Śmierć jako doświadczenie rozwojowe? Bzdura!

opublikowano: 29-10-2021, 14:20

Uważajcie na coachów i guru biznesu, którzy wplatają śmierć w swoją narrację o życiu ekstremalnie szczęśliwym, spełnionym i wolnym od wad — ostrzega Tomasz Stawiszyński, filozof, eseista, autor szeroko komentowanej książki „Ucieczka od bezradności“.

„PB”: Czy Tomasz Stawiszyński nie obawia się, że w momencie śmierci będzie żałował pewnych rzeczy, a zwłaszcza tego, że żył tylko na 75 zamiast na 100 proc.?

Wielkie kłamstwo:
Wielkie kłamstwo:
Współczesny człowiek nie umiera, a jeśli umiera, jest to dlań doświadczenie ekscytujące i rozwojowe — napisał filozof Tomasz Stawiszyński w najnowszej książce „Ucieczka od bezradności“.
Marek Wiśniewski

Tomasz Stawiszyński: Rozumiem, że nawiązuje pan do opisywanej przeze mnie w „Ucieczce od bezradności“ książki autorstwa Bronnie Ware „Czego żałują umierający”. Ta pracująca przez lata w hospicjach pielęgniarka wyliczyła najważniejsze żale, które zgłaszali jej pacjenci na łożu śmierci. Dotyczyły one tego, że nie żyli tak, jak pragnęli, że na swoje pasje poświęcali niedostatecznie dużo czasu, a zbyt wiele na pracę, że nie wyrażali emocji i zaniedbywali przyjaźnie. Obietnica jest taka: jeśli będziemy trzymali się wszystkich reguł wskazanych przez umierających, nasze życie będzie spełnione, wspaniałe, ekscytujące, a śmierć będzie tylko wisienką na torcie. To oczywiście jest kłamstwo.

Śmierć, żałoba i smutek nie pasują do dzisiejszej narracji, w której życie powinno być niekończącym się pasmem sukcesów.

Życiowa pełnia jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko przeczytać jakąś książkę, pójść na sesję coachingu lub wziąć udział w warsztatach — coś takiego wmawia nam dzisiejsza kultura terapeutyczno-coachingowa, co staje się dodatkowym źródłem frustracji.

Z jednej strony powinniśmy żyć po swojemu, na własnych zasadach, a z drugiej — pielęgnować przyjaźnie i inne relacje. Czy między tymi oczekiwaniami nie ma sprzeczności?

Myślę, że jest to jedna z ważniejszych sprzeczności kultury rozwojowej. Podkreślanie znaczenia relacyjności idzie często w parze z promocją egoizmu i egocentryzmu. W rezultacie koncentrowanie się na własnych emocjach przybiera niekiedy skalę obsesyjną. Pojawia się też nacisk na postrzeganie własnego samopoczucia jako barometru, którego wskazania rozumie się dosłownie. To znaczy: jeśli czuję się w jakiejś relacji źle, powinienem z niej wyjść. Kłóci się to ze wskazaniem, aby pielęgnować przyjaźnie.

Czyli wskazania Bronnie Ware i innych ekspertów od umierania i spełnienia zawieszają nam poprzeczkę zbyt wysoko?

Takie rady i zalecenia może wcielić w życie dobrze sytuowany przedstawiciel klasy średniej, który ma sporo wolnego czasu, może sobie pozwolić na fajne wakacje, realizowanie różnych pasji, regulowanie czasu pracy. Znakomita większość z nas funkcjonuje w pewnym reżimie, żyje w poczuciu niepewności, konieczności zapewnienia bytu sobie i swojej rodzinie. Opowieść o poczuciu spełnienia w chwili umierania, która przychodzi pod płaszczykiem pocieszenia, dobrej nowiny, w istocie działa bardzo frustrująco.

Co w tym złego, że ktoś nas zachęca, abyśmy zrobili w życiu więcej, lepiej zapisali się w pamięci bliskich i nie marnowali czasu?

Wcale nie twierdzę, że jest w tym coś złego, tylko krytykuję specyficzną opowieść, która głosi, że życie pozbawione pewnych jakości jest życiem wybrakowanym.

Czy coachom mówiącym o życiu spełnionym nie powinniśmy jednak zapisać na plus tego, że przełamują tabu śmierci?

To nie jest przełamywanie tabu, tylko tabuizacja wyższego rzędu. Wprzęga się śmierć w narrację rozwojową. Piłuje się jej zęby, wstrzykuje botoks, maluje się ją tak, żeby do złudzenia przypominała żywą osobę. Dodatkowo szprycuje się ją silikonami, żeby zwiększyć sprężystość tkanek. W efekcie tych zabiegów ma się ona stać niesamowitą, ekscytującą przygodą, fantastyczną supermocą. Tymczasem śmierć wiąże się z czymś tragicznym, ze smutkiem, absolutnym końcem.

A co ze stosunkiem współczesnych do żałoby? Jeszcze z dzieciństwa pamiętam ludzi chodzących na czarno po śmierci kogoś z rodziny. Teraz raczej ukrywamy, że straciliśmy bliską osobę, zwłaszcza w pracy, podczas rozmów biznesowych i zawodowych robimy dobrą minę do złej gry.

Człowiek w żałobie traktowany był kiedyś przez społeczność na ulgowych zasadach. W dzisiejszej rzeczywistości ekonomicznej trudno to sobie wyobrazić. Nie mieści się to w obrazie świata, w którym jeśli się nie chodzi do pracy, to tylko z tego powodu, że jest się chorym. W związku z tym występuje patologizowanie żałoby i promowanie różnych środków, które mają kogoś pogrążonego w smutku po stracie bliskiej osoby zwrócić do funkcjonowania społecznego. Ma to dużo wspólnego z brutalnym systemem rynkowym, w którym żyjemy.

Podcast

w tym tygodniu: „Memento mori — pamiętaj, człowiecze, na śmierć!”

goście: Maciej Gnyszka — przedsiębiorca, założyciel Towarzystw Biznesowych, Tomasz Stawiszyński — filozof i pisarz, autor książki „Ucieczka od bezradności”, Tomasz Kilarski — firma Lindner, największy producent trumien w Polsce, Michał Gulczyński — doktorant na Uniwersytecie Bocconiego w Mediolanie, prowadzi badania na temat demografii i płci

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane