AZJA KUSI WYTWÓRCÓW SKÓRZANEJ GALANTERII

Beata Turkowicz
03-08-1999, 00:00

AZJA KUSI WYTWÓRCÓW SKÓRZANEJ GALANTERII

Jedna z polskich firm przeniosła produkcję na Daleki Wschód

Część przedsiębiorstw specjalizujących się w produkcji galanterii skórzanej przechodzi kryzys. Spółdzielnie pracy oraz prywatni producenci myślą nawet o likwidacji swoich zakładów. Część biznesmenów uważa, że na wyrobach skórzanych można dobrze zarobić. Warunkiem jest dobre zarządzanie i przeniesienie produkcji do Azji.

Krajowi producenci uważają, że ich sytuacja na polskim rynku jest katastrofalna.

— W ubiegłym roku moja firma przyniosła 250 tys. zł strat. Związane one były także z procesem uwłaszczenia nieruchomości spółdzielni. Produkty zalegają na magazynowych półkach, ponieważ dla odbiorców atrakcyjniejsze cenowo są produkty z importu. Konsument płaci za nie tyle, ile wynoszą moje koszty zużytego materiału — mówi Jerzy Gwiazda, prezes warszawskiej Spółdzielni Pracy Rozwój.

Producenci nie mają pieniędzy na promocję. Kierowana przez prezesa Gwiazdę firma wydała na reklamę 30 tys. zł.

— Zmuszony jestem wynajmować hale produkcyjne i pomieszczenia biurowe, ponieważ z produkcji nie jestem w stanie utrzymać przedsiębiorstwa — przyznaje prezes Gwiazda.

Wyprzedawanie majątku czy zwalnianie pracowników to naturalne procesy w wielu podobnych firmach. Szczecińska Spółdzielnia Pracy Asko Galanteria, zanim zaczęła współpracować z niemieckim odbiorcą, sprzedała część pomieszczeń biurowych oraz zredukowała etaty do minimum. W ciągu ostatnich dziewięciu lat pracę straciło 400 osób. Zostało 80 pracowników.

Nadzieja w eksporcie

— W Polsce konkurencja jest bardzo duża. Moja niewielka firma nie jest w stanie rywalizować. W efekcie rok 1998 przyniósł kilkanaście tys. zł strat — twierdzi Mirosława Mrozińska, prezes Spółdzielni Pracy Asko Galanteria.

Nasza rozmówczyni zaczęła szukać kontrahentów w Niemczech. Na reklamę w tamtejszych mediach Asko wydało kilkadziesiąt tysięcy złotych. Po pół roku udało się znaleźć partnera, który — jak podkreśla Mirosława Mrozińska — regularnie wywiązuje się z zobowiązań finansowych.

Trudną sytuację firm tej branży potwierdzają przedstawiciele Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego. Zwracają oni uwagę na to, że wzrasta import. Nie zawsze jest on uczciwy. Podobno część galanterii skórzanej trafia do kraju bez rejestracji i po zaniżonych cenach. Od 1998 roku Polska Izba Przemysłu Skórzanego prowadzi działania zmierzające do zablokowania tak wysokiego importu. Główny Urząd Ceł przygotował umowy o współpracy służb celnych z Turcją, Włochami, Argentyną, Izraelem i Mołdawią. Od 1 lutego podobno zaostrzono kontrole na przejściach granicznych.

— Brak zainteresowania polskim produktem to efekt złego zarządzania — uważa Piotr Pośnik, jeden z prezesów podwarszawskiej firmy Wittchen, produkującej galanterię skórzaną w Azji.

Grunt to organizacja

Jeszcze dziesięć lat temu Jędrzej Wittchen, właściciel firmy, produkował galanterię skórzaną w Polsce. Przedsiębiorstwo nie przynosiło strat, ale też nie generowało spodziewanych zysków. Dlatego produkcję galanterii skórzanej przeniesiono do Azji.

— Zadecydowały o tym względy ekonomiczne. Wspólnie z azjatyckimi partnerami zatrudniamy 450 pracowników, którzy zarabiają średnio 150-200 USD. Inną zaletą jest to, że tamtejsi pracownicy mają wieloletnie doświadczenie w kaletnictwie i swoją pracę wykonują precyzyjnie — dodaje Piotr Pośnik.

Jego zdaniem, producenci galanterii z wielu krajów postąpili w identyczny sposób. W ten sposób Azja stała się największym na świecie producentem tego towaru. W 1997 roku w Chinach wyprodukowano 40 procent światowej produkcji, dużo dalej na tej liście znalazła się Brazylia (6 proc.) i Indie (5 proc.).

Dla przedsiębiorczych

Torby, rękawiczki, portfele i teczki Wittchena trafiają do 450 sklepów w Polsce. Właścicieli firmy nie dotykają problemy, z jakimi borykają się inni krajowi producenci. Zdaniem Piotra Pośnika, polski rynek należy do osób przedsiębiorczych.

— Z krajowych przedsiębiorstw produkujących galanterię skórzaną pozostaną tylko te, które zmienią sposób działania — mówi.

Piotr Pośnik zakłada, że Wittchen w tym roku osiągnie obroty sięgające 40-48 mln zł. Tylko na promocję wyda 900 tys. zł. To trzydzieści razy więcej niż warszawska Spółdzielnia Pracy Rozwój przeznaczyła w 1998 r.

URATUJĘ SPÓŁDZIELNIĘ: Nie dopuszczę do likwidacji kierowanego przeze mnie przedsiębiorstwa. Fabrykę i budynek biurowy zamierzam sprzedać. Wybuduję mniejszą halę produkcyjną i dwa sklepy firmowe — zapowiada Jerzy Gwiazda, prezes Spółdzielni Pracy Rozwój.

AUTOREKLAMA: Wiem, że jeśli chodzi o sposób działania jesteśmy najlepsi. Ale wiem też, że polski rynek daje duże możliwości rozwoju innym firmom. Dlatego też liczymy się z konkurencją, która nas mobilizuje do dalszych działań — podkreśla Piotr Pośnik, prezes firmy Wittchen.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Beata Turkowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / AZJA KUSI WYTWÓRCÓW SKÓRZANEJ GALANTERII