Sztukę wymyślono, żeby w nią inwestować

Danuta Hernik, Radosław Górecki
19-10-2001, 00:00

Działy komiksowe księgarń na Zachodzie są oblegane przez tłumy. Edycje bibliofilskie dzieł np. Tolkiena osiągają zawrotne ceny. Takie wydawnictwa, jak Marvel czy DC Comics żyją nie tylko z publikacji komiksów, ale też ze sprzedaży praw do postaci. Wszystkim się opłaca. W Polsce popularność mangi przed kilku laty to jeden z niewielu rynkowych objawów zainteresowania komiksem. Dziwne tylko, że na konwenty komiksu i spotkania z autorami zjeżdżają się tłumy z całego kraju.

Na sztuce tzw. wysokiej biznesmeni zarabiają krocie i równie wiele na nią wydają. Komiks zalicza się do sztuki masowej. Czy można na nim zarobić?

— To zabawne pytanie. Tzw. sztuka wysoka, niekomercyjna tylko artystyczna... Ja widzę jedyną jej rolę — właśnie biznes. To paradoks, że właśnie na sztuce się zarabia, spekuluje. A chyba najbardziej na tej stworzonej po wojnie, kiedy Amerykanie usiłowali odebrać prymat kulturalny Paryżowi. Trzeba było wymyślić coś, w co można by ładować pieniądze. I wymyślona została sztuka wysoka. Nie jestem broń Boże przeciw sztuce, nawet konceptualnej, mam swoje typy. Ale sztuka popularna, masowa to nie jest jakieś pejoratywne określenie. Mamy taką kulturę, jaką mamy — masową. To chyba jasne.

No tak, ale czy można zarobić na komiksie. Czy to dobry biznes?

— Odpowiedź jest krótka. Gdyby nie można było na nim zarobić, to już dawno by nie istniał. Sprzedaż książek jest na Zachodzie bardzo słaba. Literatura nie wytrzymuje konkurencji z komiksem. Na przykład Francuzi nie umieszczają już na listach bestsellerów komiksów razem z literaturą, bo nowo wychodzący komiks zawsze się będzie lepiej sprzedawał. Pierwsze wydania znanych twórców komiksów osiągają nakłady rzędu 500 tys. egzemplarzy, a szczerze mówiąc, nie znam książki, która na starcie byłaby wydawana w takim nakładzie. I to jest odpowiedź, na pytanie, czy można na komiksie zarobić. Oczywiście można i to bardzo dobrze.

Komiks daje pieniądze wielokrotnie. Najpierw jako album, później można sprzedawać prawa do produkcji zabawek, prawa do adaptacji filmowych. Czy autor na tym zarabia?

— To zależy od kontraktu z wydawcą. Jeżeli jest w nim zawarta taka możliwość i wydawca sprzedaje prawa do ekranizacji, to jakaś część pieniędzy oczywiście trafia do autora. Jednak nikt z moich kolegów nie zrobił majątku na adaptacjach filmowych. Japończycy kupili Cubitus i zrobili serial rysunkowy. Zapłacili autorowi jakieś małe pieniądze i szybko się go pozbyli. Jest wiele mitów na ten temat. Uważa się, że jeśli powstaje adaptacja filmowa, to autor zarabia na tym krocie. Tymczasem autor rzadko jest właścicielem praw do swoich prac. Nie wolno zapominać, że konkretny autor może zaistnieć tylko dzięki wydawcy. Postacie z komiksów stają się znane w dużej mierze dzięki niemu. Nie mam w kontrakcie zastrzeżonego prawa do decydowania, jeśli chodzi o multimedia czy wszelkiego typu adaptacje. O tym decyduje wydawca, który ma do tego wszelkie niezbędne narzędzia. Ja siedzę w swojej jaskini i łupię swoje kamienie.

Nie ma pan ochoty uczestniczyć w takim procesie jak adaptacja? W końcu obróbce ulega Pana dzieło?

— Miałem do czynienia z tym nieszczęsnym filmem (chodzi o ekranizację „Thorgala”). Była mnóstwo przygotowań. Uruchomione zostały kontakty z Kanadyjczykami, Amerykanami, Japończykami i chociaż nie wierzyłem w ten film, powiedziałem: dobrze. Róbcie, nie przejmujcie się, ja opracuję korekcje postaci itp. Zrobiłem to na początku, za to mi zapłacono, a potem nastała cisza. Nie mogłem się dowiedzieć, na jakim etapie jest produkcja filmu. Nawet pojechałem do Paryża z dyrektorem mojego wydawnictwa, a facet od filmu powiedział: „Nie mogę rozmawiać, muszę syna odebrać. O proszę, tu są drzwi”. Sprawa nie wiadomo z jakiego powodu została wstrzymana. Ale to typowe działanie. Na początku jest świetnie, artysta będzie nam rysował, będzie art directorem, a potem robią wszystko, żeby go nie wpuścić na plan. Moi koledzy mieli podobne doświadczenia z filmem. I filmowcy mają do tego prawo. Żaden reżyser nie wpuści gościa, który to kiedyś narysował. Tak to wygląda i dlatego nie mam ochoty pracować przy tego typu projektach.

Czyli artyści nie odnoszą oszałamiających sukcesów finansowych?

— I na ten temat jest wiele mitów. Jedni zarabiają więcej, inni mniej. Zależy od kontraktu, od podejścia do sprawy. Na przykład Peyo przedstawił w wydawnictwie Dupoi projekt związany ze swoimi Sztrumfami — nie wiem dlaczego w Polsce nazywają się Smerfy — to go wyśmiali „Co ty, Walt Disney?” Że niebieskie... a że niebieskie, to głupie... „Nie to nie, to ja sobie zachowam prawa”, powiedział Peyo. „W porządku, zachowaj sobie prawa, tylko dostarczaj nam te historyjki”. I facet zrobił kolosalny majątek. Ale nie na komiksie, tylko na gadżetach z nim związanych. Albumy dają mniejszy obrót niż gadżety. Dlatego warto tworzyć jakąś postać, żeby później sprzedawać ją na tornistrach, kalendarzykach itd.

Może Pan powiedzieć o sobie, że jest Pan bogaty?

— Absolutnie nie. Mnie ciągle brak pieniędzy. Dwa razy do roku dostaję prawa autorskie i wtedy żona idzie kupić mi nową marynarkę. Nigdy nie można być na tyle bogatym, żeby nie można być bardziej. Ale muszę przyznać, że jestem zadowolony z tego co mam.

Żyje Pan tylko z komiksu?

— Wyłącznie z komiksu.

Żadnej dodatkowej pracy? Współpraca z agencjami reklamowymi?

— Jestem na to zbyt leniwy. Nie chce mi się. Ale swoją pracę traktuję bardzo poważnie. W życiu jestem niepoważny, w pracy zmieniam się. Jestem taki Dr Jekyll-Mr Hyde.

Jak Pan wspomina „Kapitana Żbika”. To komiks propagandowy...

— Jaki propagandowy? Pan mówi jak Francuz. We Francji jak się mówi dobrze o policji, to zaraz wszyscy są oburzeni. Że to propaganda, że to LePen, front national! Kiedyś już tłumaczyłem, że „Kapitana Żbika” robiłem jako historyjkę o policji, takie kryminalne sprawy. Ale i tak podejrzewa się mnie, że robiłem propagandę. Tu nie było żadnej propagandy. Policja to bardzo dobra rzecz. Jeśli ktoś nie lubi policji, to znaczy, że ma coś na sumieniu.

Jednak milicja kiedyś spełniała trochę inne funkcje.

— A czy milicja w tamtych czasach mogła być inna? Były różne milicje — kryminalna, drogówka, UB. Ja robiłem historie kryminalne.

Na pewno nie było w tym żadnego przesłania? Żadnej propagandy?

— Tutaj macie państwo trochę racji. Ale to była propaganda innego rodzaju niż się myśli. Pomysł stworzenia „Kapitana Żbika” powstał z tego, że nikt nie chciał iść do milicji. Miała tak paskudną opinię, że nikt nie chciał tam pracować. Po tym, jak się ukazał „Kapitan Żbik” przychodziły listy do wydawców i do komendy głównej z pytaniem „Kochany kapitanie Żbiku, jak być milicjantem?”. To funkcjonowało i w takim ujęciu to rzeczywiście była propaganda. Chciano przekonać młodzież, żeby szła pracować do milicji.

Ile się wtedy zarabiało w Polsce na komiksach?

— Za „Żbika” dostałem wynagrodzenie według praw autorskich z 1952 roku. Nie pamiętam dokładnie ile, ale w tamtych czasach można było za to spokojnie żyć.

Kloss, Żbik zyskują na popularności. Co się dzieje?

— To naturalny głód obrazka, tej formy przekazu. Komiks to naturalne medium młodzieży, szczególnie XXI wieku. „Kloss” i „Żbik” to były pierwsze komiksy jeszcze amatorskie. Nie chcę tego wątku rozwijać, żeby nikogo nie obrazić, zwłaszcza samego siebie. To szukanie korzeni. Miło wiedzieć, że mieliśmy swoje własne komiksy, że nie tylko małpujemy mangi. Chętnie obejrzałbym komiks o synu kapitana Żbika. Niech będzie narysowany przez młodych rysowników, napisany przez scenarzystów, którzy wiedzą, czym jest scenariusz komiksowy. Niech dotyczy aktualnych spraw.

Zrobi pan pierwsze zeszyty o synu kapitana Żbika? Na zachętę?

— Nie, nie mógłbym wrócić do polskiej rzeczywistości. Teraz, kiedy przyjeżdżam do kraju, często czuję się dziwnie. Znajduję się tu w egzotycznych dla mnie sytuacjach. Nie wiem jak funkcjonuje prawo, społeczeństwo. Dla mnie UW to wciąż Uniwersytet Warszawski, a podobno teraz to coś tam... no... innego, nie wiem co to jest. Nie znam nazwisk, ludzi... Mieszkam w Szwajcarii i znam tamtejszych ludzi. Nie jestem facetem, który gra na bałałajce i roni łzy za krajem. Czuję się Europejczykiem.

Żadnego sentymentu?

— A w jakim języku rozmawiamy? Po polsku! No właśnie...

Komiks w Polsce jednak się nie broni. Jak Pan myśli, dlaczego?

— To nie jest wina wydawców. To wina pewnej generacji, która nie ma zaufania do komiksu. Ludzie tzw. kultury nie mieli komiksu w ręku. Krytykują komiksy nie znając tematu. Chociaż, jeśli mieli w ręku te supermeny czy mangi, to rzeczywiście może się im to nie podobać. Kiedyś byłem na konwencie komiksu w Łodzi ze znanym francuskim wydawcą. Chodziliśmy po księgarni i w pewnym momencie on mówi tak: „Słuchaj jak to jest? Tu nie ma komiksów, a wy chcecie do Europy wejść?”. Musimy liczyć na młodą generację, mieć z nią wspólny język. Jeśli dziecko nie dostanie najpierw komiksu, to nie sięgnie później po książki.

Nie lubi Pan mangi?

— To nie jest nasza kultura. Denerwuje mnie wydawanie komiksów od tyłu. Nie rozumiem tego. W Polsce jest dużo eleganckich magazynów z rysunkami mangowymi po bardzo przystępnych cenach. Okazuje się, że ambasada Japonii daje wydawcom za darmo materiał do tych czasopism. No i oczywiście, to się wydaje. Ale widzę tu brak odpowiedzialności za młodzież.

Denerwują Pana Pokemony?

— Denerwują mnie. Bardzo denerwują.

W Polsce odnaleziono pierwszy numer „Batmana”. Jego wartość szacuje się na ponad 100 tys. USD. Czy pierwszy numer „Torghala” też ma taką wartość i gdzie on jest?

— Ja go nie mam. Pewnie kosztuje drogo. Może kiedyś...

Rozmawiali

Danuta Hernik i Radosław Górecki

Grzegorz Rosiński, absolwent Liceum Sztuk Plastycznych i ASP w Warszawie, rozpoczął karierę od współpracy z prasą. Rysował też zeszyty z serii „Historia Polski” i „Pilot śmigłowca”. Jest autorem kultowego komiksu o przygodach kapitana Żbika. W połowie lat siedemdziesią-tych zaczęła się belgijska przygoda Rosińskiego, która trwa do dziś. Z Jeanem Van Hamme stworzył, wydaną już we wszystkich krajach Europy, sagę „Thorgal”

która zapewniła mu miejsce wśród najwię-kszych twórców komiksu na Starym Kontynencie.

W 1982 r. zdecydował się zostać na Zachodzie. Mieszka w Szwajcarii. Wykłada sztukę komiksu na uczelni w Sion. Jest twórcą wielu serii, a ostatnie jego przeboje to „Western” i kolorowy reprint albumu „Szninkiel”.

Stan posiadania:

żona, trójka dzieci, jedna wnuczka, dom w Alpach Szwajcarskich, dwa samochody.

Twierdzi, że nie potrafi liczyć, ale chyba nie do końca można mu wierzyć.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik, Radosław Górecki

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Sztukę wymyślono, żeby w nią inwestować