z inicjatywą finansowania niezbędnego procesu sanacji w całej gospodarce, a nie tylko w krajach o niskim dochodzie. Tu nie chodzi o żadną akcję charytatywną. W warunkach wciąż pogłębiających się dysproporcji, funkcjonowanie gospodarki światowej musi trafiać na rosnące trudności, których wyrazem są po roku 1993 kolejne kryzysy: meksykański, rosyjski, tajlandzki, brazylijski, koreański, a teraz — ponownie argentyński. Elity bogatych państw najwyraźniej nie chcą dostrzegać związków między tymi wszystkimi wydarzeniami a destrukcją strukturalną w skali globalnej. Patrząc z tej perspektywy, receptę globalizacji można by porównać do próby wypędzania czarta przez Belzebuba.

W tej sytuacji przeciwnicy globalizacji, utożsamiani fałszywie, lecz celowo z grupami lewackich awanturników, sięgnęli już w 1997 r. do projektu „podatku Tobina”. Jego autor, James Tobin, profesor Yale University (Nobel z ekonomii w roku 1981) zaproponował w 1972 r. opodatkowanie transakcji dewizowych na poziomie od 0,1 do 0,5 procenta. Obroty giełd dewizowych sięgają już 1,5 biliona USD dziennie, podczas gdy wartość światowego eksportu w ciągu roku wynosi niecałe 8 bln USD. Transakcje na giełdach dewizowych mają niemal w całości charakter spekulacyjny („Round Trip Financial Flows” — zwrot kapitału i zysku w ciągu 7 dni). Propozycja Tobina miała — przez stabilizację rynku — zapobiegać kryzysom finansowym.

Podatek ten, wysokości 1 promila, dawałby w każdym giełdowym dniu 1,5 mld USD, czyli około 375 miliardów rocznie! Nic dziwnego, że projekt był ciągle torpedowany, ale też zrozumiałe, dlaczego do jego wprowadzenia dąży teraz ruch sprzeciwu. „Attac” to skrót francuskiej nazwy „Stowarzyszenie na rzecz podatku od transakcji finansowych w interesie obywateli” — organizacji założonej w Paryżu, ale liczącej już 55 tys. członków w 30 krajach. Podczas Światowego Forum Społecznego w Porto Alegre „Attac” przedstawił program, w myśl którego jednym z głównych narzędzi naprawy gospodarki świata ma być właśnie podatek Tobina.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Stanisław Albinowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / O zwalczaniu ubóstwa i o podatku Tobina