Politycy szkodzą polskiej miedzi

Pochłopień Jacek, Markiewicz Tadeusz
22-10-1999, 00:00

POLITYCY SZKODZĄ POLSKIEJ MIEDZI

PŁACĄ ZA DYSTANS: Nie mogę działać w biznesie, bo jestem związany zapisami kontraktu menedżerskiego. Tak się złożyło, że Polska Miedź płaci mi, ale nie korzysta z moich doświadczeń. Wszystko, czego oczekuje ode mnie zarząd KGHM, to to, żebym się nie zbliżał do spółki.

Stanisław Siewierski, odwołany w marcu prezes KGHM Polska Miedź, odpiera zarzuty, że inwestycja w złoża rud miedzi w Kongo jest nietrafiona. Jego zdaniem, ewentualne wycofanie z tego terenu byłoby porażką firmy, która musi rozpocząć światowe poszukiwania surowców. Dodaje, że celem nowego prezesa powinno być odpolitycznienie spółki. Takich działań odwołany szef Polskiej Miedzi jednak nie zauważa.

„Puls Biznesu”: Na początku października prokuratura w Legnicy wszczęła śledztwo w sprawie zawarcia kontraktu na zakup złoża rudy miedzi i kobaltu w Kongo przez dawny zarząd KGHM? Czy boi się Pan, że trafi do więzienia?

Stanisław Siewierski: To jakiś absurd. Mówi się, że inwestycja kongijska spowodowała 30 mln dolarów strat (wg aktualnego kursu 123 mln zł). Jest to liczba wzięta z sufitu. Kiedy odchodziłem z firmy, w Kongo uruchomiliśmy produkcję na małą skalę. Mimo że inwestycja jest nie dokończona, to działalność dawała przychody, które pokrywały bieżące koszty. Tak traktując sprawę, te straty nie mogłyby być większe niż dwa-trzy miliony dolarów. Podejrzewam, że te 30 mln dolarów to sumowanie wszystkich wydatków inwestycyjnych, które zostały poniesione w Kongo. W takiej sytuacji mam prawo przypuszczać, że nowy zarząd nie ma zamiaru kontynuować tej inwestycji. Tymczasem każda inwestycja, która zostanie przerwana, musi zakończyć się stratami.

— Przyznaje Pan jednak, że na tym etapie są straty. Co zrobić, by je zniwelować?

— Dalej uważam, że jest to inwestycja trafiona. Trzeba tylko postawić drugi krok, czyli dokończyć inwestycje w zakresie przerobu rudy — bardzo bogatej i bardzo atrakcyjnej. Znaleźliśmy bowiem rudę tlenkową, która nie wymaga skomplikowanego przerobu w instalacjach hutniczych. Wystarczy zastosować metody chemiczne (tzw. ługowanie), które są bardzo tanie. Ci, którzy się na nie decydują, mają koszty wytworzenia miedzi nie przekraczające 1000 dolarów. Problem w tym, że na świecie nie ma wielu złóż tlenkowych. W kongijskim złożu mamy 1 proc. zawartości kobaltu i 4 proc. miedzi. W Polsce wydobywamy miedź o zawartości, daj Boże zawsze, dwóch procent. Z tych powodów twierdzę, że kongijskie zasoby gwarantują możliwość zakończenia tego projektu z wynikiem pozytywnym.

— Ale mówi się o tym, że złoże Kimpe jest za małe!

— To jest kolejny absurd. Gdzie jak gdzie, ale w Kongo złóż nie brakuje. Nie mogliśmy wykupić całego Konga. Chodziło o uruchomienie działalności i naukę poruszania się po tym terenie. Zostawiłem nowemu prezesowi masę ofert w zakresie dalszych poszukiwań, na które nadszedłby czas w momencie rozpoczęcia przerobu. Polska Miedź na poszukiwanie złóż, czyli zabezpieczenie sobie surowca w przyszłości, powinna wydawać rocznie około 50 mln dolarów. Firma jest w tym zakresie opóźniona, ponieważ poza inwestycją w Kongo nie prowadzi dotąd żadnych prac poszukiwawczych. Zasoby krajowe KGHM Polska Miedź eksploatowane są już blisko 40 lat. Jeśli nie uda się Polskiej Miedzi zagospodarować w sposób opłacalny krajowych złóż leżących poniżej 1200 metrów, to spadek produkcji miedzi nastąpi już za kilka lat. Natomiast w tej chwili powinniśmy zabiegać o kolejne zagraniczne złoża.

— Czy nie uważa Pan jednak, że inwestycja w Kongo — uwzględniając brak stabilności politycznej — była i jest zbyt ryzykowna?

— Rzeczywiście, są to obszary o nieustabilizowanej jeszcze sytuacji politycznej. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jednak te kraje są biedne i potrzebują inwestorów. Zgoda na uruchomienie naszej działalności pochodziła od rządu prezydenta Mobutu. W momencie rewolucji i zmiany tego układu politycznego z dużą niepewnością patrzyłem na przyszłość tej inwestycji. Był taki okres, kiedy ściągnąłem całą załogę, a sam pojechałem do Afryki. Chciałem rozpoznać, jakie jest nastawienie nowych władz do inwestorów. Oceniałem, że niebezpieczeństwo nie istnieje, że są to ludzie odpowiedzialni. Mówi się o zagrożeniu politycznym, ale przecież ani za Mobutu, ani podczas rewolucji, ani za obecnego prezydenta Kabilii nigdy nam nie zajęto maszyn ani stamtąd nie wypędzano. Trzeba zainwestować nieduże kwoty: 50 mln USD, aby otrzymać produkt finalny. To jest malutka instalacja, bo w duże projekty inwestuje się pół miliarda dolarów.

— Mówi się jednak o tym, że kontrahenci, z którymi ówczesny zarząd KGHM podpisał kontrakt, nie wywiązali się z zobowiązań m.in. w materii umożliwienia przerobu rudy?

— Nie, to nieprawda. W umowie były zapisy, że w miarę rozwoju sytuacji będziemy przerabiać naszą rudę w istniejących w Kongo instalacjach. Tak też się dzieje do chwili obecnej. Jednak chcę przypomnieć, że po odkryciu, iż mamy do czynienia z rudami tlenkowymi, nie chcieliśmy ich marnować i przerabiać w procesie hutniczym. Nie traktowaliśmy inwestycji w Kongo jako jednorazowej, ale jako bazową. W przyszłości miał nastąpić drugi krok w postaci budowy instalacji. Dlaczego go nie ma? Albo istnieje życzenie polityczne, żeby przerwać tę inwestycję, albo jest to niekompetencja nowego zarządu.

— Jednak pojawiły się informacje, że obecny zarząd KGHM zamierza inwestować w Afryce.

— I tego właśnie nie rozumiem. Wiem, że w tej chwili jest rozpatrywany projekt Mufulira w Zam-bii. Uważałem, że jest on ostatni w kolejce do rozważenia. Są to bowiem instalacja hutnicza i kopalnia głębinowa. Tymczasem huty mamy w Polsce i pytam się, co będą robić, gdy na Dolnym Śląsku zabraknie surowca? Nie wiem, jakie przesłanki kierują panem prezesem Krzemińskim, żeby inwestować w tamtą instalację. Tym bardziej że nie tylko chodzi o zakup większościowego pakietu. To niczego nie załatwia. W tę instalację trzeba będzie sporo zainwestować, oceniam, że około 200 mln USD. Wracając do inwestycji kongijskiej, może ona przynieść straty tylko w takim wypadku, jeśli zostanie przerwana. Byłaby to przede wszystkim utrata przyszłych korzyści wynikających z perspektyw wydobycia tamtejszych rud. W świecie większość złóż jest już zajęta. Te o dużym potencjale występują już tylko w Kongo i krajach sąsiednich. Zresztą jeden projekt już przegraliśmy. Chodziło o roczną produkcję około 30 tys. ton niklu na Kubie. W tym przedsięwzięciu mogliśmy mieć zagwarantowane co najmniej 50 proc. udziałów. Po moim odwołaniu strona kubańska przestała z KGHM rozmawiać. Jest mi wiadomo, że ten projekt został kupiony przez innych inwestorów zagranicznych. Ubolewam, że nie ma tam Polskiej Miedzi.

— Odchodząc od kongijskiego tematu: ostatnio mają miejsce roszady udziałowców w Polkomtelu, w którym swój pakiet posiada także Polska Miedź. Od Stal- exportu akcje chce kupić Vodafone AirTouch. Czy KGHM powinien skorzystać z prawa pierwokupu?

— Uważam, że jest to bardzo dobra inwestycja KGHM. Polska Miedź nie miała doświadczeń w zakresie telefonii komórkowej. Byliśmy firmą spoza branży, postrzeganą jako prowincjonalna, a mimo to udało nam się stworzyć pozycję równorzędną z partnerami zagranicznymi w tym przedsięwzięciu. Perspektywa tego biznesu jest absolutnie opłacalna. Ale trzeba jeszcze zainwestować po to, żeby wartość tego przedsięwzięcia rosła. Wyjście z inwestycji byłoby stratą. Polska Miedź powinna co najmniej nie utracić parytetu udziałów, jaki posiada. Jeśli jest możliwość, to należy go wręcz zwiększyć.

— O ile Polkomtel to kura, która będzie znosić złote jaja, o tyle inwestycja w Telefonię Lokalną sprawia na razie kłopoty. Czy TL, żeby przetrwać na rynku, nie powinna — Pana zdaniem — pozyskać inwestora branżowego?

— Rzeczywiście martwię się o jej przyszłość. Na tym rynku nie może być tylu operatorów. Co do konsolidacji — miałem określone prace rozpoczęte i zaawansowane. Przekazałem ich wyniki panu prezesowi Krzemińskiemu, ale nie widzę ich kontynuacji. Decyzje powinny być podjęte bardzo szybko, jeżeli już nie jest za późno. Im później dokona się konsolidacji ze strategicznym operatorem, tym gorzej dla tego przedsięwzięcia.

— Dlaczego Państwo chcieli zaangażować się w TV Familijną?

— Do tego przedsięwzięcia byłem zapraszany od sierpnia ubiegłego roku. Nie odrzuciłem tego biznesu a priori, bo trzeba się każdemu projektowi przyjrzeć, zanim się zajmie jakieś stanowisko. Żeby ocenić atrakcyjność przedsięwzięcia, poprosiłem o przesłanie biznesplanu. Zakres materiałów, które otrzymałem, nie satysfakcjonował mnie i dlatego nie poddałem nawet tej kwestii pod obrady zarządu. To nie było przedsięwzięcie, w którym należałoby się znaleźć.

— Pod koniec listopada zostanie ogłoszona nowa strategia Polskiej Miedzi. Gdyby był Pan zewnętrznym doradcą, co by Pan zaproponował?

— Polska Miedź musi się odciąć od polityków i mieć własną wizję funkcjonowania. Prezes, który takiej wizji nie posiada, skazuje firmę na niepowodzenie, a co najmniej na tuptanie w miejscu. Szarpany przez polityków, którzy będą mu mówić, w co trzeba zainwestować i jakie mają być obsady kadrowe, nie będzie mógł dobrze sterować firmą. To ma wiedzieć zarząd. Prezes oczywiście może korzystać z doradztwa. Ale musi umieć słuchać, a jego decyzje powinny być autonomiczne i suwerenne. W tej chwili nie ma suwerennych decyzji. Dobrze się również orientuję, że w ramach zmian kadrowych powoływani są ludzie bez wiedzy merytorycznej, ludzie, których trzeba politycznie zagospodarować.

— A co do konkretnych posunięć na niwie biznesowej?

— Trzeba zadbać o podstawowy biznes, czyli produkcję miedzi i srebra. Potrzebne jest uporządkowanie kwestii dotyczących bazy surowcowej. Chodzi o możliwości opłacalnego zainwestowania w eksploatowanie złóż, zalegających poniżej 1200 metrów. Jest to sprawa zasadnicza, bo w innym wypadku za kilka lat KGHM znajdzie się w trudnej sytuacji, ponieważ niektóre kopalnie wejdą w fazę likwidacji. Druga sprawa — trzeba rozszerzyć wydobycie metali kolorowych. Trwały poszukiwania m.in. niklu i kobaltu. Trzecim filarem jest telekomunikacja. Wykorzystaliśmy szansę, jaką dały lata 90. Teraz jednak trzeba uważać, żeby nie zostać wypchniętym z tego biznesu. Czwarty obszar to prywatyzowanie podmiotów zależnych. W 1998 roku zostało sprywatyzowanych kilkanaście firm. W tej chwili panuje zastój. Poza tym nic się nie mówi o dalszej restrukturyzacji podmiotu podstawowego, jakim jest Polska Miedź.

— W jaki sposób KGHM powinien być prywatyzowany? Na miedziowym rynku dochodzi już do fuzji.

— Istnieje kilka możliwości. Pierwszy etap był właściwy. KGHM miał strategię i środki na rozwój, więc nie musiał posiadać inwestora strategicznego. Co do przyszłości: fuzje jak najbardziej wchodzą w grę, trzeba tylko starannie dobrać partnera. W okresie 1991-92 pracowałem z Western Mining nad stworzeniem spółki joint venture. Wtedy uważałem, że ułożenie z partnerem zagranicznym może być bardzo atrakcyjne. Chodzi o to, czy strategia przyszłego inwestora będzie gwarantowała wykorzystanie tego potencjału, który tkwi w tym regionie.

— Był Pan prezesem 4,5 roku. Co jest Pana największą porażką?

— To, że nie zdołałem zabezpieczyć firmy przed wpływami politycznymi. Kiedyś powiedziałem, że zrobię wszystko, żeby żaden polityk nie mógł ingerować w zarządzanie firmą. Udało mi się tylko częściowo. Nie było woli politycznej, by dokonać głębszej prywatyzacji KGHM.

— Ale z drugiej strony, nie unika Pan polityków. Czy to prawda, że wybiera się Pan na grudniowy zjazd SLD?

— Otrzymuję dużo zaproszeń i potwierdzam, że takie też dostałem. Wybieram się do Warszawy.

— Czy po zmianie układu politycznego zdecydowałby się Pan objąć ponownie stanowisko prezesa?

— To zależy, w jakim stanie będzie firma i jakie będą możliwości kierowania nią, czyli kształtowania jej przyszłości. W 1992 roku miałem propozycję objęcia sterów firmy. Odmówiłem, bo nie widziałem możliwości realizowania tej strategii, którą uważałem za najlepszą. Gdybym miał w przyszłości taką propozycję, to dla samego tylko bycia prezesem nie powiem: tak.

Jeden projekt już przegraliśmy. Chodziło o roczną produkcję około 30 tys. ton niklu na Kubie. W tym przedsięwzięciu mogliśmy mieć zagwarantowane co najmniej 50 proc. udziałów. Po moim odwołaniu strona kubańska przestała z KGHM rozmawiać. Jest mi wiadomo, że ten projekt został kupiony przez innych inwestorów zagranicznych. Ubolewam, że nie ma tam Polskiej Miedzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Pochłopień Jacek, Markiewicz Tadeusz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Politycy szkodzą polskiej miedzi