Czy zadłużone kraje zaczną sprzedawać złoto

Maciej Bitner, Wealth Solutions
04-01-2011, 09:37

Rezerwy złota zgromadzone w bankach centralnych szacuje się na około 30 tysięcy ton. Stanowi to 18% złota znajdującego się na powierzchni Ziemi. Czy zadłużone po uszy kraje zaczną pozbywać się swoich rezerw, tak jak kiedyś zrobiła to Polska?

Najczęściej spotykany powód, dla którego rezerwy pojawiają się na czołówkach serwisów informacyjnych, to zakup szlachetnego metalu przez banki centralne dynamicznie rozwijających się krajów Azji. Rzeczywiście złoto cieszy się sporym zainteresowaniem Chin, które w ostatnich dziesięciu latach podwoiły swoje rezerwy (w tej chwili oficjalne źródła mówią o 1054 tonach kruszcu w skarbcu Ludowego Banku Chin). Wraz z początkiem kryzysu finansowego złotem wyraźnie zainteresowały się także rządy Rosji, Indii oraz Arabii Saudyjskiej. Rezerwy złota każdego z tych trzech krajów w ostatnich dwóch latach zwiększyły się o około 200 ton. Spośród krajów BRIC gorączce złota nie uległa jeszcze tylko Brazylia, która oficjalnych rezerw złota ma trzy razy mniej niż Polska.

Popyt ze strony instytucji monetarnych z rynków wschodzących uznaje się, oprócz zakupów fizycznego złota przez ETF-y, za jedno z głównych źródeł popytu inwestycyjnego na żółty metal. Choć rządy państw azjatyckich ostatnio zdecydowanie przystąpiły do zakupów, wciąż znacząca większość (ok. 75%) światowych rezerw złota znajduje się pod pośrednią lub bezpośrednią kontrolą krajów Zachodu. Najwięcej kruszcu zgromadziły państwa strefy euro – prawie 11 tys. ton. Nieco mniej znajduje się w Fort Knox – ponad 8 tys. ton. Znaczące są też zasoby złota będące w posiadaniu instytucji międzynarodowych, które Zachód praktycznie w stu procentach kontroluje. Międzynarodowy Fundusz Walutowy wraz z Bankiem Rozliczeń Międzynarodowych dysponują prawie 3 tys. ton złota, zaś Europejski Bank Centralny ma w swoim skarbcu dodatkowe 500 ton.

Przez lata Europa i Stany Zjednoczone stopniowo pozbywały się olbrzymich zapasów złota. Od 1999 roku przez dziesięć lat z tego powodu na rynek trafiało rocznie średnio 442 ton. Wcześniej przed podpisaniem we wrześniu 1999 umowy między bankami centralnymi mającej na celu zatrzymanie nieskoordynowanej sprzedaży złota, były to jeszcze większe ilości. Jednak kryzys finansowy przyniósł niemal całkowite zahamowanie podaży ze strony sektora rządowego. W pierwszym roku obowiązywania nowej umowy, czyli od września 2009 roku, banki centralne zdecydowały się rozstać jedynie z niecałymi 10 tonami złota. Gdyby nie zakończona przed Świętami sprzedaż 403 ton złota, której dokonał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, 2010 rok byłby pierwszym rokiem od 1988, w którym instytucje rządowe były netto nabywcami złota. Analitycy rynku złota są niemal jednomyślni, że 2011 rok właśnie takim będzie.

Taka jednomyślność może być jednak niebezpieczna, a przekonanie, że banki centralne znakomicie potrafią wyczuć panujące na rynku trendy nie jest niczym poparte. Warto przyjrzeć się, jakie decyzje podejmowały te instytucje w przełomowych dla cen złota momentach. W roku 1980, kiedy złoto ustanowiło rekord wszechczasów (dotąd nie pobity, jeśli wziąć pod uwagę inflację), spośród czterdziestu ośmiu banków, które dokonywały operacji na swoich rezerwach złota, czterdzieści zwiększyło swój stan posiadania. Za to w roku 2000, gdy na rynku szlachetnego metalu kończyła się wieloletnia bessa, jedynie dziewięć spośród czterdziestu czterech banków, które dokonywały jakiegoś obrotu złotem,  wyraźnie (o więcej niż 2%) zwiększyło swój stan posiadania.

Co ciekawe jedynym krajem, któremu udało się trafić na rynku złota dokładnie w szczyt hossy, a ponadto odkupić złoto ponownie niemal dokładnie wraz z końcem wieloletniej bessy, była Polska. W 1980 roku rząd PRL (nie ma co ukrywać, że powodowany trudnościami wewnętrznymi, a nie doskonałym wyczuciem rynku), sprzedał prawie połowę z posiadanych 40 ton złota. Obecny stan rezerw (102,8 tony) ustalił się zaś w 1998 roku, kiedy to zakupiono ponad 70% z posiadanych obecnie zasobów.

Abstrahując od zmiennej fortuny spekulacyjnych zakupów, można zadać sobie pytanie, po co właściwie bankom centralnym kruszcowe rezerwy. Przecież kruszec nie generuje żadnych dochodów. Państwo inwestujące w złoto rezygnuje z poważnych wpływów do budżetu płynących z oprocentowania swoich rezerw walutowych. Gdyby na przykład Polska chciała zamienić całe swoje rezerwy walutowe na złoto, musiałaby dokupić przy dzisiejszych cenach złota ok. 1800 ton. Taka transakcja pozbawiłaby budżet corocznych wpływów, które w zeszłym roku wyniosły ok. 6 miliardów złotych.

Historycznie złoto w bankach jest reliktem systemu walutowego opierającego się na transferach złota między bankami centralnymi i utrzymywaniu częściowego pokrycia pieniądza złotem. Gdyby taki system lub wręcz stuprocentowy standard złota został przywrócony, państwa, które posiadają duże rezerwy złota byłyby przez jakiś czas na uprzywilejowanej pozycji. Szanse na tak daleko idące reformy instytucji monetarnych są jednak znikome; ani opinia publiczna, ani większość ekonomistów, ani też rządy nie chcą zrzec się możliwości (i pokus) jakie daje emisja pieniądza papierowego. Z całą pewnością nie chcą tego uczynić pół-autorytarne państwa azjatyckie (emisja pieniądza bez pokrycia zwiększa swobodę działania każdej władzy), które dodatkowo mogą używać rezerw walutowych do innych celów. Wyodrębnienie z rezerw funduszy sovereign wealth pozwala na wykupywanie pakietów kontrolnych w spółkach akcyjnych na całym świecie. Czyż nie jest to znacznie bardziej obiecujący dla ambitnych polityków teatr działań niż zawody, kto zgromadzi więcej złotych sztab?

Czemu zatem właściwie państwa zachodnie zaprzestały ostatnio sprzedaży złota? Zapewne powoduje nimi obawa przed własną opinią publiczną, która mogłaby być oburzona tym, że rząd sprzedaje zasoby metalu, który cieszy się na świecie takim dużym popytem. Takie myślenie o rezerwach nie jest jednak racjonalne. O ile sprzedaż złota, gdy wszyscy inni sprzedawali, a ceny były niskie, była złym pomysłem, to pozbycie się rezerw złota przy rekordowych cenach kruszcu może być całkiem rozsądnym strategicznie posunięciem.

Weźmy na przykład Portugalię. Sprzedaż całości z 382,5 ton rezerw dałaby wpływy sięgające 8% PKB tego kraju. Taki zastrzyk gotówki mógłby zostać przeznaczony na spłatę części zadłużenia zagranicznego (wynoszącego w zeszłym roku 77% PKB), co ułatwiłoby znacznie czekające ten kraj fiskalne reformy. Podobnie mogłyby uczynić też Włochy i Francja, obniżając poprzez sprzedaż rezerw złota swój dług publiczny o odpowiednio 6% i 4,5% PKB. Być może teraz sytuacja nie jest jeszcze dostatecznie poważna, jednak nie można wykluczyć, że jeśli napięcia na rynku długu rządowego się utrzymają, niektóre państwa będą zmuszone uciec się do sprzedaży rezerw. Warto podkreślić, że zeszłoroczni bankruci (Grecja i Irlandia) nie dysponowali znaczącymi rezerwami złota.

Przekonanie że w tym roku nie dojdzie do sprzedaży złotych zapasów ze skarbców banków centralnych jest tak samo nieoczywiste jak powiązanie wysokiej ceny złota z niepewnością panującą na rynku długu. Im bowiem wyższa cena złota, tym większe możliwości wyjścia z opresji dla zagrożonych bankructwem państw. Portugalia przy cenie złota na poziomie 2000 dolarów za uncję, mogłaby poprzez sprzedaż rezerw obniżyć o zadłużenie o 12% PKB. Wydaje się ponadto, że gdyby choć jeden kraj dopuścił się tak znaczącej sprzedaży, inne mogłyby, w obawie, że tak dobra okazja cenowa może się nie powtórzyć, dołączyć do niego. Gracze obstawiający na rynku złota pozycje długie raczej nie życzyli by sobie, by nowy rok przyniósł im taki scenariusz, ale wykluczyć tego nie można.

Maciej Bitner, Wealth Solutions

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maciej Bitner, Wealth Solutions

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Czy zadłużone kraje zaczną sprzedawać złoto