Polacy muszą uwierzyć, że wzrost jest możliwy

Tomasz Sanpruch
14-10-2002, 00:00

Bądźcie optymistami — mówi Steve Gilmore, ekonomista banku Morgan Stanley odpowiedzialny za Polskę. I dodaje, że założony przez rząd poziom wzrostu jest bardzo optymistyczny, co nie znaczy, że niewykonalny.

„Puls Biznesu”: Rząd zaakceptował projekt budżetu na przyszły rok. Główna krytyka projektu dotyczy tego, że założenie 3,5-proc. wzrostu jest zbyt optymistyczne.

Steve Gilmore: Założony przez rząd poziom wzrostu gospodarczego w 2003 r. jest bardzo optymistyczny, co nie znaczy jednak, że niewykonalny. Aczkolwiek nasza prognoza jest inna. Rząd zakłada 3,5 proc., my zaś prognozujemy 2,8 proc. Trzeba jednak pamiętać, że nasi analitycy obniżyli prognozowany wzrost gospodarczy dla Unii Europejskiej do 1,5 proc. Jeżeli zaś chodzi o inflację, to można powiedzieć, że nasze przewidywania są bardzo zbliżone do założeń Ministerstwa Finansów.

W jakich warunkach rządowe założenia wzrostu PKB mogą być zrealizowane?

— Jest kilka kluczowych czynników. Po pierwsze, jeśli wzrost gospodarczy w krajach Unii Europejskiej okaże się większy niż obecnie oczekujemy. Po drugie, jeśli kurs złotego okaże się znacząco słabszy niż oczekujemy. Po trzecie, jeśli inwestycje Polskich przedsiębiorstw wzrosną szybciej niż oczekujemy. I po czwarte, i chyba najważniejsze, jeśli konsumpcja polskich gospodarstw domowych będzie rosła szybciej.

Ostatecznie w projekcie budżetu zakłada się wzrost wydatków większy, niż rząd planował wcześniej. Jakie wydatki rząd powinien ciąć?

— A kto powiedział, że jakieś powinien? Ogólna suma wydatków budżetowych nie powinna być redukowana. Wzrost wydatków w budżecie na 2003 r. nie jest wcale taki znaczący. Dodatkowe wydatki rzędu 1-2 mld zł w porównaniu z budżetem na 2002 r. w całkowitym kontekście są praktycznie niewidoczne. Należy pamiętać, że w tegorocznym budżecie ograniczenia wydatków były bardzo znaczące.

To gdzie rząd ma szukać nowych wpływów do budżetu?

— A dlaczego rząd powinien zwiększać dochody? Przecież zwiększanie dochodów odbiera środki finansowe od sektora prywatnego. Pańskie pytanie wynika z tego, że uważa pan, iż deficyt budżetowy jest zbyt duży. Patrzy pan na jego wysokość w kontekście celu obniżenia deficytu do 3 proc. PKB w 2005 r., aby wypełnić kryteria traktatu z Maastricht. Mnie osobiście podobała się strategia prof. Belki polegająca na ustabilizowaniu wydatków na podstawie reguły „inflacja + 1 proc.”. To oznaczało, iż deficyt budżetowy stawał się bezpośrednią funkcją wzrostu gospodarczego, czyli deficyt spadałby, jeśli dynamika wzrostu gospodarczego by rosła. Minister Kołodko lekko poluzował tę zasadę, ale wydatki nie wzrosną szybciej, niż wyniesie nominalny wzrost PKB. Moim zdaniem reguła „inflacja + 1 proc.” była bardzo dobra w warunkach niskiego wzrostu gospodarczego. Jednak obecnie, w warunkach przyspieszenia wzrostu, ma sens lekkie poluzowanie tej reguły.

W 2003 r. Skarb Państwa chce uzyskać z prywatyzacji ponad 9 mld zł. W tym roku założenia też były ambitne, ale się nie udało. Myśli Pan, że znajdą się inwestorzy zainteresowani Polską?

— Są i będą firmy zainteresowane inwestycjami w Polsce. Inwestycje będą rosły wraz z polepszaniem stanu infrastruktury w kraju. Istotne jest, aby nie przerywać i nie odwlekać prywatyzacji w oczekiwaniu na lepsze czasy. Były przypadki krajów, które odwlekały prywatyzację np. sektora telekomunikacyjnego, oczekując wzrostu cen tego typu aktywów. Teraz jest jasne, że wyszły na tym bardzo źle. Najważniejszym celem prywatyzacji powinna być jak najszybsza restrukturyzacja przedsiębiorstw i gospodarki, a nie jedynie zwiększenie przychodów Skarbu Państwa.

Co może zatem zrobić rząd, by zwiększyć rozwój polskich firm?

— Poprawiać prawo i redukować przeszkody administracyjne.

No to akurat to rządowi idzie najgorzej. Czy w związku z tym możemy być optymistami?

— Myślę, że będzie lepiej. Powoli Polska powinna przełamywać fatum spowolnienia gospodarczego. Nie należy zapominać o tym, ze w latach 90. polska gospodarka szybko się rozwijała. To tylko ostatnie dwa lata dały pewne spowolnienie. Nie zapominajmy również, że długookresowy trend jest wciąż bardzo pozytywny. Uważam, że Polacy są zbyt dużymi pesymistami. W końcu zredukowaliście inflację, a za to trzeba było zapłacić. Moim zdaniem, cena — chwilowe zwolnienie wzrostu gospodarczego — nie jest zbyt wysoka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Sanpruch

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Polacy muszą uwierzyć, że wzrost jest możliwy