Prezydencki projekt podkopie kapitały banków

Tylko cztery duże banki po rozliczeniu się z frankowiczami będą mogły swobodnie rozwijać biznes. Pozostałym zabraknie kapitału

Prezydencki projekt ustawy frankowej tak czy owak oznacza katastrofę dla sektora, choć najnowsze obliczenia wskazują, że koszt konwersji kredytów walutowych będzie niższy, niż wydawało się przed weekendem. Wtedy analitycy szacowali go na 50-63 mld zł, wliczając w to zwrot spreadów walutowych. Wczoraj pisaliśmy w „PB”, że kalkulacje były błędne ze względu na wadę kalkulatora do obliczania tzw. kursu sprawiedliwego. Po właściwym skalibrowaniu Excela koszty ustawy frankowej istotnie zmalały.

Ipopema oszacowała je na 18 mld zł plus 10 mld zł na spready walutowe. Analitycy ING Securities wyliczyli, że prezydenckie rozwiązanie problemu frankowego będzie kosztowało banki 15 mld zł (konwersja kredytów) i 10 mld zł (spready). Opti Capital, spółce doradztwa finansowego, wyszło odpowiednio 16 mld zł i 10 mld zł.

Szczęśliwy rocznik 2008

Mniejszy koszt dla banków oznacza też mniejsze korzyści dla frankowiczów.

— Przewalutowanie korzystne jest właściwie tylko dla kredytów zaciągniętych w 2008 r. Konsumują one dwie trzecie profitów, jakie daje ustawa. Na w miarę dobry kurs sprawiedliwy mogą jeszcze liczyćniektórzy kredytobiorcy z rocznika 2007 i 2009. Dla kredytów zaciąganych wcześniej i później różnica między kursem sprawiedliwym i bieżącym jest na tyle mała, że konwersja długu na złote nie wydaje się atrakcyjnym rozwiązaniem — mówi Tomasz Bursa, partner w Opti Capital.

Według danych Komisji Nadzoru Finansowego, w 2008 r. kredyty walutowe zaciągnęło 191 tys. osób. Łącznie wszystkich zadłużonych w walutach obcych jest ponad 550 tys. Wszyscy frankowicze (oraz inni „walutowcy”) skorzystają na zwrocie spreadów zapłaconych w momencie zaciągnięcia kredytu i później przy płaceniu miesięcznej raty.

— Przyjmując założenie, że spread przy pierwszym przewalutowaniu wyniósł 3 proc., a przy obliczaniu raty 2 proc., koszt dla całego sektora bankowego z tytułu zwrotu pobranych opłat wyniesie ok. 10 mld zł — mówi Tomasz Bursa.

0 zł w Citi Handlowym

Koszty przewalutowania i spreadów rozkładają się nierównomiernie w całej branży. W najlepszej sytuacji znajdzie się Citi Handlowy, który zapłaci 0 zł, bo też nie ma w portfelu ani franka kredytu mieszkaniowego. Minimalne koszty poniósłby Alior Bank, ponieważ w jego bilansie portfel frankowy ma marginalne znaczenie (0,5 proc. portfela kredytowego).

Mały rachunek miałby do zapłacenia ING Bank Śląski, bo tylko 243 mln zł, przy czym w jego przypadku o konwersję wystąpiliby pewnie wszyscy kredytobiorcy. Bank wyszedł na rynek z walutową ofertą latem 2008 r., kiedy kurs franka notował historyczne minima. Pekao poniósłby 840 mln zł kosztów restrukturyzacji. Sam w walutach nie pożyczał, ale przejął portfel frankowy wraz z częścią Banku BPH. Suma spora, ale stanowiąca zaledwie 3,7 proc. kapitału banku. W przypadku BOŚ Banku koszt konwersji to 247 mln zł, czyli równowartość 16,1 proc. kapitału.

Pożegnanie z dywidendą

Tu dochodzimy do banków, dla których spłata frankowiczów stanowić będzie mocne uderzenie w zyski — wpędzając je na długie lata w straty — oraz w kapitały. W przypadku Millennium konwersja zadłużenia hipotecznego skonsumuje 52 proc. kapitału. W Banku BPH będzie to 44 proc., w Getinie 43 proc., a w Raiffeisenie 39 proc.

— Millennium, Bank BPH czy mBank, w przypadku którego koszty konwersji stanowić mogą 35 proc. kapitałów własnych, mają wysokie współczynniki wypłacalności, dzięki czemu prawdopodobnie nie musiałyby natychmiast szukać pieniędzy na dokapitalizowanie. Niemniej akcjonariusze na długie lata musieliby pożegnać się z dywidendą. Bez dokapitalizowania możliwości rozwoju biznesu byłyby też mocno ograniczone — mówi Tomasz Bursa. Spośród największych banków swobodę rozwijania akcji kredytowej zachowałyby właściwie tylko cztery banki: Pekao, ING BSK, Citi Handlowy i Alior. Pozostałe musiałyby szukać kapitału lub ograniczyć działalność.

W trudnej sytuacji znalazłby się PKO BP, który ma „na bilansie” około 23 proc. wszystkich kredytów frankowych. Bank jest na tyle duży i zyskowny, że jakoś poradzi sobie z kosztami przewalutowania i spreadów szacowanych w jego przypadku na około 5,4 mld zł. Stanowi to 18 proc. kapitałów PKO BP. Bank regularnie drenowany z zysku — dywidendę wypłacił nawet za kryzysowy 2008 r. — ma współczynnik wypłacalności na bezpiecznym poziomie, ale nie tak wysokim jak w Pekao i ING.

Udział w prezydenckiej akcji ratowania frankowiczów kosztowałby go stratę w pierwszym roku i odbiłby się na możliwości generowania zysku w kolejnych latach, a co za tym idzie — dzielenia się nim. Jednym z głównych beneficjentów był do tej pory główny akcjonariusz — skarb państwa. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu