Tak wygląda zmierzch na rynku złota

Da się kupić kruszec, którego rynek nie podlega wahaniom. Nie w monecie ani banku, tylko dużo dziwaczniej

Chcąc podejść do inwestycji w złoto prawdziwie alternatywnie, można nawet zapomnieć adres strony, na której sprawdzało się jeden i ten sam wykres przy każdym notowaniu. Na rynku od dawna znana jest postać złota, w której na jego cenę Donald Trump nie ma jeszcze sposobu, jednak i próg wejścia, i częstość w obiegu sprawiają, że mało kto traktuje ją poważnie.

Postać bywa przy tym dość mroczna, bo ostatnio usłyszeliśmy o niej dopiero, gdy tajemniczy Twighlight uzyskał cenę powyżej 2 mln zł. Wydobyto go w Australii około 1990 r. i ani specjalnie nie polerowano, ani nie czyszczono — jak ma się naturalną grudę wysokojakościowego złota, to w końcu niejedyne czynności, które można sobie darować.

Gruda zamiast pierścionka

Rynek brył uformowanych siłami natury bywa też silniejszy w starciu z ewentualnym kryzysem gospodarczym, bo o wartości i popycie decyduje głównie bardzo niska podaż. Większymi grudami prawie całkowicie czystego złota handluje się teraz wyłącznie jak dobrami kolekcjonerskimi, przy czym trudno sobie wyobrazić, żeby cena spadła poniżej stawki za sztabki. W pewnym sensie mamy więc rodzaj gwarancji wartości minimalnej, a z drugiej strony wysoki i stabilny popyt, którym niewiele może długotrwale wstrząsnąć.

Samego złota, zdaniem ekspertów, zwykle nie kupuje się fizycznie dla zarobku, tylko jako instrument tezauryzacji, bo dane dobitnie wskazują, że jego siła nabywcza od stuleci się nie zmieniła. Co innego na aukcjach, na których licytowane są złote pierścionki, puzderka czy naturalnie uformowane ogromne okazy — w takich okolicznościach o potencjale inwestycyjnym przesądza przede wszystkim podaż, przy czym gruda i tak ma nad biżuterią kilka przewag.

W związku z tym, że powstała w procesie nie do odtworzenia, jest w obiegu rzadkością, a w przeciwieństwie do ozdób od jubilera nie podlega żadnym modom. Jak twierdzą eksperci Bonhams — domu aukcyjnego, w którym 23 maja zlicytowano Twighlight — oferta dostępna dla kolekcjonerów jest bardzo wąska z dwóch powodów: rozważnych działań muzeów i raptownych decyzji rozgorączkowanych szczęśliwców. Wiele brył znanych z przekazów zostało odkrytych właśnie w okresie tzw. gorączek złota, jednak znalazcy nie traktowali tych unikatów jak długoterminowych lokat i przetapiali nawet te ważące kilkadziesiąt kilogramów.

Jak się okazało podczas ostatniej aukcji w Bonhams, kolekcje instytucjonalne nie wykluczają obiektów z obrotu na wieczność, bo prawie ośmiokilogramowy Twighlight pochodzi ze zbiorów uniwersyteckiego muzeum. Na rynkach dóbr kolekcjonerskich mówi się w takich przypadkach o dobrej proweniencji — kiedy obraz wisiał w gabinecie jakiegoś notabla, suknia przylegała do Marilyn Monroe, a samochodem jeździła przyszła głowa Watykanu albo USA. Bryłom złota taka płytka definicja nie wystarcza, bo skoro forma inwestowania i tak ma być dziwaczna, proweniencja powinna być dosłownie z końca świata.

Tu dzień, tam noc

Obracających złotem w fizycznej postaci obowiązują zwykle trzy zasady: kupując monetę, najlepiej wybrać tę z najwyższym nominałem, stawiając na sztabkę, należy szukać najtańszej, a poszukując grudy, rozejrzeć się za taką z Australii. Pierwsze dwa scenariusze są prostsze do wykonania i przy tym bardziej zrozumiałe, bo moneta z nominałem daje w końcu gwarancję, że emitent odkupi ją za tę wartość bez względu na rynkową cenę metalu.

Przy sztabkach mamy natomiast do wyboru różnych producentów, ale dla inwestorów liczy się już tylko cena złota, więc chcąc ochronić oszczędności przed inflacją, nie warto przepłacać za jakąś markę. Gruda nie ma nominału ani żadnej standardowej stawki, ale może być czystsza albo bardziej zanieczyszczona — i zdecydowanie nie chodzi o zaniechaną przez wspomnianych odkrywców pracę ściereczką.

Twighlight nie został poddany obróbce, a w zakamarkach ma jeszcze czerwone pozostałości australijskiej ziemi, co samo w sobie dobrze rokuje, bo właśnie z tego kontynentu pochodzą bryły o najwyższej zawartości złota. Jak podają opasłe ekspertyzy z Bonhams, australijskie grudy są zazwyczaj w 95-99 proc. czyste, z bardzo ograniczoną ilością dodatkowych naturalnych stopów, podczas gdy w innych miejscach — np. w Nevadzie — w okazie można znaleźć około 15 proc. stopów.

Tak jak gorączkę złota kojarzy się głównie z Kalifornią, tak tylko w australijskiej miejscowości Dunolly, skąd pochodzi Twighlight, w połowie XIX wieku działało aż 60 tys. zdeterminowanych poszukiwaczy. Okazy, które znajdywali, najczęściej błyskawicznie sprzedawano i przetapiano, dlatego na całą aukcję różnych naturalnych surowców przypadły tylko trzy złote grudy, w tym jedna niesprzedana o wartości 40-50 tys. USD (149-186 tys. zł).

Mimo że najwięcej uwagi eksperci poświęcili tej wartej ponad 2 mln zł, wypada dodać, że nie stoi za nią żadna porywająca historia z czasów pierwszych poszukiwaczy złota. W latach 90. używano już popularnego wykrywacza metalu, więc kiedy zapiszczał jak na plaży, dwaj mężczyźni zaczęli kopać w czerwonawej warstwie żwiru i piasku. Gruda leżała na głębokości blisko 2 stóp — czyli około 60 cm pod ich butami — i czekała, niekoniecznie o zmroku ani w jakichkolwiek mrocznych okolicznościach. Nazwali ją Twighlight nie w odniesieniu do końca dnia, tylko do schyłku życia, w którym nie miało się już wydarzyć nic wartego uwagi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Tak wygląda zmierzch na rynku złota