Umowa z Chinami jeszcze poczeka

opublikowano: 29-12-2020, 18:18

Kończąca się w sylwestra o północy niemiecka prezydencja Rady Unii Europejskiej miała wielkie ambicje.

Następna trafi się największej unijnej potędze dopiero za 14 lat, jeśli w ogóle instytucja półrocznego kierowania pracami drugiej izby legislacyjnej UE zostanie utrzymana. Ale raczej zostanie, ponieważ jej korzenie sięgają rzymskich traktatów założycielskich z 1957 r. W każdym razie dla odchodzącej w 2021 r. na emeryturę kanclerz Angeli Merkel dorobek prezydencji to zwieńczenie kariery politycznej. Ustanowiła rekord nie do wyrównania w rozbudowanej UE – jako szef rządu kierowała dwoma prezydencjami, zarówno 2007, jak też 2020. Silnie wpłynęła dwukrotnie na kompromis (w lipcu oraz grudniu) w sprawie wieloletnich ram finansowych 2021-27, z dodanym ratunkowym koronafunduszem, który w rozporządzeniu otrzymał nazwę „instrumentu UE na rzecz odbudowy”. Drugim sukcesem pani kanclerz było dopięcie w ostatniej chwili rozwodowej umowy brexitowej. Rada UE pod niemieckim przewodem potwierdziła tymczasowe stosowanie jej od 1 stycznia 2021 r., chociaż to pójście ostro po bandzie – Parlament Europejski zatwierdzi umowę dopiero na sesji 18-21 stycznia. Przekładając to na nasze procedury: na słowo honoru wchodzi w życie akt prawny dopiero wędrujący między Sejmem a Senatem.

Na fali powodzenia prezydencja chciała dorzucić w ostatnich dniach jeszcze jeden wizerunkowy sukces. Zamierzała przyspieszyć w Radzie UE zatwierdzanie umowy inwestycyjnej UE z Chinami. Komisja Europejska (KE) poinformowała, że po siedmiu latach ciężkich negocjacji bardzo ważna umowa jest już gotowa i można ją skierować na ścieżkę legislacyjną. Zaskakująca propozycja została zablokowana – na poziomie ambasadorów, którzy w Radzie UE tworzą wstępną instancję – przez Polskę. Było to skuteczne weto, ale niezbyt nagłośnione, ponieważ najróżniejsze spory proceduralne to w unijnych instytucjach normalka.

Gwiazdki na flagach Chin i Unii Europejskiej się nie różnią, ale symbolizowane nimi wartości - ogromnie.
Adobe Stock

Ze względu na wagę tematu najnowsze weto ma jednak wielkie znaczenie polityczne i gospodarcze. Chińską umowę zapoczątkowała KE pod wodzą Jean-Claude’a Junckera, sfinalizował zaś gabinet Ursuli von der Leyen. Gdyby przymierzyć unijne kryteria praworządności, to negocjacje… w ogóle nie powinny się rozpocząć, ze względu na istnienie w komunistycznych Chinach obozów pracy przymusowej, nienależenie państwa do Międzynarodowej Organizacji Pracy etc. Z drugiej strony – umowa będzie pierwszym kroczkiem ku zrównoważeniu ogromnego deficytu w obrotach państw UE z chińskim gigantem.

Kreatywne zastosowanie staropolskiego przysłowia „co nagle, to po diable” ma szerszy kontekst geopolityczny. Poza samym Donaldem Trumpem i topniejącą garstką jego pretorian wszyscy już wiedzą, że 20 stycznia 2021 r. w południe przysięgę złoży Joseph Biden. Odchodzący prezydent do ostatnich dni potwierdza swoją antychińską obsesję, stosunek następcy do strategicznego problemu na razie jest wielką niewiadomą. Spowodowanie odłożenia zatwierdzenia umowy unijno-chińskiej niewątpliwie jest aktem lojalności polskiego rządu wobec najbliższego partnera zza Atlantyku. Ekipa PiS postawiła wszystko na reelekcję Donalda Trumpa i po jego porażce znalazła się w bardzo niezręcznej sytuacji. Treść umowy została przecież sfinalizowana i nie może na nią wpłynąć ewentualna zmiana kursu nowego prezydenta USA. Prztyczek polskiego rządu w niemiecki nos był rewanżem za gazociąg Nord Stream 2. Ukończenie zaawansowanej w 94 proc. rosyjsko-niemieckiej rury jest oczywistością od miesięcy, zgodnie z innym staropolskim przysłowiem – „co się odwlecze, to nie uciecze”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane