Sojusznicy z wyboru

EWA WOYDYŁŁO
opublikowano: 25-05-2007, 00:00

Pierwszym krokiem do rozwodu jest ślub — mawiała Zsa Zsa Gabor, hollywoodzka „diva”, znana z ciętego języka i dwucyfrowej bodajże liczby małżeństw.

To żart. Ale dla prawie jednej trzeciej naszych małżeństw — smutna prawda. Co zrobić, by małżonkom nie chciało się ze sobą rozstawać? Dlaczego trwałe pary wiele lat po ślubie nadal się kochają? Kiedy inne związki rozbijają się o życiowe rafy, im udaje się przetrwać kryzysy. Jaki jest sekret szczęśliwych małżeństw?

Z cudzego przypadku

Patrząc na parę ludzi, którzy przeżyli razem lata, a mimo to są wciąż sobą zainteresowani, odruchowo idealizujemy: „Dobrali się jak w korcu maku. We wszystkim się zgadzają, nie kłócą, nie zdradzają. Tylko pozazdrościć!”. Na ogół z góry zakładamy, że tak było zawsze. Tymczasem nie musiało. Małżonkowie mogą stopniowo nauczyć się dobrego wspólnego życia, wychodząc z każdej kolejnej próby bliżsi sobie.

Ludzi naprawdę szczęśliwych więcej jest wśród długoletnich par niż wśród młodych małżeństw. Stają mi przed oczami znajome stadła, od których emanuje przyjaźń, życzliwość, poczucie humoru. I coś nieuchwytnego, co sprawia, że się czuje, iż najpierw ludzie ci są ze sobą, a dopiero potem z resztą świata. Może to lojalność? Więź duchowa? Przywiązanie?

Miarą jakości związku są często konflikty, wynikające z pretensji, urazy lub niezadowolenia. Takie sytuacje zdarzają się w każdym związku. Niedojrzałe małżeństwo pod wpływem stresu zaczyna skakać sobie do oczu, boleśnie krzywdzić. Jak dwie wrogie armie na froncie.

W dobrym małżeństwie w chwilach niezgody partnerzy odnoszą się do siebie jak sojusznicy: pragną rozwiązać konflikt, nie tracąc przy tym partnera. Spierają się, domagają zmiany postępowania, używając takich słów i gestów, które świadczą, iż najbardziej zależy im na tym, by pozostać razem. Poróżnieni małżonkowie nie toczą sporu o osobiste zwycięstwo, lecz o zwycięstwo ich związku.

Autodiagnoza

Proponuję autodiagnozę. Proszę ocenić swój związek w skali od 0 do 5 według takich oto kryteriów:

0. Nasz związek jest zimny, nie lubimy się. Nie mamy wspólnych zainteresowań, często spędzamy czas osobno. Nie ufamy sobie, nie rozmawiamy za wiele, ciąży nam wspólne życie. Najchętniej byśmy się z niego wyzwolili.

1. Wytykamy sobie wady, kłócimy się przy lada okazji. Wypominamy partnerowi krzywdy z przeszłości. Zwalczamy jego poglądy. Ale jesteśmy przyzwyczajeni do zajmowania się sobą w ten negatywny sposób i na razie nie chcemy się rozstawać.

2. Nie lubimy u siebie nawzajem kilku cech, co przeszkadza nam doceniać zalety partnera. Wzajemna krytyka weszła nam w nawyk. Ale w małżeństwie bywają i miłe okresy, jak wspólne wakacje lub przedsięwzięcia (np. remont mieszkania lub zajmowanie się dziećmi).

3. Denerwują nas niektóre zachowania u partnera. Czasem się kłócimy. Planujemy jednak wspólną przyszłość, gospodarujemy razem, jako rodzice mamy podobne cele i metody wychowawcze. Umiemy stawać w obronie drugiej osoby. Na co dzień trochę się ze sobą nudzimy, brakuje dawnego żaru. Kierujemy się jednak poczuciem obowiązku i powinności. Przyszłość nie wydaje się nieść niczego atrakcyjnego ani nowego.

4. Nie zamienilibyśmy naszego partnera na nikogo innego, ale chcielibyśmy, by zmienił w sobie to czy owo. Dokucza nam coś, co robi lub zrobił kiedyś; poza tym jest dobrze, a chwilami — wspaniale. Tęsknimy do siebie, nawet gdy przez kilka godzin się nie widzimy. Traktujemy nasz związek jako tak oczywisty, że uważamy za zbędne dowody uczucia (choćby kwiaty, wyznania czy komplementy). Z tego powodu życie staje się mało barwne, a małżeństwo skłania się bardziej do modelu wspólnictwa niż romansu.

5. Nadal chce nam się rozmawiać i dzielić tym, co przeżywamy. Staramy się robić rzeczy sprawiające radość drugiej osobie. Mówimy otwarcie o zmartwieniach. Akceptujemy odmienności w sprawach, które w nikogo nie godzą i nie przynoszą szkody. Bardzo lubimy być ze sobą, często się śmiejemy, pomagamy sobie w kłopotach. Szanujemy osobnych przyjaciół, gdyż nasz związek opiera się na zaufaniu i wzajemnym poszanowaniu potrzeb.

Zero punktów to znak, że niechybnie skończymy ze świstkami rozwodowymi w kieszeni; pięć punktów rokuje długie i szczęśliwe wspólne życie. Osoby, które odnajdą się w którymś typie związku, mogą wybrać z przytaczanych kategorii takie postawy, które wydadzą im się warte wprowadzenia w życie. Nie ma bowiem lepszego sposobu na poprawę jakości współżycia niż nauka zachowań lepszych od poprzednich.

Reguły i maksymy

Wycięłam kiedyś z artykułu Marie Borrel we francuskim miesięczniku „Psychologies” przepis na dobre małżeństwo. Oto składniki: odrobina tolerancji, kilka łutów serdeczności, wielka micha dobrej komunikacji, a wszystko — obficie przyprawione pragnieniem, by nam się udało. Ważne są zwłaszcza słowa: „żeby NAM się udało”. Na małżeństwo trzeba się umówić mniej więcej tak jak na wspólny rejs żaglówką. Nauczyć się reguł nawigacji, potem je umiejętnie stosować i dbać, by nasza łódka nie zatonęła.

Niektóre reguły można wziąć z tradycji, podpatrzeć u innych, zmodyfikować, a niektóre — wymyślić samodzielnie. Przewaga tych wypróbowanych? Komuś się już sprawdziły. Jest szansa, że okażą się trafne i w naszym przypadku. Atrakcyjność wymyślonych przez siebie reguł? Są zrobione „na miarę”. Problem, że reguły przypasowane do doraźnej potrzeby mogą nie wytrzymać próby czasu.

Obok mojego biurka wisi plakat, pomalowany w motyle i kwiaty, z „małżeńskim dekalogiem”, przywieziony z warsztatu komunikacji małżeńskiej. Czytam go regularnie i myślę: „Co tam, niech te reguły nie będą mojego autorstwa. Będę je stosować, jeśli dzięki nim w małżeństwie ma nic nie uwierać, nie naciągać się i nie pruć”. I wyznam państwu: na razie to działa, bo srebrne wesele tuż-tuż.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA WOYDYŁŁO

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu