Ursus zjeżdża z impetem

Rynek słabnie, producenci tracą, choć nie wszyscy. Co najmniej trzech rośnie, ale nie ma wśród nich Ursusa

Szumnie ogłaszający kolejne zagraniczne gigantyczne kontrakty Ursus ogłasza teraz plan naprawczy, czy też rozpoczęcie nad nim prac. Na początku roku kurs spółki oscylował wokół 4 zł, wczoraj — wokół 1,90 zł. Jedyny notowany na polskiej giełdzie producent ciągników tłumaczy się m.in. bardzo słabym krajowym rynkiem, z tym że ten kurczy się kolejny rok z rzędu, a pojedynczy gracze chwalą się wzrostem.

Drastyczna zmiana

Spadek przychodów w pierwszym półroczu w Polsce wyniósł 48 proc., a za granicą 72 proc., co dało łączny wynik 61,7 mln zł, a więc 60 proc. mniej niż rok wcześniej. Wynik skonsolidowany grupy wyniósł 75,2 mln zł, czyli 46,7 proc. mniej. Strata netto grupy przypadająca akcjonariuszom jednostki dominującej po półroczu sięga 22,6 mln zł wobec 0,4 mln zł straty netto przed rokiem.

„Zarząd analizuje sytuację płynnościową spółki i grupy. Rozważamy różne scenariusze uzdrowienia finansów. Niebawem przedstawimy naszym akcjonariuszom i kontrahentom kompleksową propozycję wyjścia z tej wymagającej sytuacji” — mówi Monika Kośko, wiceprezes Ursusa, w komunikacie.

Jakub Szkopek, analityk Domu Maklerskiego mBanku, przyznaje, że wyniki spółki obciąża wiele czynników.

— Spółka dynamicznie się rozwija w segmencie autobusowym — stawia tu pierwsze kroki i na tym etapie może popełniać błędy, np. przy kalkulacjach i zdobywaniu zamówień. Perspektywy tego rynku są jednak gigantyczne — kolejne miasta w Polsce i Europie rezygnują z autobusów spalinowych, więc warto tu być — twierdzi Jakub Szkopek.

Autobusowa część Ursusa osiągnęła w pierwszym półroczu 3,7 mln przychodów (względem 0,1 mln zł rok wcześniej) i wykazała stratę brutto ze sprzedaży na poziomie 0,3 mln zł wobec 14 tys. zł zysku rok wcześniej.

W ostatnich 12 miesiącach kurs Ursusa spadł o około 50 proc. Spółka właśnie zapowiedziała, że pracuje nad wyjściem z impasu.

Główny biznes Ursusa to jednak ciągniki z ostatnim, wartym 100 mln USD, kontraktem w Zambii na czele. Został podpisany w 2017 r. Spółka podaje jednak, że nie wie, kiedy przystąpi do jego realizacji, bo zależy to od rządowych decyzji dotyczących finansowania. Za najbardziej perspektywiczną uznaje wartą 31,8 mln USD, jeszcze niewykonaną, część kontraktu w Tanzanii.

— Ostatni kontrakt na sprawdzonym afrykańskim rynku, czyli ten w Zambii nie jest ubezpieczony jeżeli chodzi o kursy walutowe, co może być ryzykowne w przyszłości. Ponadto w przypadku tego typu zamówień obowiązuje długi czas realizacji, co stwarza dodatkowe ryzyko zmiany cen komponentów i pogorszenia rentowności kontraktu — od decyzji do podpisania i wykonania mija kilka lat. Przykładowo: firma Feerum [producent m.in. silosów zbożowych — red.] podpisała kontrakt w Tanzanii w końcu 2017 r., a jeszcze w 2019 r. będzie go kończyła. Podobnie jest w przypadku kontraktów Ursusa. Tak długi czas wykonania oznacza inflację kosztów — pracowniczych czy materiałowych, potencjalne straty na walucie itp., więc rentowność kontraktu się zmienia — wyjaśnia Jakub Szkopek.

Niepewne odbicie

Do tego dochodzi słaby krajowy rynek ciągników.

— Na rynku jest podobnie jak w zeszłym roku i to zdaje się odzwierciedlać rzeczywiste zapotrzebowanie tego rynku. Do końca sierpnia zarejestrowanych było 5907 nowych ciągników,co oznacza 6,5-procentowy spadek w stosunku do 2017 r. Różnica między 2017 a 2018 r. z miesiąca na miesiąc się zwiększa. Branża i producenci byli raczej na to przygotowani — jako że ten rynek jest mocno uzależniony od funduszy unijnych, to bez nich trudno tu osiągnąć lepsze wyniki. Do końca czerwca wykorzystane było około 10 proc. całego budżetu z PROW 2014-20, przeznaczonego na modernizację gospodarstw rolnych, ale nie jest przesądzone, że jak wypłaty ruszą, to mocno odbije się też rynek ciągników — teraz uzyskanie dotacji na sam ciągnik jest trudniejsze niż w poprzednim rozdaniu — mówi Hubert Seliwiak z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

Ursus mówi o „niedrożności tego kanału finansowania” (czyli wypłatach z funduszy unijnych), co „jest istotnym zagrożeniem dla rozwoju i konkurencyjności polskiego rolnictwa, a dla spółki znaczącym czynnikiem ryzyka w prowadzeniu działalności”. Są jednak tacy, którym udaje się tu rosnąć — to dwaj najwięksi gracze — New Holland i John Deere oraz Valtra, którzy od stycznia do sierpnia sprzedali na kurczącym się rynku o kilkanaście procent więcej nowych ciągników niż rok wcześniej.

— Niestety, sytuacja rynkowa nie zachęca rolników do zakupów. To trudny sezon z powodu suszy w przypadku części surowców rolnych oraz wielkiego urodzaju w przypadku innych i związanymi z nim niskimi cenami. W efekcie więc rolnicy zarabiają bardzo mało i nie chcą inwestować w maszyny. Spodziewaliśmy się też, że fundusze unijne popłyną już w tym roku szerszym strumieniem, ale tak się nie stało, co znowu skłania kupujących do oczekiwania. Rośniemy jednocześnie na kurczącym się rynku, co nas cieszy. To rezultat głównie silnie rozbudowanej sieci dilerskiej — punktów sprzedażowych i serwisowych oraz m.in. oferty finansowania fabrycznego. W innym otoczeniu moglibyśmy jednak rosnąć zdecydowanie szybciej — mówi Łukasz Chęciński, menedżer ds. marketingu w CNH Industrial Polska, do którego należy marka New Holland.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Ursus zjeżdża z impetem