Walutowy ping-pong jeszcze powróci

WOJCIECH BIAŁEK analityk CDM Pekao
opublikowano: 27-01-2012, 00:00

KOMENTARZ

To, co obserwujemy w ostatnich trzech latach, to swoisty ping-pong walutowy między strefą euro a USA. Kłopoty Europy zaczynają się, gdy kurs EUR/USD zbliża się do pułapu 1,50. Wtedy gospodarki strefy euro tracą konkurencyjność. Tak stało się w pierwszej połowie 2010 r., kiedy drogie euro doprowadziło do kryzysu greckiego, a także w ostatnich miesiącach.

Drogie euro jest dla Starego Kontynentu niekorzystne, bo oznacza, że realna wartość długów Europejczyków rośnie, spadają natomiast wpływy z eksportu. Beneficjentem drogiego euro jest jednak gospodarka amerykańska, z której w ostatnich miesiącach napływały wyraźnie lepsze dane. Teraz dolar jest już jednak znowu tak drogi jak po upadku banku Lehman Brothers czy w czerwcu 2010 r., kiedy wypadło dno kryzysu greckiego.

Taka półtoraroczna cykliczność przemawiałaby za tym, że notowania EUR/ USD są bliskie odbicia. Amerykanom już się polepszyło, więc teraz nadchodzi czas, by poprawiło się także Europejczykom. Powrócić może zatem znany z przeszłości mechanizm, który sprawiał, że kredyty finansowane dolarem nakręcały boom w gospodarce światowej. To oznaczałoby słabszego dolara i przewagę zwyżek na globalnych rynkach akcji.

W perspektywie kilku lat bardzo pociągającą hipotezą jest jednak umocnienie waluty amerykańskiej. Podobne do tego, jakie dokonało się w latach 1980-85 czy 1995-2000. Wtedy miało ono związek odpowiednio z wprowadzeniem komputerów osobistych i początkiem ery internetu. Przykładowo, aby kupić akcje Della, inwestorzy musieli najpierw nabyć amerykańską walutę. Dolar zresztą lekko wzmacnia się już od 2008 r.

Co teraz mogłoby być źródłem powrotu siły amerykańskiej waluty? Być może odpowiedzią jest ropa i gaz z łupków. Gospodarki dojrzałe nie mogą funkcjonować przy cenach ropy sięgających 150 USD. Dlatego drogie surowce skłoniły amerykańskich przedsiębiorców do znalezienia sposobu na uzależnienie ich od importu. Powrót do rozsądnych cen na tych rynkach oznaczałby rozkwit krajów rozwiniętych, ale również kryzys emerging markets.

To przyniosłoby zupełną zmianę schematów, zgodnie z którymi funkcjonują rynki. Gospodarki wschodzące stałyby się w takim wypadku zupełnie niepotrzebne rozwiniętym krajom. Obecna przewaga giełd wschodzących nad dojrzałymi mogłaby się odwrócić.

Mieliśmy z tym do czynienia już w latach 1994-2001, kiedy kryzysy dotknęły Meksyk, Argentynę, Rosję i kraje Azji Południowo- -Wschodniej. Polska na takim scenariuszu z jednej strony zyskałaby dzięki znacznym złożom gazu łupkowego, z drugiej — jako gospodarka wschodząca — straciłaby. Po blisko dekadzie przewagi rynków wschodzących historia mogłaby więc zatoczyć koło. Na końcu tego procesu moglibyśmy znowu zobaczyć akcje KGHM po 10 zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WOJCIECH BIAŁEK analityk CDM Pekao

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy