Tzw. dobra zmiana za wszelką cenę

opublikowano: 21-10-2018, 22:00

Czytelnik prasy drukowanej jest w powyborczy ranek zawsze mądrzejszy od autora tekstu pisanego jeszcze bez znajomości szczegółowych wyników.

Zwłaszcza, że np. w odniesieniu do sejmików wojewódzkich najważniejsza jest nie ogólna informacja, iż najwięcej głosów zebrała lista PiS — lecz jaki jest konkretny rozdział mandatów w danym sejmiku, bo dopiero jego następstwem będzie konstruowanie władz wojewódzkich.

Zastępczo proponuję kilka refleksji z niskiego poziomu przewodniczącego obwodowej komisji wyborczej. Jak zawsze od upadku komuny pełniłem bowiem na macierzystym osiedlu taką funkcję. Przy czym po rozdzieleniu zadań komisji — nie tej wydającej karty, lecz liczącej później głosy. O przesłaniu Józefa Wissarionowicza Stalina „Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy” pamiętałem nie tylko ja, lecz przede wszystkim PiS. Władcy kraju zadbali o ustawowe zagwarantowanie sobie miejsca w każdej z 26 983 komisji, żeby nie ryzykować losowania. Tym razem jednak nadmiar chętnych nie groził, wiele komisji nie tylko nie miało pełnych składów 9-osobowych, lecz zaledwie minimalne 5-osobowe. Na dodatek przed 21 października hurtowo wystąpiło zjawisko rezygnowania członków.

W moim podwarszawskim mieście zdarzył się przypadek ekstremalny. PiS całkowicie wymieniło korpus tzw. urzędników wyborczych, technicznie organizujących w gminach głosowanie. Prezes Jarosław Kaczyński grzmiał, że wójt/burmistrz/prezydent nie może kontrolować wyborów, w których startuje — czym dowiódł nieznajomości organizacyjnych realiów. Korpus funkcjonariuszy tzw. dobrej zmiany stworzony został na podstawie przepisu, że „Urzędnik wyborczy nie może wykonywać swojej funkcji w gminie, na obszarze której ma miejsce zatrudnienia”. Tak absurdalny zapis objął nawet osoby pracujące w… firmach prywatnych. W każdym razie w moim mieście przysłany funkcjonariusz po miesiącach przygotowań nagle się przestraszył zadania i w piątek 19 października… uszedł na chorobowe, chociaż jeszcze w środę tryskał zdrowiem. Tylko urzędnik miał prawo rozwieźć w sobotę do komisji obwodowych karty do głosowania, zatem cóż mógł zrobić zaskoczony terenowy komisarz? Postawiony pod ścianą pan sędzia powołał na urzędnika… sekretarza miasta, czym złamał zacytowany przepis kodeksu, ale w ogóle umożliwił przeprowadzenie wyborów.

W mojej ocenie największym proceduralnym szkodnictwem niedzielnych wyborów był jednak inny przepis. PiS przeforsowało na samych kartach do głosowania kuriozum, które nie wystąpiło nigdy w II RP, później w pseudowyborach za czasów PRL oraz w III RP. Żeby sztucznie wzmocnić swoje szanse, umieściło przy nazwach list także partyjne piktogramy, czym sprowadziło Polaków do poziomu elektoratów z państw, w których ze względu na analfabetyzm głosuje się na partyjne znaczki — zwierzątka, słoneczka etc. Na kartach do sejmików większość komitetów skorzystała z możliwości i również umieściła swoje logotypy. Ale już na poziomie powiatów, gdzie startowało wiele ugrupowań lokalnych, a zwłaszcza na kartach w jednomandatowych okręgach w gminach do 20 tys. mieszkańców, znane logo PiS często było jedyne i wizerunkowo preferowało kandydata tej partii wobec pozbawionych jakiegoś znaczka. Był to chwyt wyjątkowo niegodziwy. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Polityka / Tzw. dobra zmiana za wszelką cenę