Czytasz dzięki

Pudełka, które wybuchają prezentami

opublikowano: 23-10-2020, 11:09

Świeżo upieczony tata dostał pudełko zmieniające się w dziecinny pokoik. Nowożeńcy kochający podróże znaleźli w swoim rowery z kołami z guzików, a miłośnicy jeży – motywy ulubieńców. Prezent dla wychowawczyni okazał się klasą z biurkiem, tablicą i dziennikiem. Te małe dzieła sztuki, tzw. exploding box, wychodzą spod rąk Moniki Piotrowicz, na co dzień specjalistki w Compin Polska.

Moda na ręcznie robione, spersonalizowane prezenty utrzymuje się od kilku lat, jednak nie każdy znajduje w sobie pokłady cierpliwości, precyzję, zdolności plastyczne i techniczne podparte… poczuciem humoru. Monika Piotrowicz z wykształcenia jest magistrem inżynierem technologii produkcyjnych i zarządzania produkcją – ukończyła Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i Universite Jean-Moulin Lyon III we Francji. Pracuje jako specjalistka ds. jakości dostawców w firmie Compin Polska, produkującej fotele do pociągów, m.in. dla firm Bombardier, Newag i Siemens. Lubi tworzyć rękodzieło, nie boi się wyzwań technicznych. Jest mamą 10-letniego Stasia.– Pierwsze pudełko powstało trzy lata temu, szczerze mówiąc przez przypadek, podczas poszukiwań oryginalnego prezentu dla wyjątkowej osoby. Pomysł tak się spodobał znajomym, że zaczęli zamawiać kolejne. Dotąd powstało ponad 20, każde inne – wspomina Monika Piotrowicz. Po uniesieniu wieczka pudełko rozkłada się, ukazując zawartość i ozdobne ścianki. Mogą się w nim pojawić wyznania, życzenia, dekoracje z różnych materiałów, schowki na liściki… Te małe dzieła sztuki są tworzone z myślą o konkretnym odbiorcy. Żeby się nauczyć je konstruować, Monika Piotrowicz najpierw pracowicie przeglądała internet, szukając podpowiedzi co do materiałów, klejów, narzędzi, rozwiązań. Teraz głównie dopytuje o zainteresowania osób, dla których przeznaczony jest prezent, o motywy, po jakie warto sięgnąć, bo chodzi o to, by reakcją po zdjęciu wieczka było zaskoczenie i ciekawość, lecz najważniejsza ma być radość i chęć wypatrywania szczegółów.

Minipokoiki z tektury

W pudełku – pokoju dziecinnym są szafki, łóżeczko, maleńka kołyska, kalendarz z datą i zegar z godziną narodzin, a także miarka ze wzrostem maluszka. Na szafkach stoją maleńkie książeczki sklejone z papieru, nad kołyską wirują kolorowe gwiazdki, a imię dziewczynki składa się z liter przymocowanych do sześciennych klocków o bokach długości półtora centymetra.– Każdy przedmiot w pudełku jest wykonany z drewna lub papieru. Tylko nieliczne elementy kupuję w sklepie. Różne rzeczy dostarczają znajomi – wstążki, pióra, koraliki, niewykorzystany papier ozdobny, uznając, że u nas to się nie zmarnuje, lecz zostanie twórczo wykorzystane i dostanie drugie życie – twierdzi Monika Piotrowicz.Ze skrzynki po jabłkach powstał kiedyś prezent ślubny – pudełko ze schowkiem na wino, dwa kieliszki i różne rodzaje herbat podpisane: „Na wspólne poranki, na wspólne wieczory dla młodej pary”.– Znajomi ze mnie pokpiwają, że nie można mi dawać kobiecych prezentów, tylko techniczne, np. wypalarki. Na walentynki dostałam paczkę gwoździ. Były mi potrzebne do zrobienia pudełka, w którego podłogę były powbijane gwoździki, a między nimi poprzeplatane nitki, układające się we wzór pary młodej – mówi twórczyni.Pudełko przygotowane na zakończenie roku szkolnego wyglądało jak sala lekcyjna z biurkiem nauczycielki, na którym leżał dziennik klasy IVa. – Chciałam, żeby wyglądał jak prawdziwy, czyli był zrobiony ręcznie. To było wyzwanie wymagające użycia lupy, którą rzadko się posługuję, choć wykonuję maleńkie detale – wyjaśnia.

W codziennym użyciu jest pistolet do kleju na gorąco, są nożyczki, skalpele, masy plastyczne. Konstrukcja pudełka jest precyzyjnie wymierzoną siatką bryły z tektury falistej, a kolory i materiały użyte do ozdoby zależą od wnętrza pudełka i… humoru wykonawczyni.W pudełku przygotowanym z okazji perłowych godów wielbicieli mopsów znalazły się psy tej rasy – ich figurki autorka ulepiła z modeliny, podobnie jak wiosła kajakowe i narzędzia budowlane – jubilaci bardzo lubią kajaki i nie mogą się wyplątać z kolejnych remontów mieszkania. Całość wkomponowana jest w podświetlone rusztowanie niczym z maleńkiej budowy. Twórczyni mówi, że ogranicza nas tylko wyobraźnia i patrząc na pudełko dla fanki łódzkiego klubu piłkarskiego, które po otwarciu przekształca się mały stadion z piłkarzem trzymającym transparent „Sto lat”, można dojść do wniosku, że tak rzeczywiście jest.

Twórczość w czasach zarazy

Gdy pandemia wymusiła pracę zdalną, Monika Piotrowicz zyskała też więcej czasu na zorganizowanie pracowni i zajęcie się kolejnymi projektami. Zwykle spędzała w niej wieczory albo weekendy. Teraz wzrosła nieco liczba telefonów z pytaniami o oryginalne prezenty, bo wiele osób ograniczyło wychodzenie na zakupy, lecz – choć życie towarzyskie straciło rozpęd – potrzeba obdarowywania nie zmalała.Pudełko przygotowane z myślą o konkretnej osobie kosztuje 150-250 zł, w zależności od stopnia skomplikowania projektu. Monika Piotrowicz uważa, że jej czasochłonna pasja nigdy nie zmieni się w masową produkcję, choćby ze względów na wymagania technologiczne.– Wszystkie elementy są klejone, a klej musi wyschnąć w sposób naturalny, pod obciążeniem, żeby papier się nie pomarszczył, żeby nie porobiły się pęcherze – a to zajmuje dobę. Praca nad pudełkiem prowadzona wyłącznie popołudniami potrafi zająć trzy, cztery dni – wylicza twórczyni.To niejedyne rękodzieło, jakim się zajmuje – tworzy również ramki, biżuterię z sutaszu (technika wyrabiania ozdób z wykorzystaniem sznurków, kamieni i koralików), maluje obrazy. Wspólnie z partnerem Rafałem robią też meble z palet i skrzynek po owocach.Przez pandemię do pracowni powróciła stara maszyna babci, bo brak możliwości kupienia gotowych maseczek wymusił konieczność ich szycia. – Na początku uszyłam tylko dla najbliższych, ale szybko się okazało, że chętnych jest dużo więcej. Teraz cała półka w pracowni wypchana jest kolorowymi materiałami w jednorożce, słonie i motywy ludowe – mówi Monika Piotrowska.

Mimo tylu technik, które wykorzystuje, chciałaby kiedyś wrócić do szydełkowania.– Do tego jednak potrzebny jest czas, trzeba byłoby znów wyćwiczyć ręce, by wrócić do wprawy, a tego czasu coraz bardziej brakuje – twierdzi właścicielka pracowni.W wielu miejscach jej mieszkania, pracowni i w pracach powtarza się motyw królika. W pudełku będącym dziecinnym pokojem siedzi figurka królika, w innych bywały obrazki z królikami albo królicze uszy. To zasługa królika Carmela, którego żartobliwie nazywa kustoszem pracowni, gdyż tam stoi jego klatka i dwupiętrowe mieszkanko ze skrzynek po jabłkach. – Poprzednia właścicielka próbowała wyrzucić królika na ulicę, więc go przygarnęliśmy. Okazało się, że to była bardzo dobra decyzja, nie spodziewaliśmy się, że królik może zachowywać się jak pies – łasi się, siedzi mi na kolanach, gdy coś robię, albo kica po pracowni, próbując ukraść każdą rzecz, która spadnie na podłogę. Uznaliśmy, że jeśli pracuję na jego terenie, niech i on ma udziały w firmie – żartuje Monika Piotrowicz.Nazwa pracowni Caramel’s Studio najpierw była żartem. Potem jednak powstał fanpage na Facebooku i logo marki zaprojektowane przez Justynę Torbicką. Jest w nim oczywiście królik. – Królik przynosi szczęście i poprawia humor, a w dodatku inspiruje. Tego nam dzisiaj bardzo potrzeba – podkreśla właścicielka Carmela.

Zdjęcia: Krzysztof Jarczewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Polecane